Koncert

Dwa dni temu byłem na kon­cer­cie inau­gu­ru­ją­cym nowy sezon arty­stycz­nyFil­har­mo­nii Kali­skiej. W fil­har­mo­nii nie byłem już od ok. 1,5 roku – poprzed­nim razem byłem jesz­cze w cza­sach przed­pan­de­micz­nych. Orga­ni­zo­wa­no co praw­da kon­cer­ty przez inter­net, ale to zupeł­nie nie to samo – z resz­tą FK śred­nio sobie radzi­ła z tech­nicz­ną stro­ną tych przedsięwzięć. 

Dla Fil­har­mo­nii Kali­skiej roz­po­czę­ła się nowa epo­ka, ponie­waż dyrek­to­rem został Ruben Silva – dyry­gent z wie­lo­let­nim doświad­cze­niem. Poprzed­ni, zasłu­żo­ny dyrek­tor, wyemi­gro­wał do Czę­sto­cho­wy (co mnie tro­chę dzi­wi, bo co praw­da Kalisz to dziu­ra, ale czy Czę­sto­cho­wa jest wie­le lep­sza?) Myślę, że Adam Klo­cek posta­wił swo­je­mu następ­cy wyso­ko poprzeczkę.

Kon­cert był nie­wąt­pli­wie uda­ny. Mnie naj­bar­dziej podo­bał się kon­cert skrzyp­co­wy g‑moll Maxa Bru­cha. Ten kom­po­zy­tor to dla mnie odkry­cie miesiąca 🙂

Sądząc po widow­ni, moż­na było pomy­śleć, że koro­na­wi­ru­sa mamy za sobą – pra­wie nikt nie sto­so­wał się do obo­wiąz­ku zasła­nia­nia twarzy…

Powrót do Kalisza

Pięć lat temu rela­cjo­no­wa­łem swo­je pierw­sze kro­ki w Pozna­niu, a dzi­siaj mogę zre­la­cjo­no­wać swój osta­tecz­ny powrót. W cza­sie stu­diów miesz­ka­łem w dwóch mia­stach na raz co ma zale­ty, ale i wady. Do wad nale­żą przede wszyst­kim cza­so­chłon­ne dojazdy.

Po skoń­cze­niu stu­diów jesz­cze przez czte­ry mie­sią­ce odby­wa­łem staż w Pozna­niu, ale gdy nada­rzy­ła się oka­zja, zde­cy­do­wa­łem się osiąść jed­nym miej­scu, czy­li w Kaliszu.

Wolę jed­nak mniej­sze miasta.

Na zakoń­cze­nie – ostat­nie zdję­cia z jesien­ne­go Sołacza.

Nowy Rok

Dzi­siaj z bra­ku cze­go­kol­wiek lep­sze­go do robo­ty zno­wu posze­dłem zro­bić kil­ka zdjęć, tym razem jed­nak w inną stro­nę. Tem­pe­ra­tu­ra się pod­nio­sła, po mro­zie nie ma śla­du, może jedy­nie w posta­ci bło­ta i kałuż. Zdję­cia mają mdłe bar­wy, są prze­świe­tlo­ne, bar­wy są nie­ostre. Na kom­pu­te­rze aż ręka świerz­bi, żeby je tro­chę popra­wić; w koń­cu to bar­dzo łatwe. Sęk w tym, że tak świat wyglą­da teraz napraw­dę.NowyRok3 NowyRok2 NowyRok1 NowyRok4PS. Ten blog powstał już sześć lat temu, w stycz­niu 2009 roku.

 

Zima w parku

Rok aka­de­mic­ki spra­wia, że nie mam cza­su, aby się tu roz­pi­sy­wać. Nie mam też na to spe­cjal­nej ocho­ty, ani tema­ty. Mógł­bym napi­sać coś o wybo­rach samo­rzą­do­wych, bo to w sumie dosyć cie­ka­we: miesz­kań­cy Kali­sza mie­li dosyć Pęche­rza, a miesz­kań­cy Pozna­nia – Gro­bel­ne­go. Janusz Pęcherz raczej nie był złym pre­zy­den­tem Kali­sza, Gro­bel­ny Pozna­nia też nie – ale nie­wąt­pli­wie czas na zmianę.

Tydzień temu mia­łem chwi­lę, by pójść na poznań­ską Cyta­de­lę i, choć było nie­by­wa­le zim­no, nie żałuję.

CAM01794

CAM01798

CAM01805

CAM01815

Tortury i nieludzkie traktowanie

Parę mie­się­cy temu pisa­łem o meto­dach, jakie sto­su­ją Ame­ry­ka­nie w „wal­ce z ter­ro­ry­zmem”. Tak się pecho­wo zło­ży­ło, że i Pol­ska mia­ła w tym swój udział, gdyż Euro­pej­ski Try­bu­nał Praw Czło­wie­ka kil­ka dni temu uznał, że w Pol­sce prze­trzy­my­wa­no nie­le­gal­nie więź­niów ame­ry­kań­skich, któ­rzy w dodat­ku byli torturowani.

O ile wia­do­mo, za tor­tu­ry odpo­wie­dzial­ni są Ame­ry­ka­nie co nie zmie­nia fak­tu, że pol­skie służ­by do tego dopu­ści­ły. Jak widać, utrzy­my­wa­nie zbyt bli­skich sto­sun­ków ze Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi może być szko­dli­we – o ich obłę­dzie w poszu­ki­wa­niu ter­ro­ry­stów już pisałem.

Jeśli kogoś inte­re­su­ją infor­ma­cje wprost z Try­bu­na­łu, to znaj­dzie je tutaj.

Kalisz po stu latach

Każ­dy odwie­dza­ją­cy cen­trum Kali­sza, choć­by mimo­cho­dem, dowie się, że wła­śnie „obcho­dzo­na” jest set­na rocz­ni­ca zbu­rze­nia Kali­sza, któ­re mia­ło miej­sce w 1914 roku, na począt­ku I woj­ny świa­to­wej. W całym śród­mie­ściu wiszą olbrzy­mie pla­ka­ty poka­zu­ją­ce dane miej­sce po zbu­rze­niu (dobry pomysł). Pamię­tam, jak chy­ba w 2004 roku była podob­na akcja, ale wte­dy nie było wiel­kich pla­ka­tów, tyl­ko coś subtelniejszego.

Tego­rocz­na „cele­bra­cja” obcho­dzo­na jest pod hasłem „Kalisz feniks.…” czy coś takie­go. Strasz­nie mnie to dener­wu­je, ale mniej­sza z tym. Smut­na reflek­sja jest taka, że jak się patrzy na obec­ny stan kali­skiej sta­rów­ki, to docho­dzi się do wnio­sku, że może nasi przod­ko­wie popeł­ni­li błąd odbu­do­wu­jąc Kalisz. Może nale­ża­ło wszyst­ko zosta­wić (jak w Kostrzy­nie nad Odrą). Głów­ne uli­ce w cen­trum Kali­sza to obraz nędzy i roz­pa­czy; gołym okiem widać pogłę­bia­ją­cą się degren­go­la­dę nie­gdyś wspa­nia­łych miejsc. Przy­kro patrzeć, że Kalisz zamie­nia się w pro­win­cjo­nal­ne mia­stecz­ko, zawłasz­czo­ne przez cen­tra han­dlo­we. Widać to jak na dło­ni po wymie­ra­ją­cym na głów­nych uli­cach handlu.

O wszech­obec­nej kali­skiej brzy­do­cie moż­na by pisać i pisać. Ten pro­blem został zauwa­żo­ny przez kali­szan, ale trud­no cokol­wiek zro­bić – póki co nikt nie zdo­był się choć­by na to, by w jakiś spo­sób zatrzy­mać zale­wa­ją­ce mia­sto reklamy.

Pole­cam prze­czy­tać: „O gustach się nie dys­ku­tu­je

Dostawczaki parkują jak chcą
Dostaw­cza­ki par­ku­ją jak chcą

Remont ratusza.
Remont ratu­sza.

Obrzydliwe, prowincjonalne okna wystawowe, w teoretycznie "najbardziej reprezentatywnym miejscu w centrum miasta". Dawniej był tu dosyć elegancki zakład fotograficzny.
Obrzy­dli­we, zanie­dba­ne, pro­win­cjo­nal­ne okna wysta­wo­we, w teo­re­tycz­nie „naj­bar­dziej repre­zen­ta­tyw­nym miej­scu w cen­trum mia­sta”. Daw­niej był tu dosyć ele­ganc­ki zakład fotograficzny.

Kolejne tandetne szyldy
Kolej­ne tan­det­ne szyldy

Nasz piękny Rynek. W tle widać "Pomnik Niczego"
Nasz pięk­ny Rynek. W tle widać „Pomnik Niczego”

kalisz_4
Brak słów

Kaliski bruk w doskonały stanie
Kali­ski bruk w dosko­na­ły stanie

Walka z terroryzmem w wydaniu amerykańskim

Dzi­siaj nie będzie weso­ło, dzi­siaj nie będzie o pogo­dzie. Dzi­siaj będzie o poważ­nych sprawach!

Jakiś mie­siąc temu na moim wspa­nia­łym Wydzia­le zor­ga­ni­zo­wa­no nam nader cie­ka­we spo­tka­nie. Pre­le­gen­ta­mi było dwóch adwo­ka­tów ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych: Che­ryl Bor­mann i Micha­el Schwartz. C. Bor­mann jest wykła­dow­cą i adwo­ka­tem z Chi­ca­go. Spe­cja­li­zu­je się w spra­wach prze­stęp­ców oskar­żo­nych o prze­stęp­stwa zagro­żo­ne karą śmier­ci. Z kolei M. Schwartz (znacz­nie młod­szy) jest kimś w rodza­ju adwo­ka­ta woj­sko­we­go (mili­ta­ry defen­ce attor­ney), tzn. zawo­do­wo zaj­mu­je się obro­ną żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skich oskar­żo­nych o popeł­nie­nie jakie­goś przestępstwa.

Jed­nak­że razem zaj­mu­ją się spra­wą wyjąt­ko­wo wyso­kie­go kali­bru: bro­nią bowiem czło­wie­ka oskar­żo­ne­go o współ­udział w zama­chu na World Tra­de Cen­ter. Przy czym mówie­nie, że jest on oskar­żo­ny jest lek­kim nad­uży­ciem, bo wła­ści­wie nie wia­do­mo, kim on jest, według jakiej pro­ce­du­ry nale­ży z nim postę­po­wać i tak dalej.

Nie pamię­tam nazwi­ska tego czło­wie­ka, ale zapa­mię­ta­łem, że wycho­wał się w Ara­bii Sau­dyj­skiej, w bar­dzo reli­gij­nej rodzi­nie muzuł­mań­skiej. Jego „wkład” w zamach pole­gał na tym, że szko­lił przy­szłych pilo­tów-samo­bój­ców. Wyni­ka z tego, że swój czyn popeł­nił gdzieś na Bli­skim Wscho­dzie i wła­ści­wie to nie wia­do­mo, o co go oskar­żyć i czy w ogó­le popeł­nił prze­stęp­stwo – a jeśli tak, to czy Ame­ry­ka­nie mają pra­wo go ści­gać. Jed­nak­że admi­ni­stra­cja ame­ry­kań­skie (w szcze­gól­no­ści w cza­sach rzą­dów Busha) nie zawra­ca­ła sobie gło­wy taki­mi pytaniami.

Dla Ame­ry­ki wystar­czy, że ktoś sta­nie się jej wro­giem. I to wystar­czy do wsz­czę­cia „postę­po­wa­nia”. To sło­wo celo­wo ubra­łem w cudzy­słów, bo trud­no to nazwać jakim­kol­wiek postę­po­wa­niem, a już na pew­no nie jest to postę­po­wa­nie kar­ne zna­ne w cywi­li­zo­wa­nym świe­cie. Nie chcę tutaj bro­nić czło­wie­ka, któ­ry być może jest ter­ro­ry­stą (a być może nie) – nie wia­do­mo tak napraw­dę do koń­ca, jaki był jego wkład. Jed­nak­że gołym okiem widać, że jeże­li ktoś jest prze­trzy­my­wa­ny przez ponad dzie­sięć lat w wię­zie­niu bez żad­nej pod­sta­wy praw­nej (albo ta pod­sta­wa jest bar­dzo wątła i/lub nie­zgod­na z Kon­sty­tu­cją), w dodat­ku pod­da­wa­ny tor­tu­rom – to chy­ba coś tu nie gra. Czy w tej sytu­acji USA to nadal demo­kra­tycz­ne pań­stwo prawa?

Ame­ry­kań­scy kazu­isty­cy [kazu­isty­ka to taka „nauka”, jak pisał Roidi­nis, zaj­mu­ją­ca się udo­wad­nia­niem, że bia­łe jest czar­ne, a bóbr to ryba] na usłu­gach rzą­du USA twier­dzą, że ter­ro­ry­ści są prze­trzy­my­wa­ni na Kubie (Guan­ta­na­mo), więc Kon­sty­tu­cja USA nie znaj­du­je tam zasto­so­wa­nia. Aha, czy­li moż­na tam kogoś bez­praw­nie uwię­zić i tor­tu­ro­wać. Pięk­ne wyja­śnie­nie. Zapo­mnie­li tyl­ko o tym, że obszar Guan­ta­na­mo jest w rze­czy­wi­sto­ści cał­ko­wi­cie wyłą­czo­ny spod kubań­skiej jurys­dyk­cji; w cało­ści znaj­du­je się we władz­twie USA, gdzie znaj­du­je się ame­ry­kań­skie wię­zie­nie i baza woj­sko­wa. I, jak mam rozu­mieć, jeże­li oby­wa­tel ame­ry­kań­ski popeł­nia zbrod­nię prze­ciw­ko pra­wom czło­wie­ka, poza tery­to­rium Ame­ry­ki, to nie popeł­nia żad­ne­go czy­nu zabro­nio­ne­go? Jak widać, rząd USA kie­ru­je się tu, deli­kat­nie mówiąc, schizofrenią.

Ja oso­bi­ście ser­ce dla praw czło­wie­ka stra­ci­łem już daw­no (po wykła­dach z pra­wa kon­sty­tu­cyj­ne­go na II roku) i prze­sta­ły mnie one inte­re­so­wać, choć daw­niej bra­łem nawet udział w olim­pia­dzie na temat praw czło­wie­ka. Dosze­dłem bowiem do wnio­sku, że te nasze pro­ble­my, w sty­lu pra­wo do abor­cji, choć są pro­ble­ma­mi z zakre­su praw czło­wie­ka, są dopraw­dy śmiesz­ne w porów­na­niu z sytu­acją milio­nów  ludzi żyją­cych w pań­stwach tota­li­tar­nych, gdzie cywi­li­zo­wa­ny świat nie ma narzę­dzi (albo woli), by jakoś im pomóc (por. Bir­ma, Wiet­nam, Korea Pół­noc­na). Dla­te­go też nasze kon­fe­ren­cje, wykła­dy, mono­gra­fie są tyl­ko pustym, bez­war­to­ścio­wym glę­dze­niem, któ­re w żaden spo­sób nie może zna­leźć zasto­so­wa­nia w praktyce.

A tu nagle się oka­zu­je, że pań­stwo „arcy­de­mo­kra­tycz­ne” urzą­dza taką szop­kę i to na oczach całej zachod­niej cywi­li­za­cji, któ­ra nie jest w sta­nie wła­ści­wie nic zro­bić, by to powstrzy­mać. Ame­ry­ka­nie w swo­im pości­gu za ter­ro­ry­sta­mi są już w takim miej­scu, że nie odróż­nia­ją rze­czy­wi­sto­ści od uro­jeń. I – co wię­cej – nie trze­ba być żad­nym oskar­żo­nym (bo żeby kogoś oskar­żyć trze­ba mieć pod­sta­wę praw­ną), wystar­czy być wro­giem Sta­nów Zjednoczonych.

C. Bor­mann zwró­ci­ła uwa­gę, że prze­cież w podob­nych sytu­acjach nikt nigdy nie był pocią­gnię­ty do odpo­wie­dzial­no­ści. Nie ści­ga­no spraw­ców ata­ku na Pearl Har­bo­ur (a prze­cież tych pilo­tów też ktoś musiał szko­lić), za zrzu­ce­nie bomb ato­mo­wych też nikt nigdy nie odpo­wie­dział. W imię rze­ko­me­go bez­pie­czeń­stwa Sta­ny Zjed­no­czo­ne już nie tyl­ko inwi­gi­lu­ją cały świat; są tak­że goto­we pory­wać i tor­tu­ro­wać ludzi.

Wyglą­da na to, że adwo­ka­tów cze­ka trud­ne zada­nie. Tym bar­dziej, że dotych­cza­so­we „pro­ce­sy” nie toczy­ły się przed sąda­mi, ale przed spe­cjal­ny­mi woj­sko­wy­mi komi­sja­mi, któ­re z nie­za­wi­sło­ścią mia­ły nie­wie­le wspól­ne­go. Roz­mo­wy adwo­ka­tów z klien­tem były, jak się oka­za­ło, pod­słu­chi­wa­ne. No i w dodat­ku mają przed sobą gawiedź żąd­ną sen­sa­cji, któ­ra nie rozu­mie zagro­żeń dla pra­wo­rząd­no­ści, jakie ujaw­ni­ły się w tej spra­wie – i któ­ra jest prze­ciw­ko nim.

Koncerty

Byłem ostat­nio na dwóch koc­ner­tach w fil­har­mo­nii, któ­re utwier­dzi­ły mnie w prze­ko­na­niu, że Fil­har­mo­nia Kali­ska jest jed­nak świet­na. Żaden z nich nie był pro­wa­dzo­ny przez dyry­gen­ta Fil­har­mo­nii, tj. Ada­ma Kloc­ka, tyl­ko przez muzy­ków wystę­pu­ją­cych gościnnie.

Pierw­szy, któ­ry mam na myśli odbył się 27 wrze­śnia b.r.

SKRZYPKOWIE EUROPY

wyko­naw­cy:
Davi­de Alo­gna skrzypce
Orkie­stra Sym­fo­nicz­na Fil­har­mo­nii Kaliskiej
Gabrie­le Pezo­ne – dyrygent

W pro­gra­mie:
Felix Men­dels­sohn Bar­thol­dy – Kon­cert skrzyp­co­wy e‑moll op. 64
Anto­nin Dvo­řák – VII Sym­fo­nia d‑moll op. 70

Na dru­gim z nich byłem dwa dni temu i  był napraw­dę rewe­la­cyj­ny. W dodat­ku słu­cha­czy też było znacz­nie wię­cej, niż zwy­kle. Tym razem połą­czo­no Bacha z kom­po­zy­to­rem bar­dziej współ­cze­snym. Dzię­ki temu mogli­śmy wresz­cie wysłu­chać „Kon­cer­tów bran­den­bur­skich” w Kaliszu.

Bach – Piazzolla

Wyko­naw­cy:
Ulri­ke Pay­er for­te­pian, klawesyn
Chri­stian Ger­ber bandoneon
Dorian PAWEŁCZAK par­tie solo­we skrzypiec
Orkie­stra Sym­fo­nicz­na Fil­har­mo­nii Kaliskiej
Her­mann Breu­er dyrygent

W pro­gra­mie:
J. S. Bach Jesus ble­ibet meine Freu­de BWV 147
A. Piaz­zol­la Libertango
J. S. Bach Air aus Suite Nr. 3 D‑dur BWV 1068
A. Piaz­zol­la Tri­ste­za de un doble A
J. S. Bach Kon­zert für Kla­vier und Orche­ster Nr. 1 d‑moll BWV 1052
A. Piaz­zol­la Tre­smi­nu­tos con la realidad
A. Piaz­zo­la Tan­tian­ni prima
A. Piaz­zol­la Oblivion
J. S. Bach Bran­den­bur­gi­sches Kon­zert Nr. 3 G‑dur BWV 1049
A. Piaz­zol­la Escualo
A. Piaz­zol­la Adiós Nonino

Pierw­szy z utwo­rów („Jesus ble­ibet…”) śpie­wa­li­śmy kie­dyś, gdy jesz­cze byłem człon­kiem chó­ru. Tym razem był bez śpiewu.

Wady druku

Dzi­siaj mija ostat­ni week­end świę­te­go spo­ko­ju na naj­bliż­sze mie­sią­ce – bowiem za dwa dni roz­po­czy­na się nowy rok aka­de­mic­ki i przez to wię­cej będę miesz­kał w Pozna­niu niż w Kali­szu. Przede mną czwar­ty rok stu­diów. Miej­my nadzie­ję, że minie mi tak szyb­ko, jak poprzednie.

A teraz z innej becz­ki. Słu­cham sobie od paru mie­się­cy „Nar­ren­turm” Andrze­ja Sap­kow­skie­go w for­mie audiok­siąż­ki. Jest ona zre­ali­zo­wa­na dopraw­dy wspa­nia­le. Nie jest to zwy­kła książ­ka-czy­tan­ka, ale praw­dzi­wy radio­wy teatr: z akto­ra­mi, muzy­ką, efek­ta­mi spe­cjal­ny­mi. Przy­znam się kie­dyś, że kil­ka lat temu zabra­łem się za czy­ta­niem pierw­sze­go tomu Try­lo­gii Husyc­kiej, ale prze­ra­zi­ła mnie dłu­gość roz­dzia­łów i mno­gość histo­rycz­nych deta­li – tak więc zre­zy­gno­wa­łem po kil­ku­dzie­się­ciu stro­nach. Teraz, gdy słu­cham, jest zupeł­nie ina­czej. Oczy­wi­ście każ­dy roz­dział trwa przy­naj­mniej godzi­nę i wysłu­cha­nie cało­ści z pew­no­ścią zaj­mie wie­le cza­su; nie­mniej jed­nak wra­że­nia są świet­ne. Powo­li zbli­żam się do koń­ca i już nie mogę się docze­kać następ­nych części.

Czy­ta­jąc (a raczej słu­cha­jąc), natra­fi­łem na jeden frag­ment szcze­gól­nie cie­ka­wy i prze­kor­ny; jest to mia­no­wi­cie opi­nia Sam­so­na doty­czą­ca skut­ków roz­po­wszech­nie­nia dru­ku. W książ­ce Andrze­ja Sap­kow­skie­go wie­le jest myśli bar­dzo traf­nych i war­tych zapa­mię­ta­nia, ale ta nie jest raczej zbyt popularna:

– Zaiste – prze­mó­wił po chwi­li Sam­son Mio­dek, swym łagod­nym i spo­koj­nym gło­sem. – Widzę to oczy­ma duszy mojej. Maso­wa pro­duk­cja papie­ru, gęsto pokry­te­go lite­ra­mi. Każ­dy papier w set­kach, a kie­dyś, jak­by śmiesz­nie to nie zabrzmia­ło, może i w tysią­cach egzem­pla­rzy. Wszyst­ko po wie­lo­kroć powie­lo­ne i sze­ro­ko dostęp­ne. Łgar­stwa, bred­nie, oszczer­stwa, pasz­kwi­le, dono­sy, czar­na pro­pa­gan­da i schle­bia­ją­ca motło­cho­wi dema­go­gia. Każ­da pod­łość nobi­li­to­wa­na, każ­da nik­czem­ność ofi­cjal­na, każ­de kłam­stwo praw­dą. Każ­de świń­stwo cno­tą, każ­da zaplu­ta eks­tre­ma postę­po­wą rewo­lu­cją, każ­de tanie haseł­ko mądro­ścią, każ­da tan­de­ta war­to­ścią. Każ­de głup­stwo uzna­ne, każ­da głu­po­ta uko­ro­no­wa­na. Bo wszyst­ko to wydru­ko­wa­ne. Stoi na papie­rze, więc ma moc, więc obo­wią­zu­je. Zacząć to będzie łatwo, panie Guten­berg. I roz­ru­szać. A zatrzymać?

A. Sap­kow­ski „Nar­ren­turm”

Zda­wać by się mogło, że Sam­so­no­wi minu­sy prze­sło­ni­ły plu­sy. Przy­kła­da­jąc jed­nak tę opi­nię do bagna inter­ne­to­wych komen­ta­rzy, któ­re moż­na zna­leźć na wie­lu pol­skich por­ta­lach inter­ne­to­wych, wyda­je się ona nader aktualna.

Awantura o ornat

Nasza para­fia w „ornat smo­leń­ski” jesz­cze się nie zaopa­trzy­ła, ale gdy poja­wi się w sprze­da­ży, na pew­no będzie pierw­sza w kolej­ce. Za to wczo­raj wier­ni w koście­le modli­li się do godła pań­stwo­we­go wiszą­ce­go na ołta­rzu i takie­go same­go, któ­ry ksiądz miał na plecach.

Myślał­by kto, że deli­kat­ny roz­dział kościo­ła od pań­stwa dzia­ła u nas w dwie stro­ny. W prak­ty­ce widać jed­nak, że gdy Kościół chce coś od pań­stwa, to żąda; gdy pań­stwo chce coś od Kościo­ła, to jest zaraz wiel­ka awan­tu­ra i szu­ka­nie antychrysta.

Blues Brothers i reszta

Wczo­raj byli­śmy na festi­wa­lu Paw­ła Ber­ge­ra w Kali­szu; kon­cer­ty trzech zespo­łów: Dżem, Pla­net of the Abts i Blu­es Brothers.

Gdy cho­dzi o Dżem, to gra­li całą masę jakiś rzew­nych pio­se­nek i kon­cert był dłu­gi (chy­ba ze 2,5 godzi­ny). Woka­li­sta śpie­wa tak nie­wy­raź­nie, że nie idzie nicze­go zro­zu­mieć. Ale na szczę­ście były też 2 czy 3 faj­ne piosenki.

Była to nie­zła roz­grzew­ka przed dru­gim zespo­łem. Pla­net of the Abts to rze­ko­mo wspa­nia­ły, sze­ro­ko zna­ny zespół; jed­nak­że wiki­pe­dia na jego temat mil­czy, a na Liście Prze­bo­jów Trój­ki też nigdy nie był noto­wa­ny. Kon­fe­ran­sjer zespół zachwa­lał, jak­by na sce­nę miał wyjść nie wia­do­mo kto. Jak się oka­za­ło – zespół jest dla praw­dzi­wych kone­se­rów. Tych jed­nak jest chy­ba w Kali­szu nie­wie­lu, bo pod sce­ną sta­ła mała grup­ka despe­ra­tów + ci, któ­rym nie chcia­ło się tył­ków ruszyć z siedzeń.

Na szczę­ście ich kon­cert był krót­szy. Jazgot nie do wytrzy­ma­nia. Wię­cej ludzi sta­ło na kory­ta­rzu cze­ka­jąc, aż się skoń­czy, niż było na widowni.

Ale dla wytrwa­łych była nagro­da w posta­ci kon­cer­tu zespo­łu Blu­es Bro­thers, któ­ry roz­po­czął się dopie­ro ok. pół­no­cy. Zespół wła­ści­wie nazy­wa się The „Ori­gi­nal” Blu­es Bro­thers Band; i tak… to jest TO Blu­es Bro­thers z fil­mu. Z nie­wiel­ki­mi wszak­że zmia­na­mi. To była klasa!

Cyryl na niedzielę

Sejm ma waka­cje, więc w zasa­dzie w mediach posu­cha. Szcze­gól­nie w tych żywią­cych się tanią 1‑dniową sen­sa­cją; tj. w tele­wi­zjach informacyjnych.

Wszyst­kie tele­wi­zje powin­ny więc dzię­ko­wać  Epi­sko­pa­to­wi Pol­ski za to, że do spół­ki z Rosyj­ską Cer­kwią Pra­wo­sław­ną na kil­ka dni zapew­nił im temat do maglo­wa­nia: mia­no­wi­cie wizy­tę patriar­chy moskiew­skie­go Cyry­la w Pol­sce. W jej trak­cie doszło do „prze­ło­mo­we­go”, „bez­pre­ce­den­so­we­go” [posłu­gu­jąc się języ­kiem tele­wi­zji] wyda­rze­nia, a mia­no­wi­cie do pod­pi­sa­nia wspól­ne­go orę­dzia. Dodam tyl­ko, że to ten sam Cyryl, któ­ry nie­daw­no został zaata­ko­wa­ny biu­stem przez ukra­iń­skie femi­nist­ki (naszym femi­nist­kom wizy­ty w ten spo­sób ubar­wić się nie chciało).

Gdy cho­dzi o treść orę­dzia, to nie jest to może coś nad­zwy­czaj­ne­go, ale zawsze miło, że przed­sta­wi­cie­le dwóch wiel­kich wyznań choć raz wyka­za­li odro­bi­nę dobrej woli. Za to abp Micha­lik zyskał sobie pew­nie jakie­goś plu­sa u czę­ści spo­łe­czeń­stwa, dla któ­rej do tej pory był tyl­ko radio­ma­ryj­nym inkwizytorem.

W tek­ście zawar­to miłość, przy­jaźń i bra­ter­stwo, ale nie daro­wa­no sobie jak zwy­kle „palą­cych pro­ble­mów”, tj. wał­ko­wa­nych od rana do wie­czo­ra abor­cji, in vitro etc.

Pod pre­tek­stem zacho­wa­nia zasa­dy świec­ko­ści lub obro­ny wol­no­ści kwe­stio­nu­je się pod­sta­wo­we zasa­dy moral­ne opar­te na Deka­lo­gu. Pro­mu­je się abor­cję, euta­na­zję, związ­ki osób jed­nej płci, któ­re usi­łu­je się przed­sta­wić jako jed­ną z form mał­żeń­stwa, pro­pa­gu­je się kon­sump­cjo­ni­stycz­ny styl życia, odrzu­ca się tra­dy­cyj­ne war­to­ści i usu­wa z prze­strze­ni publicz­nej sym­bo­le religijne.

Ład­nie to sko­men­to­wał J. Hart­man:

Sam doku­ment jest zlep­kiem pyszał­ko­wa­tych fra­ze­sów o „pojed­na­niu” (to, że wy się tam żre­cie mię­dzy sobą, nie zna­czy, że Pola­cy i Rosja­nie mają jakieś szcze­gól­ne złe rela­cje i potrzeb­ne im „pojed­na­nie”!) z typo­wy­mi poła­jan­ka­mi fun­da­men­ta­li­stów, któ­rzy wspól­nym szy­frem trwoż­li­wie egzor­cy­zmu­ją wszyst­ko, co wyda­je im się zagra­żać ich pozy­cji. Ten cały obcy świat, któ­re­go tak się boją, umie­ją okle­ić paro­ma dia­bel­ski­mi epi­te­ta­mi, w rodza­ju „pro­pa­ga­tor abor­cji i euta­na­zji”, „zde­hu­ma­ni­zo­wa­ny seku­la­ryzm” czy „ate­istycz­ny fun­da­men­ta­lizm”, lecz nic ponad­to. Umie­ją tyl­ko zatrza­snąć się na głu­cho w solip­sy­stycz­nej para­noi i sza­leń­stwie pychy, pozwa­la­ją­cej bez zaże­no­wa­nia prze­ma­wiać „do naro­dów” (ba, nie­le­d­wie „w imie­niu naro­dów”!) i robić nie­dwu­znacz­ne alu­zje, że wszyst­ko, co nie­ko­ściel­ne jest nie­mo­ral­ne, a Kościół i Cer­kiew są moral­no­ści osto­ją (a to szcze­gól­ne!). Na te wszyst­kie insy­nu­acje, pomó­wie­nia i bez­przy­kład­ne zadu­fa­nie w sobie nakła­da się jesz­cze obłud­ny szta­faż reto­ry­ki „tro­ski”. Oni są zawsze tak bar­dzo zatro­ska­ni i tak bar­dzo by nas chcie­li „ubo­ga­cić”.

Nie był­bym sobą, gdy­bym nie napi­sał, że dla przed­sta­wi­cie­li naj­bar­dziej skraj­nej pra­wi­cy przy­jazd Cyry­la jest kolej­ną oka­zją do urzą­dze­nia sobie festi­wa­lu para­noi. W koń­cu Cyryl, to agent KGB, któ­ry przy­je­chał z sadzon­ka­mi brzo­zy smoleńskiej…

Porcja wakacyjnej moralności

Waka­cje to sezon ogór­ko­wy, moż­na więc odsma­żyć róż­ne cie­ka­we pro­ble­my. Ostat­nio na cza­sie jest bata­lia o zapłod­nie­nie poza­ustro­jo­we, któ­re do tej pory nie zosta­ło w żaden spo­sób sko­dy­fi­ko­wa­ne. Taki stan rze­czy nie jest do koń­ca zły, ale otwar­ta pozo­sta­je kwe­stia ewen­tu­al­nej refun­da­cji in vitro.

W poprzed­niej kaden­cji Sej­mu mie­li­śmy całą ple­ja­dę pro­jek­tów ustaw, z któ­rych wszyst­kie skoń­czy­ły się na niczym. Od naj­bar­dziej absur­dal­nych naka­zu­ją­cych kara­nie leka­rzy za prze­pro­wa­dza­nie takich pro­ce­dur, aż po takie z któ­rych coś sen­sow­ne­go dało­by się pew­nie wygrzebać.

Ponoć po waka­cjach par­tia rzą­dzą­ca ma się zająć in vitro; aktu­al­ny stał się pro­blem (jak­że z latem zwią­za­ny): mro­zić czy nie mro­zić? Jed­nym sło­wem para­no­ja; sen poli­ty­kom spę­dza z oczu kwe­stia czy dopusz­czal­ne jest mro­że­nie nad­pro­gra­mo­wych zarod­ków (a te się two­rzy w celu zwięk­sze­nia szan­sy na poczę­cie dziec­ka; przy dzie­się­ciu zarod­kach szan­se wyno­szą 30%), czy też nie, czy może nie powin­no się ich tworzyć.

Ja jestem za tym, że zarod­ków powin­no się two­rzyć tyle, ile jest potrze­ba: tak, żeby zabieg był jak naj­bar­dziej opła­cal­ny, tj. żeby szan­sa powo­dze­nia była naj­więk­sza. Co się sta­nie z zarod­ka­mi, embrio­na­mi, gala­re­tą w pro­bów­ce – jak zwał tak zwał, mało mnie obchodzi.

Usi­łu­je się nam wci­skać, że to jest życie. Jakie życie?! To jest zwią­zek che­micz­ny. Życiem jest coś, co ma ser­ce, krę­go­słup itd; tzn. w jaki­kol­wiek spo­sób się do życie obja­wia. W jaki spo­sób obja­wia się życie związ­ku chemicznego?

Cała ta deba­ta to po pro­stu absurd. Jak dla mnie, to mogą te embrio­ny spu­ścić w toa­le­cie i nie robi mi to różnicy.

Dru­ga spra­wa też aktu­al­nie wał­ko­wa­na, to związ­ki part­ner­skie. Naj­wyż­szy czas już na ich wpro­wa­dze­nie; są one prze­cież tak­że dla par hete­ro­sek­su­al­nych, któ­re z pew­nych wzglę­dów nie chcą brać ślubu.

Na koniec, w ostat­niej „Poli­ty­ce” Jan­Hart­man poru­szył pro­blem kara­nia za obra­zę uczuć reli­gij­nych. Pod tym wzglę­dem podob­ni jeste­śmy do Izra­ela. War­to przeczytać.

Lipiec

Od dwóch dni cho­dzę na prak­ty­ki do kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej. Tak reali­zu­ją się póki co moje pla­ny waka­cyj­ne. Spę­dzam tam parę godzin i tyle; mam nadzie­ję, że cze­goś się nauczę. Z innych pla­nów waka­cyj­nych – poja­dę do Buda­pesz­tu; ter­min nie jest jed­nak jesz­cze usta­lo­ny. Poza tym będę jeź­dził na rowe­rze, robił masę zdjęć i pisał głu­po­ty na swo­jej stro­nie. Może też tro­chę zmo­dy­fi­ku­ję jej wygląd, bo ten mi się już tro­chę znudził.

Poza tym na bie­żą­co śle­dzę to, co dzie­je się w kra­ju i za gra­ni­cą. Miał­bym cza­sem ocho­tę to sko­men­to­wać, ale pew­nie nie każ­de­mu by się to spodobało.

Zamiast tego daję łączę do cie­ka­we­go komen­ta­rza doty­czą­ce­go orze­cze­nia Try­bu­na­łu ws. ogród­ków dział­ko­wych (poło­wa prze­pi­sów w usta­wie nie­zgod­na z konstytucją).

Ostatni gwizdek

Ostat­nio był pierw­szy gwiz­dek, a wczo­raj był już ostat­ni. Przy­naj­mniej dla naszych pił­ka­rzy. Filo­zo­ficz­nie stwier­dzę: tak to już w spo­rcie bywa. Moż­na też powie­dzieć: mia­ło być tak pięk­nie, a wyszło jak zwykle.

Od tygo­dnia jestem wolon­ta­riu­szem, cho­ciaż teraz aku­rat jestem w Kali­szu. Jeden egza­min mam już za sobą, pozo­sta­ły jesz­cze dwa. Nie­śmia­ło prze­bły­sku­je gdzieś myśl o wakacjach.

Ja jako wolontariusz

Rynek

Pierwszy gwizdek

Po paru dniach spę­dzo­nych w Kali­szu, za chwi­lę zno­wu wra­cam do Pozna­nia i wca­le mnie to nie cie­szy. Spę­dzę tam jesz­cze z prze­rwa­mi 3 tygo­dnie. Jutro zaczy­na się sesja i ja rów­nież mam pierw­szy egzamin.

Przed­wczo­raj był pierw­szy mecz mistrzostw: Pol­ska-Gre­cja, zakoń­czo­ny remi­sem. Spor­to­wy aspekt mistrzostw za bar­dzo mnie nie inte­re­su­je, ale oglą­da­łem cere­mo­nię otwar­cia, któ­ra nie była zbyt spek­ta­ku­lar­na, ale nie była też zła. Po niej, uda­li­śmy się na rowe­rze do kali­skiej stre­fy kibica.

Dzisiaj pierwszy mecz

Dzi­siaj począ­tek EURO i pierw­szy mecz w War­sza­wie. Pił­ką noż­ną wca­le się nie inte­re­su­ję, ale cere­mo­nię otwar­cia na pew­no będę oglądał.

W Kali­szu pozo­sta­je do nie­dzie­li. W ponie­dzia­łek mam pierw­szy poważ­ny egza­min i tego też dnia pierw­szy raz będę pra­co­wać jako wolon­ta­riusz. Moje opo­wie­ści o kne­blo­wa­niu wolon­ta­riu­szy były przed­wcze­sne. W mojej umo­wie nicze­go na ten temat nie znalazłem.

Życzę wszyst­kim uda­nej zabawy!

Dworzec

Ostat­ni mój wpis pocho­dzi sprzed dwóch tygo­dni, kie­dy to week­end spę­dza­łem w Pozna­niu. Dzi­siaj też jest nie­dzie­la i też sie­dzę w Pozna­niu. Jed­na z tego przy­czyn jest taka, że dzi­siaj zaczy­na­ją się szko­le­nia dla wolon­ta­riu­szy miast-gospo­da­rzy EURO; potrwa­ją do śro­dy, kie­dy w koń­cu wró­cę do domu. Do tego nie są wca­le krót­kie! Od rana do wieczora.

Nie wiem, czy potem będę mógł pisać cokol­wiek na ten temat, bo podob­no wolon­ta­riu­szom zabra­nia się (!) komu­ni­ko­wa­nia z media­mi i wypo­wia­da­nia publicz­nie na temat ich pra­cy. Może będę pisał szyfrem…

W pią­tek odwie­dzi­łem nowy budy­nek dwor­ca w Pozna­niu, któ­ry został wybu­do­wa­ny w eks­pre­so­wym tem­pie. Mogę powie­dzieć tyle: nie jest źle. Ale wła­ści­wie to nic wię­cej. Dwo­rzec sam w sobie jest dosyć ład­ny, choć dokoń­czo­ny jest może w 15 tego, co ma być dopie­ro pod koniec 2013 roku. Naj­gor­sze jest jed­nak to, że póki co roz­wią­za­nia komu­ni­ka­cyj­ne są tam fatal­ne. Dwo­rzec roz­cią­ga się nad pero­na­mi pierw­szym, dru­gim i trze­cim. A jak podróż­ni mają dostać się na czwar­ty, pią­ty lub szó­sty? Z nowe­go dwor­ca muszą zje­chać na peron, gnać kil­ka­set metrów do przej­ścia pod­ziem­ne­go, potem sta­rym przej­ściem prze­do­stać się na swój peron. Strasz­nie dale­ko! Poza tym nie jest łatwo wejść do dwor­ca. Na sta­ry dwo­rzec podróż­ni dosta­ją się z pozio­mu uli­cy Dwor­co­wej, co dla pasa­że­rów, któ­rzy przy­je­cha­li tram­wa­jem jest bar­dzo nie­wy­god­ne, bo trze­ba wali­zy tachać po scho­dach (po poko­na­niu masy głu­pich wyse­pek i przejść dla pie­szych). Teraz na Dwor­co­wą nie trze­ba scho­dzić, ale za to trze­ba przejść więk­szość Mostu Dwor­co­we­go, bo wej­ście jest dale­ko. Może do 2013 będzie lepiej, ale na razie jest nienadzwyczajnie.

Rosyjska dusza

Ostat­nio byli­śmy w fil­har­mo­nii na fan­ta­stycz­nym kon­cer­cie pt „Rosyj­ska dusza”. Gwiaz­da­mi wie­czo­ru byli dwaj muzy­zy z Rosji: pia­ni­sta i dyrygent.

Jacob Kat­snel­son fortepian
Orkie­stra Sym­fo­nicz­na Fil­har­mo­nii Kaliskiej
Igor Ver­bit­sky dyrygent

w pro­gra­mie:
M. Rim­ski-Kor­sa­kow – Narze­czo­na cara – uwertura
S. Pro­ko­fiew – I Kon­cert for­te­pia­no­wy Des-dur op. 10
P. Czaj­kow­ski – Sym­fo­nia „Man­fred” op. 58

Weekend całotygodniowy

Do waka­cji pozo­sta­ło… 56 dni. Przy­naj­mniej do tych moich. Tym­cza­sem teraz dobie­ga naj­dłuż­szy week­end majo­wy, jaki pamię­tam – któ­ry trwał wła­ści­wie cały tydzień. Jak dla mnie, to mógł­by być jesz­cze dłuż­szy. Do koń­ca zajęć pozo­stał mie­siąc. Zaję­cia na stu­diach lubię, ale jeż­dże­nie do Pozna­nia jest okrop­nie męczące.

Tydzień temu dosta­łem wia­do­mość, któ­ra zaczy­na­ła się tak:

jeste­śmy pod wra­że­niem Two­jej apli­ka­cji i roz­mo­wy rekru­ta­cyj­nej. Dzię­ku­je­my za poświę­co­ny czas, zain­te­re­so­wa­nie pro­jek­tem oraz chęć współpracy.

Ozna­cza to, że zosta­łem przy­ję­ty do gro­na wolon­ta­riu­szy miast-gospo­da­rzy na czas mistrzostw w pił­ce noż­nej. Świet­nie! Taka oka­zja może się nie powtó­rzyć.  Marzy­łem o tym, by zostać wolon­ta­riu­szem na olim­pia­dę w Lon­dy­nie, ale nic z tego nie wyszło. Może kiedyś…

Nie­bo w maju

Rowery na start

Parę dni temu w Pozna­niu mia­ła miej­sce pre­mie­ra Poznań­skich Rowe­rów Miej­skich. Teraz mogę zdać rela­cję na gorą­co, bo wła­śnie z nich skorzystałem.

Na począt­ku muszę zazna­czyć, że panu­je wokół nich lekk atmos­fe­ra dez­in­for­ma­cji, bo – przy­kła­do­wo – nie jest praw­dą, że moż­na zare­je­stro­wać się przy pierw­szym wypo­ży­cze­niu w sys­te­mie. Ja przy­naj­mniej tego pró­bo­wa­łem i mi się nie uda­ło. Poza tym, instruk­cje dot. obsłu­gi rowe­rów są inne w inter­ne­cie i inne na pylo­nach w ter­mi­na­lach. Jed­nym sło­wem – zamieszanie.

Rowe­ry same w sobie są świet­ne. Dobrze przy­sto­so­wa­ne do mia­sta, nie ma z nimi naj­mniej­sze­go pro­ble­mu. Faj­nie oglą­da się z nich miasto.

Nie­ste­ty ter­mi­na­li jest sta­now­czo za mało, żeby taka inwe­sty­cja mia­ła więk­szy sens. Mam nadzie­ję, że będzie ich dużo wię­cej. Wro­cła­wia­nie narze­ka­ją, bo ter­mi­na­li mają tyl­ko 18. W Pozna­niu jest ich na razie… 7.

Dru­ga spra­wa jest taka, że ścież­ki rowe­ro­we tyl­ko z pozo­ru są dobrze zor­ga­ni­zo­wa­ne. Póki się taką dro­gą jedzie, jest dobrze; ścież­ki rowe­ro­we mają jed­nak ten­den­cję do tego, by ury­wać się w nie­spo­dzie­wa­nym miejscu…

Mesjasz”

Wczo­raj byłem na kon­cer­cie Fil­har­mo­nii Kali­skiej. Orkie­stra przed­sta­wi­ła wraz z Chó­rem Fil­har­mo­nii Wro­cław­skiej ora­to­rium „Mesjasz” Hän­dla. Uwiel­biam muzy­kę baro­ko­wą, więc byłem usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny; z resz­tą chy­ba nie tyl­ko ja, bo pra­wie cała sala (na 400 osób) była peł­na. Ora­to­rium jest bar­dzo dłu­gie, trwa­ło pra­wie 3 godzi­ny. Jego wadą jest to, że gdy soli­ści po pięć razy śpie­wa­li jed­no zda­nie, to robi­ło się to nużące.

Chór Fil­har­mo­nii Wrocławskiej
Agniesz­ka Fran­ków-Żela­zny- kie­row­nic­two arty­stycz­ne, przy­go­to­wa­nie chóru

ORKIESTRA FILHARMONII KALISKIEJ
Andrzej KOSENDIAK – dyrygent
Mar­ta Niedź­wiec­ka – pozytyw

w pro­gra­mie:
G. F. Haen­del – Mesjasz

A teraz słu­cham tran­smi­sji z festi­wa­lu Miste­ria Pas­cha­lia w Krakowie.