Na dwóch zdjęciach widać dziwną stalowa konstrukcję. Jest to coś, co zauważyłem od razu po przyjeździe do Gdyni, gdy wyszedłem nad Bulwar Nadmorski. Ta monstrualna konstrukcja zupełnie bowiem zmieniła krajobraz miasta. W internecie przeczytałem, że jest to pływający dźwig do budowy morskich farm wiatrowych na Bałtyku. Dźwig jest tak olbrzymi, że jest niewiele niższy od stojących obok wieżowców.
Zawsze będąc nad morzem wybieram się na krótką wycieczkę na Półwysep Helski. Choć zimą nie ma tam zbyt wielu atrakcji, to jednak Półwysep przyciąga swoją piękną, surową przyrodą. Ponownie pojechałem tam pociągiem; jedzie się z Gdyni półtorej godziny. Samochodem nie jest szybciej. Poza tym, na ten dzień zapowiadana była gołoledź. Wycieczkę trochę zepsuła panująca wszędzie koszmarna ślizgawica. Oczywiście, poza tradycyjnego spacery cyplem, odwiedziłem też fokarium.
Ulica WiejskaWidok na HelW fokariumW rybackiej chacieTradycyjne dzielone drzwi
Wczoraj, za drugim podejściem, udało mi się dojechać do Gdyni, w do której przybyłem wczesnym popołudniem. Mróz jest nadal. To dla mnie jednak nie problem. Tradycyjnie wybrałem się na spacer wzdłuż plaży w kierunku Orłowa. Pierwszy raz widziałem częściowo zamarznięte morze.
Dwa dni temu w sobotę, gdy wyruszyłem w drogę, termometr pokazywał kilkanaście stopni mrozu. Takiej zimy nie było u nas od kilku już lat. Moim pierwszym zaplanowanym przystankiem był Grudziądz, do którego chciałem wrócić na 1 dzień po czterech latach (dwa lata temu też na chwilę do niego wstąpiłem). Po drodze zatrzymałem się w Strzelnie, żeby zobaczyć romańskie kolumny, niestety zimno było tak dojmujące, że trudno było wytrzymać.
Pojechałem więc szybko w dalszą drogę do Bydgoszczy, w której nie byłem od 14 lat. Nie da się ukryć, że przynajmniej 10 stopni mrozu nie ułatwiały zwiedzania. Przeszedłem się jednak pod centrum, które robi pozytywne wrażenie. Na pewno przy lepszej pogodzie jest jeszcze ładniejsze.
Ruszyłem w dalszą drogę do Grudziądza. I niestety dojechałem, poszedłem nawet do grudziądzkich term, ale wtedy byłem zmuszony przedwcześnie zakończyć wycieczkę z powodu awarii samochodu.
W tym sezonie właście przechodzimy drugi atak zimy. Choć oczywiście ten atak trzeba przyjmować z przymróżeniem oka, bo jest to nic w porównaniu do zim sprzed lat. Znowu tej zimy spadł śnieg i znowu temperatura spadła poniżej zera. Pierwszy atak zimy miał miejsce na przełomie listopada i grudnia: wtedy również spadła odrobina śniegu i również był przez parę dni mróz (prawdziwe śniegi to były w 2009 roku).
Niemniej jednak nie mogłem w taką pogodę nie pojechać do lasu – nie można zmarnować okazji, żeby zobaczyć urokliwe leśne zakątki przyprószone śniegiem.
Zwykle do Doliny Baryczy wybierałem się wiosną (tzn. w maju). Ale już w tamtym roku po raz pierwszy pojechałem nad Stawy Milickie w listopadzie. W tym roku tę wycieczkę powtórzyłem.
Jaz na Baryczy, która w tym miejscu nie jest już tylko strumieniem
Pogoda nie była idealna, bo trochę mżyło. Jednak i tak było bardzo malowniczo. Lasy, łąki, pola i rozlewiska są o tej porze roku wyjątkowo tajemnicze i pociągające. Na stawach pluskają się ptaki, które co chwile wydają różne dziwne dźwięki.
Czarny PotokŚródpolna aleja drzewStaw bez wodyOdciski setek łapek na przybrzeżnym błotkuNagrobek?
Po tygodniach suszy nadeszły letnie ulewne deszcze i znaczące ochłodzenie. Gdy w końcu przestało padać, postanowiłem się wybrać na choćby krótką wieczorną przejażdżkę rowerową. Z mojej pasji do jeżdżenia na rowerze niewiele zostało, ale to temat na osobną opowieść. Nie da się ukryć, że jeżdżę teraz na rowerze znacznie mniej, niż dawniej.
W latach szkolnych, jeszcze na studiach, czy nawet jeszcze przez pierwsze lata po studiach, jeździłem na rowerze dużo i często – głównie na intensywne wyprawy krajobrazowe (choć były to w kółko te same krajobrazy w tych samych ulubionych miejscach), które liczyły po 20 – 30 km.
Dzisiaj pojechałem do miejsca, które jest niedaleko mojego domu, ale w którym narodziła się, myślę że ponad 15 lat temu, wygasła obecnie pasja do dalekich wypraw rowerowych. To ciekawe miejsce nad niedalekim zalewem, gdzie piaszczyste plaże przeplatają się z polami, łąkami i rachitycznym lasem. To w tamtym miejscu po raz pierwszy zacząłem się sam wypuszczać na dalsze wyjazdy rowerowe.
Dzisiaj przyjechałem tam ponownie po latach. Nie wiem, jak dawno nie byłem w tych okolicach, ale może to być nawet 5 – 6 lat! W miejsce, gdzie dawniej jeździłem codziennie!
Niby wiele się nie zmieniło, ale jednak pewne zmiany zaszły. Na przykład łąka, którą dawniej można było spokojnie przebyć na rowerze, obecnie jest całkowicie zarośnięta.
Muszę tam wrócić i spróbować przejechać znowu na rowerze w te miejsca, gdzie jakieś 15 – 18 lat temu tak często odwiedzałem.
Wielokrotnie wspominałem już o krótkich wycieczkach do Doliny Baryczy. W tym roku odwiedziłem już okolice Antonina, a także Kompleks Potasznia. Bardzo udaną wycieczkę w tamte okolice zaliczyłem jesienią poprzedniego roku. Prawda jest jednak taka, że przy wycieczkach jednodniowych jadę w takie miejsce, które nie jest dalej, niż godzina drogi samochodem.
Tym razem miałem niepowtarzalną okazję zahaczyć o Dolinę Baryczy wracając z wycieczki w Góry Sowie. Od dłuższego czasu myślałem o odwiedzeniu okolic Milicza, ale zawsze było to za daleko albo zbyt nie po drodze. Teraz nadarzyła się okazja. W końcu Milicz i jego okolice to prawdziwe centrum Doliny Baryczy, bo to właśnie od Milicza biorą swą nazwę całe Stawy Milickie.
Pierwszego dnia popołudniu odwiedziłem Rudę Sułowską. To miejsce jest o tyle ciekawe, że można zrobić tam przyjemną wycieczkę w formie pętli wokół stawów. Stawy mają bowiem ten minus, że w wiele miejsc nie można wejść ze względu na hodowlę.
Ruda Sułowska
Drugiego dnia pojechałem na niedługi spacer po Miliczu. Potem udałem się do Rudy Milickiej. Wtedy niestety znacznie pogorszyła się pogoda i zaczęło wkrótce padać. Do tego niestety okazało się, że szlak jest częściowo zamknięty (ale to inna historia). Niestety, ale chociaż Milicz szczycie się bycia „rowerową stolicą Dolnego Śląska”, to dla turysty pieszego stawy milickie w tych okolicach nie są tak ciekawe. W wiele miejsc nie można wejść, a czasami szlak prowadzi drogą wzdłuż stawów, ale samych stawów nie widać, co trochę traci sens wizyty.
W Rudzie Milickiej akurat trudno o spacer wokół stawów.
Pałac w Miliczu (obecnie szkoła)Zamek w MiliczuRuda Milicka
Podsumowując, można powiedzieć, że stawy mimo wszystko trochę nie są tego warte, żeby jechać tam specjalnie – szczególnie, jeśli nie ma się roweru. Stwierdzam, że Kompleks Potasznia pod względem turystycznym jest dla mnie ciekawszy.
Poza tym, wiosenny krajobraz stawów jest dosyć monotonny. Wczesną wiosną lub jesienią jest trochę ciekawiej.
Od paru dni jest bardzo ciepło, jak na marzec, chociaż nie zdziwi mnie, jeśli przyjdzie jeszcze uderzenie zimna i zima da o sobie znać.
Jak co roku w marcu postanowiłem i tym razem udać się w nad stawy w okolice Przygodzic. W Przygodzicach jest w zasadzie początkowy odcinek Doliny Baryczy i w tych okolicach Barycz (jeszcze jako niewielka rzeczka) zasila kilka wielkich stawów, które są ostoją dla bardzo wielu ptaków (które raczej słychać, niż widać).
W tym roku postanowiłem się udać trochę bardziej na południe, tzn. w okolice Antonina. Tam znajduje się Rezerwat Wydymacz, w którym jest staw, rozlewiska i okazy gigantycznych starych dębów. Nie byłem tam od 2019 roku. Sam Antonin słynie natomiast z drewnianego pałacu, w którym podobno był Chopin.
Susza daje już o sobie znać. Rezerwat poprzecinany jest siecią rowów, strumieni i rzeczek. W tej chwili są albo wyschnięte, albo niewiele w nich wody. W głównym stawie też było niewiele wody.
Wątły strumyczekWydymaczJeden z wielkich dębówPałac w Antoninie
Do Antonina jest ok. 30 kilometrów, więc nie jakoś daleko. Wybrałem tym razem jednak trochę nietypową drogę, bo jadąc do Antonina odwiedziłem jeszcze Kotłów. Jest to wieś położona na wysokim wzgórzu tuż pod Mikstatem. Byłem tam poprzednim razem w maju 2019 roku. Na wzgórzu znajduje się bardzo stary kościół, który swoją historią sięga najpewniej głębokiego średniowiecza, ponieważ jego trzon stanowi najstarsza, romańska część. Ściany mają po 2 – 3 metry grubości i wyciosane są z kamienia. W środku panuje przeszywający chłód.
Romański kościół w KotłowieCmentarz dookoła kościołaKościół romańsko-barokowy
Zainspirowany wpisem w Facebooku lokalnego krajoznawcy, postanowiłem odwiedzić leśne wzgórza polodowcowe w Gminie Ceków-Kolonia. Las jest, wzgórza są. Czy są polodowcowe, to trudno powiedzieć, ale niewątpliwie skądś się musiały wziąć. Bo rzeczywiście las nie jest płaski, tylko są w nim obecne liczne górki.
Las jest dosyć rozległy, chociaż niezbyt ciekawy. Rozciąga się na wschód od drogi wojewódzkiej 470 łączącej Kalisz z Turkiem. Wiele razy, gdy jechałem w kierunku Turku, nachodziła mnie ochota, aby sprawdzić, co tam jest. Okazuje się, że jest to mało wyraźna, wschodnia granica Puszczy Pyzdrskiej. Bowiem i tam można odnaleźć ślady osadnictwa olęderskiego, chociażby w postaci ewangelickich cmentarzy. Prawda jest jednak taka, że ja o tych śladach jedynie czytałem, ale ich nie znalazłem. Nie tym razem. Może jeszcze kiedyś uda mi się te tereny lepiej zwiedzić.
Osadnictwo olęderskim charakteryzowało się m.in. bardzo luźnym układem wsi rozrzuconych wśród pól i lasów. Tam jest podobnie. Można z oddali wypatrzeć samotne gospodarstwa położone wśród pól, w pewnym oddaleniu od lasów.
Sam las nie jest raczej atrakcyjny. Są to typowe sosny-zapałki. Ale wynika to ze słabych ziem, jakie zasiedlali Olędrzy. W jednym miejscu znajdowało się osuwisko, to widać było, że pod cienką warstwą darni jest sam żółty piach i nic więcej.
Sama Gmina Ceków-Kolonia nie wywarła na mnie pozytywnego wrażenia. Pogłębia się tam typowy chaos urbanistyczny polegający na tym, że buduje się domy całkowicie bez ładu i składu pośrodku niczego. W dodatku są to domu w stylu pseudo-nowoczesnym, zupełnie niepasującym do tych terenów; zwykle są bardzo duże i zbudowane bez szacunku dla krajobrazu. Będzie to prowadzić do dalszej degradacji i zadeptywania tych dosyć ładnych okolic. Nie trudno się domyślić, że ci, którzy stawiają te chałupy, nie są wcale rolnikami.
Do tego brud, syf i śmietnik wzdłuż dróg. Możemy dziękować McDonaldowi, że przestawił się na opakowania wyłącznie tekturowe, to może te śmieci, którymi usłane są pobocza dróg, jakoś się rozłożą. O wysypiskach śmieci napotkanych przynajmniej ze 2 razy w lesie nawet nie chce się wspominać. No i wiejscy rajdowcy gnający 100 km/h w miejscach zupełnie do tego nieprzystosowanych (na drogach wijących się wśród pól i lasów). Jazda zgodnie z przepisami przekracza możliwości intelektualne tubylców.
To pokazuje, jaką katastrofą i nieporozumieniem jest budowanie i remontowanie dróg na terenach wiejskich. Gdy taka droga zostaje zbudowana, natychmiast niszczony jest krajobraz, wszędzie pojawiają się śmieci. Spokojne okolice zostają natychmiast zdewastowane przez wiejskich rajdowców, o których pisałem wyżej…
Pogoda w styczniu była bardzo zmienna. Momentami jest zima, a momentami wiosna. Czasami jednego dnia. Pewnego razu wybrałem się do lasu i nad rzekę. Od rana była zima, w południe – wiosna.