Dolina Swędrni w pełni lata

Waka­cje dla mnie nie są w tym roku zbyt cie­ka­we, ponie­waż spę­dzę je na ocze­ki­wa­niu na roz­po­czę­cie nowej pra­cy. Nie mam już zupeł­nie urlo­pu, więc nie mogę też nigdzie dalej poje­chać. Zosta­ją mi tyl­ko krót­kie wyciecz­ki w pobli­żu Kali­sza. Sta­ram się jeź­dzić na rowe­rze, ale pogo­da jest byle jaka. Raz upał, cza­sem sil­ny wiatr zrzu­ca­ją­cy z rowe­ru, do tego burze, ule­wy, a cza­sa­mi wszyst­ko na raz. W Niem­czech i Holan­dii trwa­ją kata­stro­fal­ne powo­dzie, dobrze że cho­ciaż u nas tego nie ma, cho­ciaż były momen­ty niewesołe.

Na rowe­rze moż­na się wybrać na przy­kład w Doli­nę Swędr­ni, któ­ra jest na wycią­gnię­cie ręki, cho­ciaż zwie­dza­nie jej, w szcze­gól­no­ści na rowe­rze, nie jest łatwe – ze wzglę­du na ukształ­to­wa­nie terenu.

Krzysztof Varga o reprezentacji w piłce nożnej

Krzysztof Varga o udziale reprezentacji Polski w mistrzostwach świata w piłce nożnej (K. Varga "Dziennik hipopotama")
Krzysz­tof Var­ga „Dzien­nik hipo­po­ta­ma”. Frag­men­ty wyrwa­ne z kontekstu 🙂

Pił­ka noż­na mnie nie inte­re­su­je, bo w ogó­le sport mnie nie inte­re­su­je, a sport zespo­ło­wy w szcze­gól­no­ści. No ale wła­śnie trwa EURO 2020 (pomi­mo tego, że jest rok 2021) i chcąc nie chcąc coś tam się obi­je o uszy na temat wyczy­nów naszej „repre­zen­ta­cji”. Jest to więc dobry moment, żeby przy­po­mnieć, co na ten temat napi­sał Krzysz­tof Var­ga w „Dzien­ni­ku hipo­po­ta­ma”. Ten cytat odno­si się do mistrzostw świa­ta z 2018 roku, ale myślę, że do mistrzostw euro­py też może paso­wać. Parę dni temu nasi pił­ka­rze prze­gra­li ze Sło­wa­cją, dzi­siaj też gra­ją, nie wiem nawet, z kim…

I pomy­śleć, że 9 lat temu byłem wolon­ta­riu­szem mia­sta gospo­da­rza w trak­cie EURO 2012…


Dopi­sek po meczu: tego dnia „wygra­li­śmy” z Hisz­pa­nią 1:1, ale w kolej­nym meczu ze Szwe­cją repre­zen­ta­cja prze­rżnę­ła, tak więc tra­dy­cji sta­ło się zadość – pol­ska dru­ży­na szyb­ko odpa­dła z turnieju.

Dolina Baryczy

Kil­ka razy już pisa­łem na tej stro­nie o Doli­nie Bary­czy. Ale trud­no jed­nym zda­niem napi­sać, o co tak napraw­dę cho­dzi. I sytu­acja jest ty podob­na jak w przy­pad­ku Pusz­czy Pyz­dr­skiej – sam pró­bu­ję te miej­sca zro­zu­mieć od kil­ku lat i nie do koń­ca mi wycho­dzi. Doli­na Bary­czy to kra­ina roz­cią­ga­ją­ca się na tere­nie Dol­ne­go Ślą­ska i połu­dnio­wej Wiel­ko­pol­ski; jest to teren, przez któ­ry prze­pły­wa rze­ka Barycz. Ta rze­ka swój począ­tek ma na tere­nach znaj­du­ją­cych się na połu­dnie od Ostro­wa Wiel­ko­pol­skie­go i Kali­sza. Nie wiem, gdzie dokład­nie. Na tych tere­nach począ­tek mają dwie rze­ki: Barycz, ale jest jesz­cze Oło­bok, rzecz­ką znacz­nie mniej­sza, któ­ra pły­nie w prze­ciw­nym kie­run­ku i po paru kilo­me­trach wpa­da do Pro­sny (nie­da­le­ko wsi Ołobok).

Przy­go­dzi­ce są pierw­szą więk­szą miej­sco­wo­ścią, gdzie moż­na Barycz zaob­ser­wo­wać – tam jest tyl­ko nie­zna­czą­cym stru­mie­niem. Dalej jed­nak sytu­acja się zmie­nia, rze­ka sta­je się szer­sza, a jej nurt jest bar­dziej wartki.

Jak moż­na prze­czy­tać w lite­ra­tu­rze facho­wej (czy też w inter­ne­cie), cha­rak­te­ry­stycz­ną cechą Bary­czy jest nie­wiel­ki spa­dek, co spra­wia, że nurt rze­ki wije się leni­wie; sprzy­ja to two­rze­niu się roz­le­wisk, bagien, tere­nów podmokłych.

Wokół Bary­czy powsta­ło wie­le kom­plek­sów sta­wów. Naj­pierw, w oko­li­cach Anto­ni­na, znaj­du­je się rezer­wat „Wydy­macz” – tam jest staw poło­żo­ny pośród lasu. Potem są Sta­wy Przy­go­dzic­kie (wie­dzie mię­dzy nimi szlak tury­stycz­ny); jeż­dżę tam co roku od kil­ku lat. Zdję­cia są na przy­kład tutaj. Nato­miast naj­wię­cej sta­wów jest w oko­li­cach Milicza.

W tym roku pierw­szy raz uda­ło mi się wybrać tro­chę dalej, bar­dziej w głąb kom­plek­sów sta­wów przy­go­dzic­kich. Są tam szla­ki tury­stycz­ne, jest co oglą­dać. W oko­li­cach Dol­ne­go Ślą­ska Barycz zamie­nia się już w poważ­ną rzekę.

Cie­ka­we oko­li­ce są rów­nież wokół Odo­la­no­wa.

Moim marze­niem jest dokład­niej­sza pene­tra­cja tere­nów Doli­ny Bary­czy; jak na razie widzia­łem tyl­ko nie­wiel­kie frag­men­ty i mam poczu­cie nie­do­sy­tu. Ide­ałem było­by zabrać ze sobą rower i zwie­dzać te tere­ny (a są to spo­re odle­gło­ści) na dwóch kółkach.

Zdję­cia wyko­na­ne na począt­ku maja 2021 roku


Doli­na i Łąki (2019)

Doli­na Bary­czy od innej stro­ny: Bocz­ne dro­gi2021

Lin­ki: czte­ry pory roku w Doli­nie Baryczy

Kazimierz w czasie epidemii

Uli­ca Szeroka

W cza­sie moje­go ostat­nie­go poby­tu w Kra­ko­wie, musia­łem się jesz­cze wybrać na Kazi­mierz. Kra­ków w dal­szym cią­gu jest jesz­cze opu­sto­sza­ły (zdję­cia z mar­ca) i, praw­dę mówiąc, taki mi odpo­wia­da. Wyglą­da to wręcz tro­chę nienaturalnie.

Na tych zdję­ciach widać wcze­sną wio­snę, bo wio­sna w tym roku się spóźnia.

Boczne drogi 2021

W to miej­sce wra­cam już od 5 lat co roku w mar­cu. Ale jakoś tak się sta­ło, że poprzed­ni (i jedy­ny raz) jakieś zdję­cia z tego miej­sca wrzu­ci­łem 2 lata temu.

Sta­wy przy­go­dzic­kie to w grun­cie rze­czy nic nad­zwy­czaj­ne­go. Asfalt, śmie­ci, dziu­ra­wa dro­ga, tro­chę wody, pola, rów, pta­ki, zno­wu śmie­ci. Ale za pierw­szym razem zro­bi­ły na mnie bar­dzo duże wra­że­nie, przede wszyst­kim ze wzglę­du na to, że są napraw­dę duże. A dru­ga kwe­stia jest taka, że to wła­śnie na połu­dnie od Ostro­wa Wiel­ko­pol­skie­go roz­po­czy­na się Doli­na Bary­czy. Jak każ­dy wie, Doli­na Bary­czy ucho­dzi za miej­sce wyjąt­ko­wo ład­ne. Nie­ste­ty do tej pory nie mia­łem oka­zji zba­dać jej dokładnie.

Jak się spoj­rzy na mapę, to widać wyraź­nie, że od tego miej­sca, w kie­run­ku zachod­nim, wije się Barycz. W oko­li­cach Przy­go­dzic jest to bar­dzo byle­ja­ka, wąska, płyt­ka rze­ka. Ale za Odo­la­no­wem to już zupeł­nie co inne­go. Barycz oto­czo­na jest kil­ko­ma kom­plek­sa­mi sta­wów, któ­re zasi­la. Sta­wy przy­go­dzic­kie to pierw­szy z tych kompleksów.

Kra­jo­braz jest raczej mono­ton­ny, nic szcze­gól­ne­go; trud­no w połu­dnio­wej Wiel­ko­pol­sce zna­leźć tere­ny atrak­cyj­ne przy­rod­ni­czo. Sta­wy są sie­dli­skiem dla bar­dzo wie­lu pta­ków, któ­re jed­nak bar­dziej sły­chać niż widać. Bez lor­net­ki trud­no cokol­wiek zoba­czyć, bo pta­ki nie są przy brze­gu, tyl­ko wolą spo­kój na środ­ku sta­wów, z dala od ludzi.

Dla osób, któ­re chcia­ły­by się wybrać w te oko­li­ce, dodam, że prze­bie­ga tam­tę­dy czar­ny szlak tury­stycz­ny, któ­rym moż­na się poruszać.


Kra­jo­braz bocz­nych dróg

Opustoszały Kraków

Tak się sta­ło, że po pół­to­ra­rocz­nej prze­rwie zno­wu musia­łem poje­chać do Kra­ko­wa. Pan­de­mia spra­wi­ła, że mia­sto jest zupeł­nie inne i wyglą­da tro­chę jak makie­ta. Szko­da, że zawsze nie jest tak pusto.

Była sobo­ta, od rana był mróz, spa­dły 2 cm śniegu.


Tym­cza­sem wieczorem


Daw­niej

Wie­czo­rem w Krakowie

Kra­ków czarno-biały

Rozważania hipopotama

Krzysz­to­fa Var­gę od stro­ny lite­rac­kiej pozna­łem w 2019 roku. Wte­dy, w tym jed­nym roku, prze­czy­ta­łem chy­ba 6 jego ksią­żek: „Ale­ję Nie­pod­le­gło­ści”, „Tro­ci­ny”, „Nagro­bek z lastry­ko” i serię węgier­ską: „Gulasz z turu­la”, „Czar­dasz z man­ga­li­cą” i „Lan­go­sza w jur­cie”. W sumie nie wiem, jak to się sta­ło, że tak nagle sko­czy­łem do ksią­żek tego pół-Węgra. Ale od stro­ny dzien­ni­kar­skiej zna­łem go znacz­nie dłu­żej, tj. odkąd regu­lar­nie kupo­wa­łem naj­pierw czwart­ko­wą, a póź­niej ponie­dział­ko­wą „Gaze­tę Wybor­czą”, tak napraw­dę w celu czy­ta­nia „Duże­go For­ma­tu”, w cza­sach gdy czy­ta­nie DF mia­ło jesz­cze jakiś sens. No bo w koń­cu Var­ga przez lata był dzien­ni­ka­rzem „Gaze­ty Wybor­czej” i co tydzień uka­zy­wał się jego felie­ton w „Dużym For­ma­cie”. Nie wiem, kie­dy zaczą­łem je czy­tać, ale raczej było to pod koniec stu­diów. Wcze­śniej czy­ta­łem regu­lar­nie felie­to­ny Mariu­sza Szczy­gła, któ­re nie­ste­ty w pew­nym momen­cie zaczę­ły mnie nudzić, jak z resz­tą całe jego dzien­ni­kar­stwo. I wte­dy poja­wił się Krzysz­tof Var­ga, ze swo­im cię­tym humo­rem, sar­ka­zmem i świet­nym roze­zna­niem w świe­cie kul­tu­ry, tak­że tej współ­cze­snej, nie­gar­dzą­cy ani książ­ką, ani seria­lem. To dla „Gaze­ty Wybor­czej” nie­po­we­to­wa­na stra­ta, że taki pisarz i dzien­ni­karz opu­ścił jej łamy z koń­cem 2020 roku i prze­niósł się do kon­ku­ren­cji; dla mnie to kolej­ny powód mniej żeby jesz­cze kupo­wać raz w tygo­dniu „Wybor­czą”.

Jestem pewien, że kie­dyś felie­to­ny Var­gi, nie­zrów­na­ne pod wzglę­dem dow­ci­pu i inte­li­gen­cji, zosta­ną wyda­ne w for­mie jakie­goś jed­ne­go opa­słe­go tomu. Sam Var­ga nie stro­nił od komen­ta­rzy do aktu­al­nych wyda­rzeń, czę­sto w świe­cie kul­tu­ry, kry­ty­ku­jąc je zjadliwie.

Ale chcia­łem tu napi­sać o innej pozy­cji Auto­ra, o wyda­nym pod koniec 2020 roku „Dzien­ni­ku hipo­po­ta­ma”. Jest to dzien­nik, czy­li moż­na powie­dzieć, blog na papie­rze; for­ma z cza­sów, gdy nie było inter­ne­tu. To oczy­wi­sta kon­ty­nu­acja dzienników Leopol­da Tyr­man­da, Marii Dąbrow­skiej, Agniesz­ki Osiec­kiej i wie­lu innych pisarzy/poetów, któ­rzy zapra­gnę­li podzie­lić się z gawie­dzią swo­imi prze­my­śle­nia­mi nad róż­ny­mi spra­wa­mi. Trze­ba przy­znać, że tego rodza­ju publi­ka­cja, w ogó­le napi­sa­nie cze­goś takie­go, jest już samo w sobie moc­no kabo­tyń­skie. No bo rozu­miem pisać sobie pamięt­ni­czek do szu­fla­dy; no ale prze­cież nie po to pisarz coś pisze, żeby póź­niej papier w szu­fla­dzie był zja­da­ny przez myszy. Pisarz prze­cież po to pisze, żeby sze­ro­kie masy czy­tel­ni­cze się z tym zapo­zna­ły no i przede wszyst­kim po to, żeby się w ten spo­sób unie­śmier­tel­nić. Nikt prze­cież chy­ba nie uwie­rzy w to, że jakiś pisarz napi­sał aku­rat dzien­nik lub pamięt­nik i tyl­ko po to, żeby póź­niej maku­la­tu­rą napa­lić w pie­cu. Cho­dzi raczej o zna­le­zie­nie ujścia dla swo­je­go ego; koniecz­ność podzie­le­nia się ze świa­tem swo­imi prze­my­śle­nia­mi na każ­dy temat jest sil­niej­sza od roz­sąd­ku; chęć opu­bli­ko­wa­nia cze­go­kol­wiek zwy­cię­ża, w nadziei, że publicz­ność pad­nie na kola­na przed geniu­szem i prze­ni­kli­wo­ścią pisa­rza. Praw­dę mówiąc, od pisa­nia dzien­ni­ka w celu jego wyda­nia, już nie­da­le­ka dro­ga do influ­en­se­rek, publi­ku­ją­cych na insta­gra­mie swo­je słitfocie.

Wyzło­śli­wiam się może tro­chę na wyrost. Ale tak to już jest w cza­sach inter­ne­tu. Daw­niej byle głu­pek mógł co naj­wy­żej swo­je prze­my­śle­nia uwiecz­nić na drzwiach od wychod­ka; dzi­siaj ma od tego Face­bo­oka. Nato­miast pisa­rze mają lep­szą for­mę, bo książkową.

W każ­dym razie Var­ga też posta­no­wił się unie­śmier­tel­nić i tym razem nie poprzez powieść czy felie­ton, ale wła­śnie poprzez dziennik.

Rela­cje z codzien­no­ści zaczy­na­ją się w 2018 roku, a koń­czą na począt­ku 2020 roku, na pro­gu epi­de­mii. Wia­do­mo, że każ­dy czło­wiek chciał­by bli­żej poznać swo­je­go ulu­bio­ne­go pisarza/muzyka/aktora/sportowca, zaj­rzeć mu pod koł­drę, zoba­czyć jak żyje, jaką ma rodzi­ną, jak miesz­ka, czym jeź­dzi, jak spę­dza wol­ny czas &c. Więc taki dzien­nik mógł­by być dosko­na­łą oka­zją do tego, żeby pisa­rza, np. Krzysz­to­fa Var­gę, poznać nie tyl­ko od stro­ny zawo­do­wej, tj. pisar­sko-dzien­ni­kar­skiej, ale tak­że od stro­ny pry­wat­nej: gdzie miesz­ka, czym jeź­dzi, co je, jak spę­dza czas, czy ma rodzi­nę i dzie­siąt­ki tego typu kwe­stii. Ale Krzysz­tof Var­ga (inni dzien­ni­ko­pi­sa­rze może też, nie wiem, nie czy­ta­łem innych dzien­ni­ków, bo do tej pory ta for­ma mnie odpy­cha­ła) ści­śle dozu­je infor­ma­cje, któ­re prze­ka­zu­je czy­tel­ni­kom. Wia­do­mo, że taką książ­kę jak dzien­nik, kupią tyl­ko wiel­bi­cie­le lite­ra­tu­ry dane­go twór­cy, bo co innych ludzi obcho­dzi, czy ten czy inny autor sło­dzi her­ba­tę czy nie, czy ma plom­by w zębach, czy też nie. Ale Krzysz­tof Var­ga nawet tym swo­im wier­nym czy­tel­ni­kom infor­ma­cji ską­pi. Moż­na wręcz odnieść wra­że­nie, że w wie­lu miej­scach doko­nu­je auto­cen­zu­ry. W jego opo­wie­ści, dosyć swo­ją dro­gą cie­ka­wej, są pew­ne luki, nie­do­mó­wie­nia, nie­ści­sło­ści; dowia­du­je­my się o jakiś oso­bach i miej­scach, ale bez bliż­szych infor­ma­cji. Domy­śla­my się, że autor prze­ży­wa jakieś pro­ble­my oso­bi­ste, ale nie wie­my, jakie dokład­nie. Widać wyraź­nie, że autor chce podzie­lić się swo­imi opi­nia­mi na pew­ne tema­ty, szcze­gól­nie spo­łecz­ne, kul­tu­ral­ne, poli­tycz­ne, ale o sobie samym pisze nie­wie­le. Infor­ma­cja jest ści­śle regla­men­to­wa­na. Z tego powo­du czy­tel­nik ma uczu­cie nie­do­sy­tu; ma wra­że­nie, że coś go omi­ja, a sam autor nie jest do koń­ca szcze­ry (no a jak zde­cy­do­wał się na taki lite­rac­ki eks­hi­bi­cjo­nizm, to chy­ba powi­nien się obna­żyć zupeł­nie, a nie tyl­ko pępek).

To wszyst­ko nie zmie­nia fak­tu, że ci, któ­rzy lubią felie­to­ny Var­gi, będą „Dzien­ni­ka­mi” tak­że ukon­ten­to­wa­ni. Znaj­du­je się w nich wie­le traf­nych dia­gnoz na temat nasze­go kra­ju, spo­łe­czeń­stwa itd.

O anar­chii (K. Var­ga „Dzien­nik hipo­po­ta­ma”, wyd. Iskry, 2020)

Dużo miej­sca jest poświę­co­ne kul­tu­rze, a raczej jej uwią­do­wi. Wia­do­mo, że dla Var­gi, jako dla pisa­rza, jest to temat pierw­szo­pla­no­wy. I tu poja­wia się pro­blem. Odnio­słem wra­że­nie, że z tek­stu prze­bi­ja zgorzk­nie­nie. Pesy­mizm pisa­rza, któ­ry chce two­rzyć ambit­ną lite­ra­tu­rę, w kra­ju, w któ­rym na wyso­ką sztu­kę nie ma popy­tu, a lud nie czy­ta nicze­go (a przy­naj­mniej nie nic war­to­ścio­we­go), nawet ulot­ki od aspi­ry­ny. Moim zda­niem te uty­ski­wa­nia są tro­chę prze­sa­dzo­ne. Któż by nie marzył o napi­sa­niu powie­ści, wier­sza lub opo­wia­da­nia; opu­bli­ko­wa­niu go i zosta­niu sław­nym? Var­ga w czę­ści te marze­nia zre­ali­zo­wał. Ale jego ambi­cje się­ga­ją wyżej. W wie­lu miej­scach pisze o tym, że jego czy­tel­ni­cy to sami eme­ry­ci (więc ja muszę być wyjąt­kiem); że jest ich nie­wie­lu, że jego książ­ki się nie sprze­da­ją albo sprze­da­ją się w mar­nych nakła­dach. No i pre­ten­sje do czy­tel­ni­ków, że nie czy­ta­ją ambit­nej lite­ra­tu­ry (czy­taj powie­ści napi­sa­nych przez Var­gę), tyl­ko książ­ki tram­wa­jo­wo-klo­ze­to­we, któ­rych auto­rów, sta­cha­now­ców lite­ra­tu­ry (okre­śle­nie zaczerp­nię­te z któ­re­goś z felie­to­nów), przez litość nie wymienię.

Te narze­ka­nia są na pew­no czę­ścio­wo uza­sad­nio­ne. U nas nie ma nawy­ku czy­ta­nia; czy­ta­nie jest deka­denc­ką roz­ryw­ką zgni­łej eli­ty, a praw­dzi­wy i war­to­ścio­wy czło­nek spo­łe­czeń­stwa, powi­nien się zado­wo­lić kaba­re­ta­mi i Syl­we­strem z Jedynką.

Upa­dek kul­tu­ry jako objaw cho­ro­by (K. Var­ga „Dzien­nik hipo­po­ta­ma”, wyd. Iskry, 2020)

Czy­tel­ni­cy są bez­na­dziej­ni (K. Var­ga „Dzien­nik hipo­po­ta­ma”, wyd. Iskry, 2020)

Czy­ta­jąc dzien­nik Var­gi mam jed­nak chwi­la­mi wra­że­nie, że żyje­my na jakiś dwóch, zupeł­nie róż­nych pla­ne­tach. I chy­ba te róż­ni­ce nie wyni­ka­ją tyl­ko z tego, że on miesz­ka w War­sza­wie, a ja w pro­win­cjo­nal­nym, nic nie­zna­czą­cym mie­ście. Obra­ca się w świat­ku arty­stycz­nym, wiel­ko­miej­skim. Jego zna­jo­mi, to same sła­wy, pisa­rze, akto­rzy, gwiaz­dy estra­dy. Życie upły­wa mu na oglą­da­niu seria­li, cho­dze­niu do kina/teatru i szla­ja­niu się po knaj­pach. Dzi­wi mnie, że zupeł­nie nie przyj­mu­je do wia­do­mo­ści, że więk­szość ludzi tak nie żyje, choć­by z powo­du pro­za­icz­nej koniecz­no­ści zaro­bie­nia na życie. I ma pre­ten­sje, że zamiast oglą­dać ambit­ne fil­my, cho­dzić do teatru, na odczy­ty poezji czy czy­tać książ­ki – ludzi zaj­mu­ją się, mówiąc eufe­mi­stycz­nie, spra­wa­mi docze­sny­mi. A gdy już ktoś zacznie czy­tać, to Var­ga to kry­ty­ku­je – że ludzie czy­ta­ją nie te książ­ki, któ­re jego zda­niem czy­tać powin­ni (w domy­śle – te, któ­rych jest auto­rem). Nie­ste­ty odnio­słem wra­że­nie, że z tego wszyst­kie­go prze­bi­ja lament i zawie­dzio­ne nadzie­je nie­speł­nio­ne­go pisa­rza, któ­ry odniósł suk­ces, ale nie­wiel­ki; zde­cy­do­wa­nie za mały jak na jego ambi­cje. Tro­chę szko­da, że taki znaw­ca kul­tu­ry, nie­zły pisarz, eru­dy­ta i recen­zent oraz, wybit­ny, jak­by nie było, felie­to­ni­sta, zaj­mu­je się uża­la­niem nad sobą.

No cóż. Cho­ciaż dzien­nik momen­ta­mi może nie tyle roz­cza­ro­wał, co zdzi­wił, to jed­nak ja się nie zra­żam do pisar­stwa Krzysz­to­fa Var­gi i zamie­rzam zgłę­biać je dalej. Wła­śnie zabra­łem się za jed­ną z jego now­szych ksią­żek „Son­nen­berg”. Cho­ciaż po prze­czy­ta­niu „Dzien­ni­ka” nie jestem pewien, czy zro­zu­miem tę powieść tak, jak powinienem.

Autobiografie”

O Tho­ma­sie Bern­har­dzie już kie­dyś napi­sa­łem kil­ka zdań. Teraz jed­nak zno­wu jest oka­zja, bo wła­śnie skoń­czy­łem czy­tać jego „Auto­bio­gra­fie”.

To nie jest rzecz jasna auto­bio­gra­fia auto­ra w ści­słym zna­cze­niu tego sło­wa. To zde­cy­do­wa­nie powieść, cho­ciaż bar­dzo spe­cy­ficz­na, jak cała twór­czość Bern­har­da. Autor opi­su­je w niej swo­je doświad­cze­nia i obser­wa­cje z cza­sów mło­do­ści i dzie­ciń­stwa. Przy­naj­mniej może­my się domy­ślać, że są to wspo­mnie­nia auto­ra, cho­ciaż rzecz jasna trud­no jed­no­znacz­nie zwe­ry­fi­ko­wać, czy to wszyst­ko autor prze­żył napraw­dę. Jeśli nawet nie wszyst­ko w tej książ­ce to opis życia auto­ra, to na pew­no duża część. W książ­kach jest mowa o rodzi­nie, wie­lo­krot­nych prze­pro­wadz­kach, szko­le, grze na skrzyp­cach, lek­cjach śpie­wu, woj­nie, rela­cjach z rówie­śni­ka­mi, pra­cy i cho­ro­bie płuc. Chy­ba po pro­stu o tym wszyst­kim, co zawa­ży­ło na póź­niej­szym życiu pisarza.

Książ­ka skła­da się wła­ści­wie z pię­ciu mniej­szych czę­ści, któ­re moż­na czy­tać nie­za­leż­nie i któ­re z resz­tą wcze­śniej były wyda­wa­ne osob­no (wcze­śniej prze­czy­ta­łem „Chłód” i „Sute­re­nę” w jakiś przed­po­to­po­wych wyda­niach). W 2019 roku Wydaw­nic­two Czar­ne wyda­ło je jako jeden tom.

Na pierw­szy rzut oka lite­ra­tu­ra Bern­har­da nie wyglą­da zachę­ca­ją­co: dłu­gie zda­nia, brak aka­pi­tów, brak dia­lo­gów, cała książ­ka jako jeden mega­roz­dział. Moż­na powie­dzieć, że to prze­pis na lite­rac­ką kata­stro­fę albo lite­ra­tu­rę dla wąskie­go gro­na mania­ków i maso­chi­stów. Ale tak nie jest. Pomi­mo tego, że autor pisze w sty­lu przy­po­mi­na­ją­cym stru­mień świa­do­mo­ści, to ta jego świa­do­mość nie jest nud­na; wręcz prze­ciw­nie jest pozy­tyw­nie zaska­ku­ją­ca i wcią­ga­ją­ca. Nar­ra­tor snu­je swą opo­wieść, naj­pierw płyn­nie oma­wia wyda­rze­nia z życia, a następ­nie robi zupeł­ny skok w bok – jakąś nie­sa­mo­wi­tą dygre­sję, by po pew­nym cza­sie powró­cić do głów­ne­go nur­tu roz­wa­żań. Ale pomi­mo tego czy­tel­nik nie gubi się fabu­le. Książ­ka jest cie­ka­wa i pomi­mo mało, na pierw­szy rzut oka, przy­stęp­nej for­my, ma się ocho­tę wie­dzieć, co zda­rzy­ło się dalej. Autor opi­su­je swo­je życie, ale tak­że czy­ni wie­le uwag natu­ry ogól­nej, dzie­li się z czy­tel­ni­kiem swo­imi spo­strze­że­nia­mi na temat spo­łe­czeń­stwa i rela­cji mię­dzy­ludz­kich. Poza tym powieść jest cie­ka­wym źró­dłem wie­dzy na temat Austrii, któ­ra nie jest u nas wca­le aż tak znana.

Tho­mas Bern­hard „Auto­bio­gra­fie” • Opis poby­tu w szpi­ta­lu w związ­ku z cho­ro­bą płuc

Wła­ści­wie nie ma tu dia­lo­gów. A jeśli są, to są to dia­lo­gi z samym sobą. W koń­cu moż­na odnieść wra­że­nie, chy­ba słusz­ne, że dla Bern­har­da tyl­ko on sam, ewen­tu­al­nie jego dzia­dek, któ­ry zajął bar­dzo istot­ne miej­sce w jego życiu, był god­nym uwa­gi roz­mów­cą. T.B. nie boi się tego przy­znać, że cała resz­ta ludzi, to po pro­stu głup­cy (ele­ganc­ko to nazywając).

T.B. wspo­mi­na swo­je dzie­ciń­stwo przed woj­ną, w cza­sie woj­ny oraz w dru­giej poło­wie lat 40. Opi­su­je bom­bar­do­wa­nia Sal­zbur­ga, w któ­rym ówcze­śnie miesz­kał. Przy­po­mi­na, jak cho­dził do szko­ły: naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej, w 1945 roku prze­ro­bio­nej na kato­lic­ką (pisze, że róż­ni­ca nie­wiel­ka). Opi­su­je swo­je rela­cje z inny­mi rówie­śni­ka­mi i nauczy­cie­la­mi. Ogól­nie rzecz bio­rąc nie są to wspo­mnie­nia budu­ją­ce. Bie­da, pato­lo­gicz­ne rela­cje z rodzi­ca­mi, czę­ste prze­pro­wadz­ki, złe wyni­ki w szko­le, brak pomy­słu na wła­sną przy­szłość, oto­cze­nie skła­da­ją­ce się z ludzi pod­łych i tępych. I w koń­cu kosz­mar­na cho­ro­ba, poby­ty w szpi­ta­lu w sali dla umie­ra­ją­cych, a na koń­cu w sanatorium-umieralni.

W książ­ce jest tak­że mowa o Austrii przed­wo­jen­nej, następ­nie wcie­lo­nej do Rze­szy nie­miec­kiej; o tym, jak w nie­miec­kiej szko­le T.B. nazy­wa­ny był „Austry­ja­kiem”. Mowa jest tak­że o hitle­row­skich wyjaz­dach waka­cyj­nych dla „trud­nych dzie­ci”, na któ­rych się zna­lazł, z powo­du nie­umie­jęt­no­ści funk­cjo­no­wa­nia w społeczeństwie.

Tho­mas Bern­hard „Auto­bio­gra­fie” • Naro­do­wo­so­cja­li­stycz­ne „kolo­nie” dla dzie­ci z „trud­nych rodzin”

Trau­ma­tycz­ne dzie­ciń­stwo nazna­czo­ne wie­lo­ma przy­kry­mi wyda­rze­nia­mi nie­wąt­pli­wie mia­ło wpływ na życie pisa­rza; nic więc dziw­ne­go, że poświę­cił mu zna­czą­ce dzie­ło. Z innych utwo­rów Bern­har­da bije pesy­mizm i brak złu­dzeń co do ludzi. Twór­czość T.B. to cie­ka­wa pozy­cja w lite­ra­tu­rze dwu­dzie­ste­go wie­ku i przy­dat­ny łącz­nik z przeszłością.

Gołuchów zimą

Zło­śli­wi mówią, że głów­ną atrak­cją Kali­sza jest Gołu­chów, cho­ciaż nie znaj­du­je się w Kali­szu, tyl­ko kil­ka kilo­me­trów dalej, w dodat­ku w powie­cie ple­szew­skim. Gołu­chów to las, zalew, pla­ża, ale przede wszyst­kim zabyt­ko­wy pałac z roz­le­głym par­kiem i arbo­re­tum. No i dodat­ko­we atrak­cje, jak muzeum leśnic­twa czy zagro­da zwie­rząt: żubry, danie­le, dzi­ki itd.

Jak­by się dobrze zasta­no­wić, to w oko­li­cach Kali­sza są jesz­cze inne war­te zoba­cze­nia pała­ce (Lew­ków, Dobrzy­ca), ale Gołu­chów jest naj­le­piej zna­ny. Znaj­du­je się pod opie­ką Muzeum Naro­do­we­go w Pozna­niu. W samym pała­cu znaj­du­ją się war­to­ścio­we zbio­ry, jak choć­by kolek­cja antycz­nych grec­kich waz.

Była to sie­dzi­ba rodo­wa któ­re­goś z ary­sto­kra­tycz­nych pol­skich rodów, ale praw­dę mówiąc, ja się nie wyzna­ję na tych wszyst­kich gene­alo­giach. Wiem tyl­ko, że wła­ści­cie­le Gołu­cho­wa byli sko­li­ga­ce­ni m.in. z wła­ści­cie­la­mi Kór­ni­ka; nie przy­pad­ko­wo tak­że obok obu tych pała­ców znaj­du­je się arboretum.

W Gołu­cho­wie byłem nie raz, ale za to pierw­szy raz zimą i to w dodat­ku w cza­sie, gdy powo­li się ściem­nia­ło. Oto­cze­nie pała­cu zimą jest rów­nie malow­ni­cze, jak latem. Szko­da tyl­ko, że nie było śnie­gu. Ale pew­nie jesz­cze tam wrócę.

Pałac od dru­giej strony

Gołu­chów latem: Do Gołu­cho­wa – lipiec 2011

Zima i śnieg

Na prze­ło­mie lute­go i stycz­nia moż­na powie­dzieć, że wresz­cie poja­wi­ła się zima. Tem­pe­ra­tu­ry znacz­nie spa­dły i spadł śnieg. Nie wia­do­mo, na jak dłu­go, więc trze­ba te oko­licz­no­ści przy­ro­dy uwiecz­nić na zdjęciach.

Wreszcie zima

Pomi­mo wszyst­kich klęsk któ­re przy­niósł rok 2020, pogo­do­wo nie było aż tak źle, jak w latach poprzed­nich. Przede wszyst­kim nie było takiej strasz­nej suszy, jak w kil­ku wcze­śniej­szych latach. Wio­sną i latem padał deszcz. Na łąkach poja­wi­ły się kwia­ty. Poza tym, nie było też takich wiel­kich upa­łów jak w kil­ku poprzed­nich latach i nie były aż tak intensywne.

Widok na Pro­snę od stro­ny Par­ku Miej­skie­go w Kaliszu

Zima zapo­wia­da­ła się byle­jak, czy­li tak, jak od jakiś kil­ku lat. Czy­ta­łem, że ostat­nio śnieg na Świę­ta Boże­go Naro­dze­nia był 2012 roku. Jest to cał­kiem moż­li­we. Zimy są ostat­nio krót­kie, suche i łagod­ne. Nie ma wiel­kich mro­zów. Podob­nie w tym roku, jesz­cze w grud­niu cały czas tem­pe­ra­tu­ra była dodat­nia, spo­ra­dycz­nie spa­da­ła poni­żej 0. Pierw­szy raz mi się zda­rzy­ło, żebym w grud­niu, w trak­cie urlo­pu, jeź­dził na rowe­rze – było kil­ka stop­ni cie­pła i pogo­da to umożliwiała.

Od kil­ku już lat praw­dzi­wie zimo­wa pogo­da przy­cho­dzi dopie­ro na począt­ku nowe­go roku. Tak było rów­nież w tym roku. Ale nie tyl­ko jest mróz, ale rów­nież nawet spadł śnieg. Nie­wie­le, ale zawsze coś. Moż­na było zro­bić kil­ka zdjęć.

A podob­no tej nocy ma przyjść „bestia ze wscho­du”, czy­li tem­pe­ra­tu­ra ma spaść do minus kil­ku­na­stu stop­ni poni­żej zera. Teraz robi to na nas wra­że­nie. Ale pamię­tam, jak jesz­cze w cza­sach lice­al­nych tem­pe­ra­tu­ra w sty­lu ‑20 nie była niczym nadzwyczajnym.

Zima w poprzed­nich latach:

gru­dzień 2018

luty 2016

sty­czeń 2016

gru­dzień 2015

gru­dzień 2014

gru­dzień 2012

gru­dzień 2011

gru­dzień 2010

gru­dzień 2009


Wresz­cie na koniec:
w cze­lu­ściach kom­pu­te­ra zna­la­złem kil­ka zdjęć zimy z 2012 roku.

Wspomnienie z Rogalina

Pałac w Rogalinie

Roga­lin znaj­du­je się pod Pozna­niem. Pałac był sie­dzi­bą rodo­wą Raczyń­skich. Wię­cej na jego temat moż­na zna­leźć na stro­nie inter­ne­to­wej muzeum, któ­re nim obec­nie zarzą­dza. Nie­opo­dal znaj­du­je się tak­że pałac w Kór­ni­ku, o bar­dzo cie­ka­wej archi­tek­tu­rze i pięk­nym ogro­dzie wokół. Nie­ste­ty zwie­dza­nie temu pała­cu koja­rzy mi się głów­nie z muze­al­ny­mi kap­cia­mi, któ­rych zakła­da­nie jest trau­mą na całe życie.

W środ­ku roga­liń­skie­go pała­cu nigdy nie byłem. Ale war­te zoba­cze­nia są tere­ny wokół nie­go, mię­dzy inny­mi baro­ko­wy ogród. Jest tam pięk­nie o każ­dej porze roku. Byłem tam zarów­no latem, jak i póź­ną jesie­nią. Te zdję­cia zro­bi­łem w listo­pa­dzie 2020 roku; jesień była już zaawan­so­wa­na. Z powo­du epi­de­mii wokół było zupeł­nie pusto, choć była to sobota.

Cie­ka­wy jest nie tyl­ko sam ogród pała­co­wy. Parę­set metrów za nim znaj­du­ją się roga­liń­skie dęby. War­to tak­że zejść nad roz­le­wi­ska War­ty i malow­ni­cze starorzecze.

Na styku trzech województw (Byczyną, Bolesławiec)

W Byczy­nie mia­łem oka­zję być już dwa razy, ale to takie miej­sce, do któ­re­go chce się wra­cać (podob­no dru­gie takie to Chełm­no, ale nie­ste­ty nie mia­łem jesz­cze oka­zji go zoba­czyć). O tym mia­stecz­ku już pisa­łem jakiś czas temu.

Z Kali­sza na połu­dnie pro­wa­dzi dro­ga woje­wódz­ka numer 450. Dro­ga for­mal­nie łączy Kalisz z Wie­ru­szo­wem, ale w rze­czy­wi­sto­ści cią­gnie się jesz­cze kil­ka kilo­me­trów dalej i za Opa­to­wem łączy się z dro­gą kra­jo­wą numer 11 bie­gną­cą w kie­run­ku Ślą­ska. Tak więc ta dro­ga w więk­szo­ści prze­bie­ga przez woje­wódz­two wiel­ko­pol­skie, ale na pew­nym odcin­ku prze­ci­na tak­że woje­wódz­two Łódz­kie (w koń­cu Wie­ru­szów jest w woj. łódz­kim). Nato­miast kil­ka kilo­me­trów od miej­sca, gdzie ta dro­ga krzy­żu­je się z dro­gą kra­jo­wą, roz­po­czy­na się woje­wódz­two opol­skie. W tym rejo­nie jest kil­ka cie­ka­wych miejsc, nawet jeśli na pierw­szy rzut oka wyglą­da odpychająco.

Byczy­ną znaj­du­je się w woje­wódz­twie opol­skim, wła­ści­wie na gra­ni­cy Opolsz­czy­zny z Wiel­ko­pol­ską. Ale kil­ka kilo­me­trów wcze­śniej, za Wie­ru­szo­wem, znaj­du­je się miej­sco­wość Świę­ty Roch, a w niej zabyt­ko­wy drew­nia­ny kościół p.w. św. Rocha. Wokół kościo­ła znaj­du­je się cmen­tarz, a na nim potęż­ne drzewa.

Kościół św. Rocha w miej­sco­wo­ści Św. Roch nie­opo­dal Wieruszowa

O Byczy­nie trud­no coś wię­cej napi­sać. Moż­na przez kil­ka­dzie­siąt minut powę­dro­wać po byczyń­skiej sta­rów­ce (zupeł­nie auten­tycz­nej), oto­czo­nej impo­nu­ją­cy­mi śre­dnio­wiecz­ny­mi mura­mi. Od mojej ostat­niej wizy­ty w mia­stecz­ku pół­to­ra roku temu nic się wła­ści­wie nie zmie­ni­ło, poza tym, że z racji epi­de­mii wszyst­ko jest wła­ści­wie w tej chwi­li zamknię­te. Nie­mniej jed­nak cały czas robi spo­re wrażenie.

W tym samym cza­sie, w któ­rym odkry­łem Byczy­nę, dowie­dzia­łem się tak­że o znaj­du­ją­cym się nie­opo­dal Bole­sław­cu (nad Pro­sną, w odróż­nie­niu od bar­dziej zna­ne­go Bole­sław­ca w woj. dol­no­ślą­skim). Aby doje­chać do Bole­sław­ca, nale­ży jesz­cze w woje­wódz­twie wiel­ko­pol­skim zje­chać z dro­gi kra­jo­wej numer 11 (nie­opo­dal miej­sca, w któ­rym do tej dro­gi docho­dzi DW 450) i poje­chać na wschód. Po dro­dze mija się Pro­snę, któ­ra wła­ści­wie sta­no­wi gra­ni­cę pomię­dzy woje­wódz­twa­mi wiel­ko­pol­skim i łódz­kim. Sam Bole­sła­wiec poło­żo­ny jest już w woje­wódz­twie łódzkim.

Tak ta dro­ga powin­na wyglą­dać przy­naj­mniej zazwy­czaj; obec­nie z powo­du remontu/budowy mostu na Pro­śnie, naj­prost­sza dro­ga jest zamknię­ta dla ruchu i trze­ba jechać tra­są okrężną.

W Bole­sław­cu znaj­du­je się inna zabyt­ko­wa śre­dnio­wiecz­na atrak­cja, tj. basz­ta wznie­sio­na przez Kazi­mie­rza Wiel­kie­go. W śre­dnio­wie­czu był to ele­ment for­ty­fi­ka­cji posa­do­wio­nych na gra­ni­cach ówcze­snej Pol­ski. W Wiel­ko­pol­sce nie ma wie­lu tego rodza­ju zabyt­ków. Podob­na Basz­ta znaj­du­je się też w Ostrzeszowie.

Pod­su­mo­wa­niem wyciecz­ki była krót­ka wizy­ta w Kęp­nie i w Ostrze­szo­wie. W Kęp­nie do cie­ka­wych zabyt­ków nale­ży zam­ko­wa pocz­ta i ruiny syna­go­gi (ruiny – nie­ste­ty). W Ostrze­szo­wie, poza wspo­mnia­ną basz­tą, wart zoba­cze­nia jest tak­że kościół farny.

Nie była to może naj­cie­kaw­sza z moich wycie­czek, ale trud­no wymy­ślić coś lep­sze­go w cza­sach pan­de­mii, gdy wszyst­kie atrak­cje są pozamykane.

Puszcza Pyzdrska – cz. I

Tytuł wpi­su zawie­ra dopi­sek „część I”, cho­ciaż nie wiem, czy będzie kolej­na, ani kiedy.

Pusz­cza Pyz­dr­ska jest dla mnie tema­tem, do któ­re­go zabie­ram się już od kil­ku lat i cią­gle mam poczu­cie nie­do­sy­tu. Nadal wiem o niej bar­dzo nie­wie­le, cho­ciaż ostat­nio moja wie­dza odro­bi­nę się zwięk­szy­ła za spra­wą odpo­wied­niej książ­ki. Pro­blem z Pusz­czą pole­ga na tym, że jest tere­nem sto­sun­ko­wo roz­le­głym, sła­bo zba­da­nym, trud­no dostęp­nym; nie uda­ło mi się też zna­leźć porząd­nej mapy. I jeśli ktoś chce „jechać do Pusz­czy Pyz­dr­skiej” to od raz ma pro­blem, bo tak napraw­dę nie wia­do­mo, dokąd jechać, któ­ry wyci­nek chce zoba­czyć. Myślę, że opty­mal­nym roz­wią­za­niem było­by ją zwie­dzać na rowe­rze, cho­ciaż dla mnie jest to na razie marze­nie nie­osią­gal­ne, bo musiał­bym ten rower jakoś zata­chać, a nie mam jak.

Okre­śle­nie „Pusz­cza” jest tro­chę na wyrost, ponie­waż na pew­no nie jest to praw­dzi­wa pusz­cza w zna­cze­niu przy­rod­ni­czym. Lasy na tym tere­nie są roz­le­głe, ale poszat­ko­wa­ne; nie ma też co ukry­wać, że od stro­ny walo­rów przy­rod­ni­czych nie są zbyt atrak­cyj­ne (sosny-zapał­ki), ale wyni­ka to z warun­ków gle­bo­wych. O tym też dowie­dzia­łem się z książ­ki (biblio­gra­fia poniżej).

Pusz­cza bie­rze swą nazwę od Pyzdr, małe­go mia­stecz­ka w cen­tral­nej Wiel­ko­pol­sce, ze śre­dnio­wiecz­nym rodo­wo­dem. Mia­stecz­ko jest małe, ale uro­kli­we. W prze­ci­wień­stwie do wie­lu podob­nych mia­ste­czek, wspa­nia­ło­myśl­nie nie zosta­ło prze­rżnię­te dro­gą kra­jo­wą albo auto­stra­dą (patrz pato­lo­gicz­ne przy­kła­dy z Mało­pol­ski, o czym już kie­dyś pisa­łem). W dodat­ku na Ryn­ku jest peł­no drzew. Moda na zamie­nia­nie mało­mia­stecz­ko­wych ryn­ków w beto­no­we kle­pi­ska tutaj jakoś nie dotar­ła (por. histo­rię ze Sta­wi­szy­na, mia­stecz­ka na połu­dnio­wym krań­cu Puszczy).

Pusz­cza Pyz­dr­ska to teren na pery­fe­riach powia­tu wrze­siń­skie­go, ple­szew­skie­go, koniń­skie­go i kali­skie­go. Jej pół­noc­na gra­ni­ca wyzna­czo­na jest przez War­tę, a zachod­nia przez Pro­snę (nie­opo­dal Pyzdr Pro­sna wpa­da do War­ty). Połu­dnio­we gra­ni­ce znaj­du­ją się na pół­noc od Kali­sza, w oko­li­cach wła­śnie Sta­wi­szy­na i Zbier­ska. Ze wschod­nią gra­ni­cą jest trud­niej, ale mniej wię­cej jest nią dro­ga kra­jo­wa nr 25 Kalisz-Konin. Więk­sze ośrod­ki to Pyz­dry, Chocz, Gizał­ki, Gro­dziec, Zagó­rów. Teren pokry­ty jest lasa­mi, mokra­dła­mi, polami.

Te tere­ny, dzi­siaj moc­no wylud­nio­ne, przez kil­ka­set lat były obsza­rem osad­nic­twa „olę­der­skie­go”, tj. były zasie­dla­ne przez przy­by­szów z Euro­py Zachod­niej (z dzi­siej­szych Nie­miec, Holan­dii). Osad­ni­cy osie­dla­li się w I Rzecz­po­spo­li­tej mię­dzy inny­mi ze wzglę­du na swo­bo­dy wyzna­nio­we, cho­ciaż jest to spra­wa bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. Stąd do dzi­siaj w lasach Pusz­czy moż­na odna­leźć sta­re cmen­ta­rze, na któ­rych znaj­du­ją się nagrob­ki z napi­sa­mi po nie­miec­ku. Osad­ni­cy przy­wo­zi­li na zie­mie pol­skie nowe tech­ni­ki rol­nic­twa i zwy­cza­je. Przez poko­le­nia współ­eg­zy­sto­wa­li z lud­no­ścią polską.

Póź­niej nastą­pi­ło mniej wię­cej to, co w Beski­dzie Niskim. Po II woj­nie świa­to­wej posta­no­wio­no się pozbyć „ele­men­tu nie­pew­ne­go”. Tak więc podob­nie jak Beskid Niski, Pusz­cza Pyz­dr­ska spo­wi­ta jest deli­kat­ną mgieł­ką tajem­ni­czo­ści. Pery­fe­ryj­ność tych tere­nów spra­wia, że Pusz­cza leży zde­cy­do­wa­nie poza szla­ka­mi kra­jo­znaw­czy­mi, cho­ciaż są w niej cie­ka­we miejsca.

Już kil­ka razy pró­bo­wa­łem zwie­dzać Pusz­czę; ze sła­by­mi rezul­ta­ta­mi, bo nigdy nie wia­do­mo, gdzie tak napraw­dę jechać. Parę dni temu posta­no­wi­łem poje­chać w kie­run­ku jej pół­noc­nych krań­ców, omi­ja­jąc wła­ści­wie część leśną.

Jecha­łem dro­gą woje­wódz­ką z Kali­sza w kie­run­ku Wrze­śni. Na począt­ku zatrzy­ma­łem się na kil­ka minut w Cho­czu. Wie­le razy prze­jeż­dża­łem przez tę wieś, tym razem posta­no­wi­łem poświę­cić jej 15 minut i przejść się po tam­tej­szym rynku.

Dalej poje­cha­łem na pół­noc. Ze wzglę­du na poczu­cie lokal­ne­go patrio­ty­zmu, posta­no­wi­łem tro­chę lepiej poznać Pro­snę. Nie wiem, gdzie się zaczy­na, ale teraz przy­naj­mniej już wiem, gdzie się koń­czy. Ucho­dzi do War­ty w oko­li­cach Pyzdr. Jest to miej­sce war­te odwie­dze­nia ze wzglę­dów przy­rod­ni­czych. Spo­tka­łem tam nawet jelenie.

Z poczu­cia obo­wiąz­ku na chwi­lę wstą­pi­łem do Pyzdr. Kil­ka lat temu zwie­dzi­łem je dogłęb­nie (cał­kiem cie­ka­we jest muzeum znaj­du­ją­ce się w budyn­ku daw­ne­go klasz­to­ru). Teraz tyl­ko się prze­sze­dłem po cen­trum mia­stecz­ka. Drze­wa na ryn­ku nadal są, moż­na jechać dalej.

W koń­cu musia­łem zje­chać z głów­nej dro­gi w kie­run­ku wła­ści­wej Pusz­czy. Uda­łem się w kie­run­ku Wrąb­czyń­skich Holen­drów. Obec­nie wieś niczym się nie wyróż­nia i pew­nie nie zwró­cił­bym na nią uwa­gi, gdy­bym wcze­śniej nie czy­tał o osad­nic­twie na tych tere­nach. Znaj­du­je się w niej kapli­ca, w daw­nym zbo­rze ewan­ge­lic­kim. Wyglą­da zupeł­nie ina­czej, niż kato­lic­kie kościo­ły drew­nia­ne – ude­rza pro­sto­tą. Wła­ści­wie nie wyglą­da jak kościół. Tro­chę przy­po­mi­na szko­łę z „Ani z Zie­lo­ne­go Wzgórza”. 

Kościół poewan­ge­lic­ki we Wrąb­czyń­skich Holen­drach. Zwra­ca uwa­gę jego prostota.

Póź­niej posta­no­wi­łem udać się w kie­run­ku mokra­deł poło­żo­nych nad brze­giem War­ty, obję­tych Nad­war­ciań­skim Par­kiem Kra­jo­bra­zo­wym. Jeśli ktoś ma dużo cza­su, mógł­by tam wędro­wać bar­dzo dłu­go, bo teren jest roz­le­gły i przy­rod­ni­czo uroz­ma­ico­ny: jest rze­ka, łąki, pola, mokra­dła itd. Ja wybra­łem się szla­kiem tury­stycz­nym czer­wo­nym od stro­ny Wrąb­czyń­skich Holen­drów w kie­run­ku Lądu. Z bra­ku czas nie dosze­dłem do Lądu, bo wyma­ga­ło­by to znacz­nie dal­szej wędrówki.

Roz­le­wi­ska nad War­tą widzia­ne od stro­ny Cią­że­nia (czy­li po prze­ciw­nej stro­nie War­ty niż jest poło­żo­na Pusz­cza Pyz­dr­ska). Zdję­cie wyko­na­ne w mar­cu 2017 roku.

Następ­nym razem chciał­bym zwie­dzić Pusz­czę bli­żej jej środka.


Zobacz także więcej zdjęć

Zapo­mnia­ne cmen­ta­rze w Pusz­czy Pyzdrskiej

Pocy­ster­ski zespół klasz­tor­ny w Lądzie

Wię­cej zdjęć Pyzdr

Linki:

Literatura:

Półwysep Helski

Rok temu jesie­nią byłem na wyciecz­ce w Trój­mie­ście. O ile w górach byłem nie raz, o tyle wybrze­ża zupeł­nie nie znam. Od daw­na mia­łem ocho­tę poje­chać nad morze. W Trój­mie­ście byłem wie­le lat temu i to tyl­ko przez chwi­lę, prze­jaz­dem, nicze­go wła­ści­wie nie widziałem.

Na wyciecz­kę poje­cha­łem pocią­giem, bo chcia­łem się poczuć jak w moich mniej­szych i więk­szych podró­żach w cza­sie studiów.

Wyjazd był uda­ny, ale i tak mam wra­że­nie, że wszyst­ko widzia­łem tyl­ko powierz­chow­nie, bo nie było cza­su na wię­cej zwie­dza­nia. Po takim wyjeź­dzie mam jesz­cze więk­szą ocho­tę zno­wu tam poje­chać. Żału­ję, że w Gdań­sku byłem tyl­ko jeden dzień. Nato­miast spo­śród miast naj­bar­dziej podo­ba­ła mi się Gdynia.

Poje­cha­łem pocią­giem na Pół­wy­sep Hel­ski. Przy­ro­da nad Bał­ty­kiem zimą jest chy­ba jesz­cze pięk­niej­sza niż o innych porach roku. W dodat­ku nie jest wca­le tak zim­no (cho­ciaż jest wiatr), no i powie­trze jest czy­ste. Żału­ję, że byłem tam tyl­ko kil­ka godzin.

Zdję­cia z grud­nia 2019 roku.


W tym roku tak­że pla­no­wa­łem na prze­ło­mie listo­pa­da i grud­nia poje­chać do Trój­miast, mia­łem już nawet zare­zer­wo­wa­ne wszyst­kie noc­le­gi. Nie­ste­ty epi­de­mia spra­wi­ła, że musia­łem wszyst­ko odwo­łać. Pozo­sta­ło mi spę­dzić urlop w domu.

Reaktywacja

To już kolej­na reak­ty­wa­cja tej stro­ny; jak widać, jesz­cze się jakoś trzyma.

Tym razem koniecz­na była nawet zmia­na adre­su (obec­ny: www.silvarerum.eu – doro­bi­łem się wła­snej dome­ny). Stro­na przez bli­sko rok była nie­do­stęp­na, ponie­waż w listo­pa­dzie 2019 roku został zli­kwi­do­wa­ny dotych­cza­so­wy dostaw­ca hostin­gu (boo.pl), na któ­rym trzy­ma­łem stro­nę inter­ne­to­wą przez ponad 10 lat. Potem nie mia­łem cza­su zająć się nowym hostin­giem. W dodat­ku, od kil­ku już lat nie sie­dzę już w two­rze­niu stron inter­ne­to­wych, więc nie ma co ukry­wać, że wysze­dłem z wpra­wy, a zro­bie­nie cze­go­kol­wiek ambit­niej­sze­go prze­kra­cza­ło moje moż­li­wo­ści. Jed­nak po roku uda­ło mi się wygo­spo­da­ro­wać tro­chę cza­su, aby posta­wić stro­nę na nowo. Ku moje­mu zdzi­wie­niu, nawet mi się to udało.

Plu­sem nowe­go hostin­gu jest to, że ma o wie­le wię­cej miej­sca (pamię­ci) i teraz będę mógł wrzu­cać zdję­cia do oporu.

Na stro­nie pew­nie nie będzie już żad­nych dłuż­szych wpi­sów, bo nie chcę nic pisać. Wystar­cza­ją­co jest dużo bzdur w inter­ne­cie. Ale od cza­su do cza­su będę tu wrzu­cać zdję­cia – tego mi naj­bar­dziej bra­ko­wa­ło. Może będę dzie­lił się krót­ki­mi rela­cja­mi z wycie­czek, któ­re lubię jesz­cze bardziej.

Stro­na cały czas jest w fazie „migra­cji”. Przez pewien czas mogą wystę­po­wać pro­ble­my tech­nicz­ne. Moż­li­we, że sta­re lin­ki nie dzia­ła­ją. Będę pra­co­wać nad nowym wyglądem.

W razie pro­ble­mów lub uwag pro­szę o kon­takt za pośred­nic­twem for­mu­la­rza kon­tak­to­we­go albo przez komen­ta­rze pod postami.

Martwa natura z książkami.
Mar­twa natu­ra z książ­ka­mi autor­stwa nie­zna­ne­go mistrza holen­der­skie­go (ok. 1628).

Byczyna i Jawor

Byczy­na i Jawor mają ze sobą spo­ro wspól­ne­go. Oba mia­stecz­ka znaj­du­ją się na Ślą­sku: Byczy­na na Opolsz­czyź­nie, a wła­ści­wie na gra­ni­cy z Wiel­ko­pol­ską, zale­d­wie kil­ka kilo­me­trów od gra­nicz­nej rze­ki Pro­sny. Nato­miast Jawor znaj­du­je się w środ­ko­wej czę­ści Dol­ne­go Ślą­ska. Oba te mia­stecz­ka są dosyć małe. Byczy­na, to wła­ści­wie wieś – ma ok. 5.000 miesz­kań­ców. Jawor jest czte­ro­krot­nie więk­szy, ale to wciąż małe mia­stecz­ko – ma ok. 20.000 mieszkańców.

W obu tych mia­stecz­kach znaj­du­ją się bar­dzo cie­ka­we zabyt­ko­we obiek­ty, na doda­tek tro­chę zapo­mnia­ne. Byczy­nę odkry­łem kie­dyś przy­pad­kiem, gdy jecha­łem z Wiel­ko­pol­ski w stro­nę Beski­du Ślą­skie­go. Przy dro­dze łączą­cej Kęp­no z Klucz­bor­kiem znaj­du­je się ta nie­po­zor­na miej­sco­wość. W mia­stecz­ku znaj­du­ją się świet­nie zacho­wa­ne śre­dnio­wiecz­ne mury miej­skie – jest to chy­ba zupeł­ny uni­kat na ska­lę euro­pej­ską, ponie­waż nie ma wie­lu miast, gdzie nie­mal w cało­ści zosta­ły zacho­wa­ne ory­gi­nal­ne mury miej­skie. W Byczy­nie tak wła­śnie jest. Rów­nie duże frag­men­ty zacho­wa­nych murów miej­skich widzia­łem tyl­ko w Tal­li­nie. Do tego docho­dzą mury zacho­wa­ne ory­gi­nal­ne wie­że. W środ­ku znaj­du­je się typo­wy śre­dnio­wiecz­ny układ urba­ni­stycz­ny z Ryn­kiem i odcho­dzą­cy­mi od nie­go wrze­cio­no­wa­to ulicami.

War­te są zoba­cze­nia tak­że ratusz i kościół ewan­ge­lic­ki – jed­nak raczej tyl­ko z zewnątrz. Jed­nak już sam układ urba­ni­stycz­ny jest wart zoba­cze­nia. W mie­ście dowie­dzia­łem się tak­że o bitwie pod Byczyną.

Jed­nak poten­cjał mia­stecz­ka nie jest wyko­rzy­sta­ny. Trud­no zna­leźć infor­ma­cje o nim gdzie­kol­wiek, ja dowie­dzia­łem się zupeł­nie przy­pad­ko­wo. Poza tym, pomi­mo tak cie­ka­wych walo­rów histo­rycz­nych i urba­ni­stycz­nych, mia­stecz­ko jest raczej zapuszczone. 

Przy­po­mi­na­ją mi się sło­wa Wła­dy­sła­wa Kościel­nia­ka z „Wędró­wek po moim Kali­szu”, któ­re brzmia­ły mniej wię­cej tak: tury­ści przy­jeż­dża­ją do Kali­sza i na począt­ku są zachwy­ce­ni. Jed­nak po 2 – 3 dniach widzą wię­cej i zmie­nia­ją zdanie.

Nie­wąt­pli­wie to odno­si się do Byczy­ny, a tak­że do Jawo­ra, o czym za chwi­lę. Jed­nak zauro­cze­nie mija nie po 2 – 3 dniach, ale raczej po ok. 1 godzi­nie. Jak­kol­wiek mia­stecz­ka te są bar­dzo cie­ka­we, to jed­nak spra­wia­ją wra­że­nie zanie­dba­nych i nieuporządkowanych.

Jawor stał się sław­ny na cały świat dzię­ki Kościo­ło­wi Poko­ju (dru­gi znaj­du­je się w Świd­ni­cy), wpi­sa­ne­mu na listę dzie­dzic­twa UNESCO. Jest to ponad 300-let­ni drew­nia­ny kościół pro­te­stanc­ki. Oto­czo­ny pięk­nym par­kiem, powsta­łym na miej­scu daw­ne­go cmentarza.

Kościół Poko­ju nie znaj­du­je się bez­po­śred­nio na „sta­rów­ce”, co wyni­ka­ło z usta­leń poczy­nio­nych w trak­cie poko­ju west­fal­skie­go koń­czą­ce­go woj­nę trzy­dzie­sto­let­nią. Z zało­że­nia kościół pro­te­stanc­ki miał się znaj­do­wać poza ówcze­snym mia­stem. Ale dzi­siaj jest atrak­cją i tak, ponie­waż jest wspa­nia­łym zabyt­kiem, świa­dec­twem histo­rii Ślą­ska. Wra­że­nie rów­nież robi fakt, że jest w cało­ści drew­nia­ny, a pomie­ścić może i tak ok. 6.000 osób.

Dal­sza część Jawo­ra nie robi już takie­go pozy­tyw­ne­go wra­że­nia. Jawor­ska „sta­rów­ka” podob­na jest do kali­skiej, tzn. jest rów­nie zapusz­czo­na, cho­ciaż jest mniej­sza (samo mia­sto też jest o wie­le mniej­sze). Na Ryn­ku znaj­du­je się bar­dzo ład­ny ratusz, nie­pro­por­cjo­nal­nie duży jak na tak małe mia­sto. Na obrze­żach sta­rów­ki znaj­du­ją się tak­że nie­re­mon­to­wa­ne, sypią­ce się kamie­ni­ce, a pomię­dzy nimi śmie­ci i samo­cho­dy. Pozy­tyw­nie na tym tle odci­na się wize­ru­nek Sądu Rejonowego.

Naj­gor­sze wra­że­nie jed­nak spra­wia zamek, a wła­ści­wie jego ruiny, gdyż jest zde­wa­sto­wa­ny a okna są zabi­te dyk­tą. Z oko­lic zam­ku roz­po­ście­ra się ład­ny widok na oko­li­cę, ale nie­ste­ty nie mogłem obej­rzeć go w peł­ni, ponie­waż wie­ża wido­ko­wa aku­rat była zamknięta.

Tak więc i Byczy­nę, i Jawor, a w pew­nym stop­niu rów­nież Kalisz, łączy to, że są to ośrod­ki, któ­re mają coś cie­ka­we­go do zaofe­ro­wa­nia, ale nie potra­fią tego wyko­rzy­stać. Do tego są zanie­dba­ne. Nie­mniej jed­nak i Jawor, i Byczy­nę, war­to zobaczyć.