Tydzień temu wróciłem z corocznego wyjazdu w góry. Jak już wspominałem, odwiedziłem okolice Babiej Góry, czyli Beskid Żywiecki (Wysoki), a potem pojechałem na wschód, odwiedzić Beskid Niski. Beskid Żywiecki odwiedzam praktycznie co roku od kilku lat; obliczyłem, że w tym roku byłem tam już siódmy raz – poprzedni raz w 2025 roku. Prawda jest jednak taka, że nie poznałem całego Beskidu prawie wcale, bo odwiedzam tylko jego skrajny wschodni kraniec, tzn. okolice Babiej Góry. Natomiast Beskid Niski odwiedziłem dopiero drugi raz – poprzednim razem byłem tam w 2018 roku.
Babia Góra
W Zawoi zwiedzałem Masyw Babiej Góry i Masyw Policy. Nie interesuje mnie zdobywanie szczytów; na Babiej Górze nie byłem od 2020 roku. Jeżdżę w góry dla kontaktu z przyrodą. Pięknie krajobrazy są miłym dodatkiem. Niestety, ale do kwestii krajobrazów jeszcze będę musiał wrócić, bo nie wszystko jest tak, jak być powinno.
Gdy byłem poprzednim razem w Beskidzie Niskim, to byłem w jego zachodniej części, tzn. w okolicach Magury Małastowskiej. Natomiast w tym roku postanowiłem pojechać do części centralnej Beskidu, tj. do Krempnej, która jest otoczona ze wszystkich stron Magurskim Parkiem Narodowym.
Beskid Niski jest bardzo rozległy; jest na granicy województw małopolskiego i podkarpackiego. Tym razem byłem w części podkarpackiej, chociaż nie ma między nimi żadnej różnicy. Od zachodu sąsiaduje z Beskidem Sądeckim (w którym nigdy nie byłem, co za strata!), a od wschodu z Bieszczadami (w których byłem w 2010 roku).
Przewaga okolic Krempnej polega na tym, że można tam robić wiele ciekawych, okrężnych wycieczek. Co się widzi po drodze – to temat rzeka. Dość powiedzieć, że jest mniej stromo; stoki gór łagodnie opadają do dolin, nie ma takich przewyższeń jak w Beskidzie Żywieckim. Nieraz wędruje się też dolinami, śladami opuszczonych wsi. Byłem tam tylko 4 dni i czuję niedosyt.
Cerkwisko (miejsce po cerkwi)Sad – pozostałość po wsiSzkoda, że tak rzadko spotyka się taki znak na drodzeCerkiew w KotaniuMiejsce pamięci na Przełęczy HałbowskiejCmentarz wojenny w KrempnejWidok na KrempnąBeskid Niski po stronie słowackiejMakowica po cerkwiKolejny zdziczały sad
W Beskidzie Niskim nie ma takich typowych, stereotypowych widoków górskich, tzn. strzelistych czubków i wysokich grani (jaka jest nawet na Babiej Górze); są za to łagodnie opadające stoki porośnięte drzewami. Z niektórych miejsc ma się natomiast ładny widok na rozpościerające się pastwiska, która są wykaszane przez Park Narodowy, żeby zachować ekosystem łąk.
Beski Niski to miejsce, gdzie faktycznie na łąkach pasą się krowy, kozy i owce, a nawet można spotkać bydło przepędzane drogą. Są to widoki gdzie indziej już niespotykane. Nie polecam osobom, które oczekują mocnych wrażeń – bo tu ich nie znajdą.
Babia Góra z Zawoi Główne wejście do Babiogórskiego Parku NarodowegoNiedobitek tradycyjnej architektury Karpacki las bukowyPasmo Policy widziane z Masywu Babiej Góry Wodospad na Mosornym PotokuZachód słońca nad Beskidem WysokimTatr widziane z Pasma PolicyNa Hali Krupowej
Pisałem już niedawno wspomnienie ze Spiszu, który odwiedziłem we wrześniu 2025 roku (mam wrażenie, że to było parę dni temu, a to już parę miesięcy!) Zanim więc wybiorę się ponownie w okolice Gdyni na zimową nadmorską wyprawę, to napiszę jeszcze parę słów o tym, jak było w górach na wyjeździe wakacyjnym we wrześniu.
Kolejny raz odwiedziłem Zawoję i to na długo, bo bawiłem w niej pełnych 5 dni. Jadąc do Zawoi po raz trzeci z rzędu odwiedziłem Pszczynę, w której tym razem zwiedziałem skansen, w którym wcześniej nie byłem. Uwielbiam skanseny!
Wnętrza zabytkowych chatU pszczyńskiego fotografa bez zmian Nieznany u nas zwyczaj dziękowania za udział w pogrzebiePszczyński pałac
Dodatkowo, trochę jeszcze pobłądziłem po parku zamkowym i po centrum miasteczka.
Jadąc do Zawoi postanowiłem, że tym razem pojadę trasą trochę bardziej konwencjonalną, tzn. przez Wadowice, a nie – jak prowadzi nawigacja – przez Żywiec i przez bezdroża Żywiecczyzny. Dzięki temu mogłem odwiedzić zaporę na Jeziorze Mucharskim, które wygląda z trasy bardzo malowniczo i od lat mnie intrygowało. Wody w zbiorniku przybywa w żółwim tempie, ale już jest jej trochę więcej, niż przed laty. Jak to zwykle bywa w Polsce, osoba chcąca odwiedzić zaporę dostaje sprzeczne komunikaty. Z jednej strony, przy zaporze jest parking dla turystów. Ale z drugiej – płoty, kraty, druty kolczaste i kamery. I wielkie napisy „zakaz wstępu”. Ale jest też furtka. Której zamknięciu zapobiega sznurek – tak, furtka trzymająca się na sznurku. I przez tę furtkę przelazłem. Okazało się, że w zasadzie zaporę można swobodnie zwiedzać i byli tam spacerowicze.
Zapora na Jeziorze MucharskimRzut okiem na Beskid Mały
Moje wrażenia z Zawoi to temat na oddzielny wpis, do którego przymierzam się od miesięcy. Zawoja się zmienia i nie są to zmiany na lepsze. Z resztą dotyczy to nie tylko Zawoi.
Góry jednak są tak samo piękne, jak zawsze.
Pierwsze spojrzenie na góry w ZawoiRodzina na swoim
Wypoczynek w Zawoi trwał pięć dni, więc żeby zrobić oddech od górskich wycieczek, jednego dnia pojechałem kawałek na północ. Odwiedziłem Kalwarię Zebrzydowską (w której nie byłem od 2017 roku) i Lanckoronę (w której nie byłem od 2020 roku).
Zakamarki Kalwarii ZebrzydowskiejRynek w Lanckoronie
Z Zawoi ruszyłem na południe, do naszych zatatrzańskich sąsiadów. Wrażenia ze Słowacji, jak również ze słowackich gór, mam bardzo pozytywne (już o tym pisałem). Choć trzeba przyznać, że infrastruktura turystyczna w słowackich górach jest bardziej rozwinięta i nie jestem do końca przekonany, czy to dobrze.
W stronę Słowackiego RajuHornad
Ze Słowacji udałem się do Szczawnicy, w której nigdy jeszcze nie byłem. Chociaż wyjazd w Pieniny planowałem już w 2015 roku, gdy byłem w Tatrach (nie chce się wierzyć, że to było ponad 10 lat temu…). Na miejscu jednak zorientowałem się, że w gruncie rzeczy Szczawnica nie leży w Pieninach, a wyjście w góry stamtąd nie jest aż takie proste.
Szczawnica pozostawiła we mnie mocno mieszane uczucia. Nie przypuszczałem bowiem, że Szczawnica jest czymś w rodzaju Zakopanego, tyle że na mniejsza skalę. Moja wizyta w tym mieście (czy to w ogóle jest miasto?) rozpoczęła się od godziny stania w korku przed rondem w Krościenku nad Dunajcem. I w zasadzie jest to już wystarczający powód, żeby nigdy więcej tam nie pojechać, choć same Pieniny są z pewnością piękne. W samej Szczawnicy nie było wiele lepiej: koszmarny ruch samochodowy, korki, hałas, roboty drogowe. Nie wiem, jakim cudem miejscowość może mieć status uzdrowiska, skoro od samego ruchu ulicznego można się tam rozchorować. W szczególności, że cały ruch koncentruje się na głównej drodze idącej przez całą miejscowość, całkowicie ją paraliżując. Gorzej, niż w Zakopanym.
Pierwsze wrażenie było więc zdecydowanie negatywne. Nie sądziłem też, że będzie tam aż takie natężenie stonki turystycznej, której gdy tylko mogę, to unikam.
Tak zwana „stara Szczawnica”, czy „stare uzdrowisko” jest bardzo ładne, ale to dosłownie kilka budynków zgromadzonych wokół niewielkiego placyku i przylegającej uliczki. A poza tym – jest tragedia. Ceny noclegów bardzo wysokie. Jest tam pełno hoteli z noclegami po 500 czy 1000 zł za noc, natomiast żeby znaleźć coś przystępniejszego, to był duży problem. Ja nocowałem w takim pseudo pensjonacie (z „willą” w nazwie) – cena nie była jakaś bardzo zła, ale za to pokój był nienadzwyczajny. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że nie wiedziałem tak naprawdę, co rezerwuję. Był to mikroskopijny pokój, w którym poza łóżkiem i taboretem nie było nic. Nie było okna, tylko drzwi balkonowe wychodzące na coś w rodzaju wspólnego balkonu. Nigdy więcej (chociaż akurat lokalizacja nie była zła).
Po górach wędrowałem, ale bardzo niewiele, bo nie miałem już siły. Natomiast drugiego dnia padał deszcz. W Pieniny w ogóle nie poszedłem, bo stwierdziłem, że dojazd samochodem do jakiegoś punktu wypadowego jest nie na moje nerwy. Poszedłem więc raz czy dwa na obrzeża Beskidu Sądeckiego, który aż tam sięga.
Chyba główną atrakcją Szczawnicy i okolic jest przełom Dunajca, który jest rzeczywiście bardzo piękny i atrakcyjny. Wzdłuż Dunajca biegnie ścieżka rowerowa, którą można pojechać na Słowację, do miejscowości Czerwony Klasztor.
Wypożyczyłem więc rower elektryczny (który okazał się tym owianym złą sławą nielegalnym „chińczykiem”) i ruszyłem wzdłuż Dunajca. I naprawdę było warto, bo widoki są niesamowite. Natomiast jazda na rowerze elektrycznym jest przeżyciem zupełnie surrealistycznym, gdy można bez żadnego wysiłku podjechać pod stromą górę.
DunajecRedyk
Mój wyjazd nie skończył się w Szczawnicy, bowiem ostatnim miłym akcentem była wizyta w okolicach Ojcowskiego Parku Narodowego, które poprzednim razem odwiedziłem w 2023 roku (lubię jednak tam wracać). Jechałem przez Nowy Sącz (wstąpiłem tam do Miasteczka Galicyjskiego), co było prawdziwym drogowym koszmarem.
Natomiast Ojcowski Park Narodowy mnie nie zawiódł. Pierwszego dnia popołudniu pojechałem do Doliny Będkowskiej, jednak była to wycieczka tylko powierzchowna, bo nie miałem za dużo czasu. Następnego dnia odwiedziłem ponownie OPN. Szkoda, że była to sobota.
Brama KrakowskaDolina Sąspówki
Ostatniego dnia przed powrotem do Kalisza zwiedzałem okolice Olkusza w poszukiwaniu tworzącego się „pojezierza olkuskiego”. Widziałem wyschnięte koryto Sztoły, a także zalaną obwodnicę Bolesławia.
Beskid Makowski znajduje się na północ od Babiej Góry. Już od lat, odkąd jeżdżę do Zawoi, ciągnęło mnie, żeby do niego wstąpić. Do tej pory się to nie udawało – poza okazjonalnymi wizytami w Lanckoronie czy w Kalwarii Zebrzydowskiej, które jak się okazują, leżą właśnie na skraju Beskidu Średniego.
Dzisiaj wybrałem się do Makowa Podhalańskiego, który odpycha na pierwszy rzut oka, ale zyskuje przy bliższym poznaniu. Stamtąd nie ma wielkiego wyboru szlaków – więc musiałem się zadowolić tym, co było, tj. 3‑godzinną wędrówką po najbliższych okolicach. Nie ukrywam, że bardzo mi się podobało. Górki nie są wysokie, ale ciekawe i malownicze. Gdy idzie o roślinność, to głównie jest to regiel dolny. Czułem się tam trochę jak w Beskidzie Niskim, chociaż rzecz jasna tam cywilizacji jest znacznie mniej.
W Makowie nie ma właściwie niczego ciekawego, ale miasteczko mimo wszystko wywarło na mnie pozytywne wrażenie. Potem pojechałem do Suchej Beskidzkiej, w której byłem już 3 razy i która raczej mnie rozczarowała.
Do zamku suskiego nie chciało mi się wchodzić. Droga do „Czarnego lasu” – zagrodzona jakimiś robotami budowlanymi. Rynek rozkopany. Karczma „Rzym” przereklamowana.
Most w Makowie Podhalańskim na Skawicy widziany ze stoków beskidówBeskid MakowskiBeskid Żywiecki widziany z Beskidu Makowskiego
Nie ma wątpliwości, że jeszcze jest lato; na potwierdzenie tego – temperatury. Jest ponad 20 stopni i świeci słońce, dawno nie miałem w górach tak pięknej pogody. I to pomimo tego, że już początek września.
Jestem już 3 dni w Zawoi. Czas spędzam aktywnie. Chodzę po szlakach, które znam i lubię, chociaż co nie co też odkrywam. W poniedziałek było zachmurzone, chociaż było ciepło i nie padało. Wybrałem się do Pasma Jałowieckiego, które zwykle odwiedzam na początek. Niestety nie mam do niego szczęścia w tym sensie, że zawsze, gdy tam jestem, jest słaba widoczność.
Wczoraj zwiedziałem już masyw Babiej Góry – też trasą, którą szedłem już kilka razy. Na samą Babią Górę się nie wybieram w tym roku.
Dzisiaj odwiedziłem też Mokry Kozub. To niewysoka góra strzegąca wejścia do Babiogórskiego Parku Narodowego. Na jej szczycie znajduje się ładna łąka. Po drodze jest ciekawa ścieżka dydaktyczna.
Hala KamińskiegoPiwniczkaWidok na Pasmo Policy z masywu Babiej GóryGórska łąka w Beskidzie Żywieckim
W to pochmurne wrześniowe popołudnie po raz piąty (chyba, a może szósty?) zawitałem do Zawoi pod Babią Górą. Nie mogę się doczekać, kiedy znowu zobaczę szlaki, które już dobrze znam. Pogoda była mocno nostalgiczna, ale już od jutra ma być słońce.
Poprzednim razem byłem tu rok temu, we wrześniu 2022 roku (a mam wrażenie, jakby to było najwyżej miesiąc temu).
(po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci był w maju 2020)
To był mój czwarty pobyt w Zawoi, u stóp Babiej Góry. Mogę tam wracać i nie mam wcale dosyć. Zawoja leży na obrzeżach Beskidu Żywieckiego. Bardzo ją lubię, bo jakkolwiek jest to już małopolska, to jednak nie ma tam tego ohydnego podhalańskiego …, który odpycha człowieka już parę kilometrów dalej. Beskid Żywiecki, nie bez przyczyny nazywany jest Beskidem Wysokim, ponieważ jest to najwyższe po Tatrach pasmo górskie. A Babia Góra (a konkretnie masyw Babiej Góry), to jego najwyższe wzniesienie. Babią Górę łatwo rozpoznać, nawet z daleka, bo jest wyraźnie wyższa od innych gór, w tym przede wszystkim od Beskidu Wyspowego, który zaczyna się nieopodal (widać tę różnicę wyraźnie patrząc z Gorc).
Pogoda nie była nadzwyczajna, tzn. często padało. Na szczęście zaopatrzyłem się zawczasu w nieodzowną pelerynę przeciwdeszczową z Lidla 🙂 bez niej byłoby krucho. Temperatura nie jest problemem, bo nawet jak jest zimno, to idąc pod górę, się tego nie czuje. Natomiast deszcz w górach jest już problemem. Pomimo tego nie próżnowałem i każdego dnia po górach chodziłem.
Na samą Babią Górę nie poszedłem, bo stwierdziłem, że nie ma to sensu przy tej pogodzie, a poza tym, byłem już na niej 3 razy.
Za to poszedłem na Mosorny Groń, o czym marzyłem od 2 lat. I przyznam, że przeżyłem tam kryzys, bo pogoda była wyjątkowo paskudna, zrobiłem kilkanaście kilometrów w błocie i pod górę, a na końcu okazało się, że schronisko jest zamknięte. Momentami miałem dosyć, chociaż rzecz jasna, nie żałuję.
Raz poszedłem także dosyć malowniczym szlakiem czerwonym, idącym wzdłuż granicy polsko-słowackiej. Wtedy była ładna pogoda, więc i widoki były lepsze.
To wszystko jednak nie zniechęca mnie do okolic Babiej Góry i myślę, że za rok znowu ją odwiedzę. Planuję także choćby krótki wypad w Beskid Makowski, który jest w sumie tuż obok.
Szlak zamieniony w rwący potokMgliste podejście na jeden ze szczytówNa chwilę wyszło zdradliwe babiogórskie słoneczkoW drodze do CzatożyBabiogórski stokOkolice szczytu Mosornego GroniaCzerwonym szlakiem wzdłuż granicyWidok na wyjątkowo niezachmurzoną Babią Górę