Wspomnienie z gór

Pisa­łem już nie­daw­no wspo­mnie­nie ze Spi­szu, któ­ry odwie­dzi­łem we wrze­śniu 2025 roku (mam wra­że­nie, że to było parę dni temu, a to już parę mie­się­cy!) Zanim więc wybio­rę się ponow­nie w oko­li­ce Gdy­ni na zimo­wą nad­mor­ską wypra­wę, to napi­szę jesz­cze parę słów o tym, jak było w górach na wyjeź­dzie waka­cyj­nym we wrześniu.

Kolej­ny raz odwie­dzi­łem Zawo­ję i to na dłu­go, bo bawi­łem w niej peł­nych 5 dni. Jadąc do Zawoi po raz trze­ci z rzę­du odwie­dzi­łem Psz­czy­nę, w któ­rej tym razem zwie­dzia­łem skan­sen, w któ­rym wcze­śniej nie byłem. Uwiel­biam skanseny!

Dodat­ko­wo, tro­chę jesz­cze pobłą­dzi­łem po par­ku zam­ko­wym i po cen­trum miasteczka.

Jadąc do Zawoi posta­no­wi­łem, że tym razem poja­dę tra­są tro­chę bar­dziej kon­wen­cjo­nal­ną, tzn. przez Wado­wi­ce, a nie – jak pro­wa­dzi nawi­ga­cja – przez Żywiec i przez bez­dro­ża Żywiec­czy­zny. Dzię­ki temu mogłem odwie­dzić zapo­rę na Jezio­rze Muchar­skim, któ­re wyglą­da z tra­sy bar­dzo malow­ni­czo i od lat mnie intry­go­wa­ło. Wody w zbior­ni­ku przy­by­wa w żół­wim tem­pie, ale już jest jej tro­chę wię­cej, niż przed laty. Jak to zwy­kle bywa w Pol­sce, oso­ba chcą­ca odwie­dzić zapo­rę dosta­je sprzecz­ne komu­ni­ka­ty. Z jed­nej stro­ny, przy zapo­rze jest par­king dla tury­stów. Ale z dru­giej – pło­ty, kra­ty, dru­ty kol­cza­ste i kame­ry. I wiel­kie napi­sy „zakaz wstę­pu”. Ale jest też furt­ka. Któ­rej zamknię­ciu zapo­bie­ga sznu­rek – tak, furt­ka trzy­ma­ją­ca się na sznur­ku. I przez tę furt­kę prze­la­złem. Oka­za­ło się, że w zasa­dzie zapo­rę moż­na swo­bod­nie zwie­dzać i byli tam spacerowicze.

Moje wra­że­nia z Zawoi to temat na oddziel­ny wpis, do któ­re­go przy­mie­rzam się od mie­się­cy. Zawo­ja się zmie­nia i nie są to zmia­ny na lep­sze. Z resz­tą doty­czy to nie tyl­ko Zawoi.

Góry jed­nak są tak samo pięk­ne, jak zawsze.

Wypo­czy­nek w Zawoi trwał pięć dni, więc żeby zro­bić oddech od gór­skich wycie­czek, jed­ne­go dnia poje­cha­łem kawa­łek na pół­noc. Odwie­dzi­łem Kal­wa­rię Zebrzy­dow­ską (w któ­rej nie byłem od 2017 roku) i Lanc­ko­ro­nę (w któ­rej nie byłem od 2020 roku).

Z Zawoi ruszy­łem na połu­dnie, do naszych zata­trzań­skich sąsia­dów. Wra­że­nia ze Sło­wa­cji, jak rów­nież ze sło­wac­kich gór, mam bar­dzo pozy­tyw­ne (już o tym pisa­łem). Choć trze­ba przy­znać, że infra­struk­tu­ra tury­stycz­na w sło­wac­kich górach jest bar­dziej roz­wi­nię­ta i nie jestem do koń­ca prze­ko­na­ny, czy to dobrze.

Ze Sło­wa­cji uda­łem się do Szczaw­ni­cy, w któ­rej nigdy jesz­cze nie byłem. Cho­ciaż wyjazd w Pie­ni­ny pla­no­wa­łem już w 2015 roku, gdy byłem w Tatrach (nie chce się wie­rzyć, że to było ponad 10 lat temu…). Na miej­scu jed­nak zorien­to­wa­łem się, że w grun­cie rze­czy Szczaw­ni­ca nie leży w Pie­ni­nach, a wyj­ście w góry stam­tąd nie jest aż takie proste.

Szczaw­ni­ca pozo­sta­wi­ła we mnie moc­no mie­sza­ne uczu­cia. Nie przy­pusz­cza­łem bowiem, że Szczaw­ni­ca jest czymś w rodza­ju Zako­pa­ne­go, tyle że na mniej­sza ska­lę. Moja wizy­ta w tym mie­ście (czy to w ogó­le jest mia­sto?) roz­po­czę­ła się od godzi­ny sta­nia w kor­ku przed ron­dem w Kro­ścien­ku nad Dunaj­cem. I w zasa­dzie jest to już wystar­cza­ją­cy powód, żeby nigdy wię­cej tam nie poje­chać, choć same Pie­ni­ny są z pew­no­ścią pięk­ne. W samej Szczaw­ni­cy nie było wie­le lepiej: kosz­mar­ny ruch samo­cho­do­wy, kor­ki, hałas, robo­ty dro­go­we. Nie wiem, jakim cudem miej­sco­wość może mieć sta­tus uzdro­wi­ska, sko­ro od same­go ruchu ulicz­ne­go moż­na się tam roz­cho­ro­wać. W szcze­gól­no­ści, że cały ruch kon­cen­tru­je się na głów­nej dro­dze idą­cej przez całą miej­sco­wość, cał­ko­wi­cie ją para­li­żu­jąc. Gorzej, niż w Zakopanym.

Pierw­sze wra­że­nie było więc zde­cy­do­wa­nie nega­tyw­ne. Nie sądzi­łem też, że będzie tam aż takie natę­że­nie ston­ki tury­stycz­nej, któ­rej gdy tyl­ko mogę, to unikam.

Tak zwa­na „sta­ra Szczaw­ni­ca”, czy „sta­re uzdro­wi­sko” jest bar­dzo ład­ne, ale to dosłow­nie kil­ka budyn­ków zgro­ma­dzo­nych wokół nie­wiel­kie­go pla­cy­ku i przy­le­ga­ją­cej ulicz­ki. A poza tym – jest tra­ge­dia. Ceny noc­le­gów bar­dzo wyso­kie. Jest tam peł­no hote­li z noc­le­ga­mi po 500 czy 1000 zł za noc, nato­miast żeby zna­leźć coś przy­stęp­niej­sze­go, to był duży pro­blem. Ja noco­wa­łem w takim pseu­do pen­sjo­na­cie (z „wil­lą” w nazwie) – cena nie była jakaś bar­dzo zła, ale za to pokój był nie­na­dzwy­czaj­ny. Na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie mogę dodać, że nie wie­dzia­łem tak napraw­dę, co rezer­wu­ję. Był to mikro­sko­pij­ny pokój, w któ­rym poza łóż­kiem i tabo­re­tem nie było nic. Nie było okna, tyl­ko drzwi bal­ko­no­we wycho­dzą­ce na coś w rodza­ju wspól­ne­go bal­ko­nu. Nigdy wię­cej (cho­ciaż aku­rat loka­li­za­cja nie była zła).

Po górach wędro­wa­łem, ale bar­dzo nie­wie­le, bo nie mia­łem już siły. Nato­miast dru­gie­go dnia padał deszcz. W Pie­ni­ny w ogó­le nie posze­dłem, bo stwier­dzi­łem, że dojazd samo­cho­dem do jakie­goś punk­tu wypa­do­we­go jest nie na moje ner­wy. Posze­dłem więc raz czy dwa na obrze­ża Beski­du Sądec­kie­go, któ­ry aż tam sięga.

Chy­ba głów­ną atrak­cją Szczaw­ni­cy i oko­lic jest prze­łom Dunaj­ca, któ­ry jest rze­czy­wi­ście bar­dzo pięk­ny i atrak­cyj­ny. Wzdłuż Dunaj­ca bie­gnie ścież­ka rowe­ro­wa, któ­rą moż­na poje­chać na Sło­wa­cję, do miej­sco­wo­ści Czer­wo­ny Klasztor.

Wypo­ży­czy­łem więc rower elek­trycz­ny (któ­ry oka­zał się tym owia­nym złą sła­wą nie­le­gal­nym „chiń­czy­kiem”) i ruszy­łem wzdłuż Dunaj­ca. I napraw­dę było war­to, bo wido­ki są nie­sa­mo­wi­te. Nato­miast jaz­da na rowe­rze elek­trycz­nym jest prze­ży­ciem zupeł­nie sur­re­ali­stycz­nym, gdy moż­na bez żad­ne­go wysił­ku pod­je­chać pod stro­mą górę.

Mój wyjazd nie skoń­czył się w Szczaw­ni­cy, bowiem ostat­nim miłym akcen­tem była wizy­ta w oko­li­cach Ojcow­skie­go Par­ku Naro­do­we­go, któ­re poprzed­nim razem odwie­dzi­łem w 2023 roku (lubię jed­nak tam wra­cać). Jecha­łem przez Nowy Sącz (wstą­pi­łem tam do Mia­stecz­ka Gali­cyj­skie­go), co było praw­dzi­wym dro­go­wym koszmarem.

Nato­miast Ojcow­ski Park Naro­do­wy mnie nie zawiódł. Pierw­sze­go dnia popo­łu­dniu poje­cha­łem do Doli­ny Będ­kow­skiej, jed­nak była to wyciecz­ka tyl­ko powierz­chow­na, bo nie mia­łem za dużo cza­su. Następ­ne­go dnia odwie­dzi­łem ponow­nie OPN. Szko­da, że była to sobota.

Ostat­nie­go dnia przed powro­tem do Kali­sza zwie­dza­łem oko­li­ce Olku­sza w poszu­ki­wa­niu two­rzą­ce­go się „poje­zie­rza olku­skie­go”. Widzia­łem wyschnię­te kory­to Szto­ły, a tak­że zala­ną obwod­ni­cę Bole­sła­wia.

Zala­na obwod­ni­ca Bolesławia

W Beskid Żywiecki przez Zawoję po raz kolejny

Po dwóch latach prze­rwy zno­wu odwie­dzi­łem babio­gór­skie okolice. 

Cza­to­ża
Hala Kamiń­skie­go
Cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tego regio­nu piwniczki

Nie­ste­ty Zawo­ja się zmie­nia i raczej nie są to zmia­ny na lep­sze. Ale o tym jesz­cze będzie oka­zja napisać. 

Beskid Makowski

Beskid Makow­ski znaj­du­je się na pół­noc od Babiej Góry. Już od lat, odkąd jeż­dżę do Zawoi, cią­gnę­ło mnie, żeby do nie­go wstą­pić. Do tej pory się to nie uda­wa­ło – poza oka­zjo­nal­ny­mi wizy­ta­mi w Lanc­ko­ro­nie czy w Kal­wa­rii Zebrzy­dow­skiej, któ­re jak się oka­zu­ją, leżą wła­śnie na skra­ju Beski­du Średniego.

Dzi­siaj wybra­łem się do Mako­wa Pod­ha­lań­skie­go, któ­ry odpy­cha na pierw­szy rzut oka, ale zysku­je przy bliż­szym pozna­niu. Stam­tąd nie ma wiel­kie­go wybo­ru szla­ków – więc musia­łem się zado­wo­lić tym, co było, tj. 3‑godzinną wędrów­ką po naj­bliż­szych oko­li­cach. Nie ukry­wam, że bar­dzo mi się podo­ba­ło. Gór­ki nie są wyso­kie, ale cie­ka­we i malow­ni­cze. Gdy idzie o roślin­ność, to głów­nie jest to regiel dol­ny. Czu­łem się tam tro­chę jak w Beski­dzie Niskim, cho­ciaż rzecz jasna tam cywi­li­za­cji jest znacz­nie mniej.

W Mako­wie nie ma wła­ści­wie nicze­go cie­ka­we­go, ale mia­stecz­ko mimo wszyst­ko wywar­ło na mnie pozy­tyw­ne wra­że­nie. Potem poje­cha­łem do Suchej Beskidz­kiej, w któ­rej byłem już 3 razy i któ­ra raczej mnie rozczarowała.

Do zam­ku suskie­go nie chcia­ło mi się wcho­dzić. Dro­ga do „Czar­ne­go lasu” – zagro­dzo­na jaki­miś robo­ta­mi budow­la­ny­mi. Rynek roz­ko­pa­ny. Karcz­ma „Rzym” przereklamowana.

Okolice Babiej Góry późnym latem

Nie ma wąt­pli­wo­ści, że jesz­cze jest lato; na potwier­dze­nie tego – tem­pe­ra­tu­ry. Jest ponad 20 stop­ni i świe­ci słoń­ce, daw­no nie mia­łem w górach tak pięk­nej pogo­dy. I to pomi­mo tego, że już począ­tek września.

Jestem już 3 dni w Zawoi. Czas spę­dzam aktyw­nie. Cho­dzę po szla­kach, któ­re znam i lubię, cho­ciaż co nie co też odkry­wam. W ponie­dzia­łek było zachmu­rzo­ne, cho­ciaż było cie­pło i nie pada­ło. Wybra­łem się do Pasma Jało­wiec­kie­go, któ­re zwy­kle odwie­dzam na począ­tek. Nie­ste­ty nie mam do nie­go szczę­ścia w tym sen­sie, że zawsze, gdy tam jestem, jest sła­ba widoczność.

Wczo­raj zwie­dzia­łem już masyw Babiej Góry – też tra­są, któ­rą sze­dłem już kil­ka razy. Na samą Babią Górę się nie wybie­ram w tym roku. 

Dzi­siaj odwie­dzi­łem też Mokry Kozub. To nie­wy­so­ka góra strze­gą­ca wej­ścia do Babio­gór­skie­go Par­ku Naro­do­we­go. Na jej szczy­cie znaj­du­je się ład­na łąka. Po dro­dze jest cie­ka­wa ścież­ka dydaktyczna.

Gór­ska łąka w Beski­dzie Żywieckim

Znowu Zawoja

W to pochmur­ne wrze­śnio­we popo­łu­dnie po raz pią­ty (chy­ba, a może szó­sty?) zawi­ta­łem do Zawoi pod Babią Górą. Nie mogę się docze­kać, kie­dy zno­wu zoba­czę szla­ki, któ­re już dobrze znam. Pogo­da była moc­no nostal­gicz­na, ale już od jutra ma być słońce.

Poprzed­nim razem byłem tu rok temu, we wrze­śniu 2022 roku (a mam wra­że­nie, jak­by to było naj­wy­żej mie­siąc temu).

Zawoja po raz czwarty

(po raz pierw­szy, po raz dru­gi, po raz trze­ci był w maju 2020)

To był mój czwar­ty pobyt w Zawoi, u stóp Babiej Góry. Mogę tam wra­cać i nie mam wca­le dosyć. Zawo­ja leży na obrze­żach Beski­du Żywiec­kie­go. Bar­dzo ją lubię, bo jak­kol­wiek jest to już mało­pol­ska, to jed­nak nie ma tam tego ohyd­ne­go pod­ha­lań­skie­go …, któ­ry odpy­cha czło­wie­ka już parę kilo­me­trów dalej. Beskid Żywiec­ki, nie bez przy­czy­ny nazy­wa­ny jest Beski­dem Wyso­kim, ponie­waż jest to naj­wyż­sze po Tatrach pasmo gór­skie. A Babia Góra (a kon­kret­nie masyw Babiej Góry), to jego naj­wyż­sze wznie­sie­nie. Babią Górę łatwo roz­po­znać, nawet z dale­ka, bo jest wyraź­nie wyż­sza od innych gór, w tym przede wszyst­kim od Beski­du Wyspo­we­go, któ­ry zaczy­na się nie­opo­dal (widać tę róż­ni­cę wyraź­nie patrząc z Gorc).

Pogo­da nie była nad­zwy­czaj­na, tzn. czę­sto pada­ło. Na szczę­ście zaopa­trzy­łem się zawcza­su w nie­odzow­ną pele­ry­nę prze­ciw­desz­czo­wą z Lidla 🙂 bez niej było­by kru­cho. Tem­pe­ra­tu­ra nie jest pro­ble­mem, bo nawet jak jest zim­no, to idąc pod górę, się tego nie czu­je. Nato­miast deszcz w górach jest już pro­ble­mem. Pomi­mo tego nie próż­no­wa­łem i każ­de­go dnia po górach chodziłem.

Na samą Babią Górę nie posze­dłem, bo stwier­dzi­łem, że nie ma to sen­su przy tej pogo­dzie, a poza tym, byłem już na niej 3 razy.

Za to posze­dłem na Mosor­ny Groń, o czym marzy­łem od 2 lat. I przy­znam, że prze­ży­łem tam kry­zys, bo pogo­da była wyjąt­ko­wo paskud­na, zro­bi­łem kil­ka­na­ście kilo­me­trów w bło­cie i pod górę, a na koń­cu oka­za­ło się, że schro­ni­sko jest zamknię­te. Momen­ta­mi mia­łem dosyć, cho­ciaż rzecz jasna, nie żałuję.

Raz posze­dłem tak­że dosyć malow­ni­czym szla­kiem czer­wo­nym, idą­cym wzdłuż gra­ni­cy pol­sko-sło­wac­kiej. Wte­dy była ład­na pogo­da, więc i wido­ki były lepsze.

To wszyst­ko jed­nak nie znie­chę­ca mnie do oko­lic Babiej Góry i myślę, że za rok zno­wu ją odwie­dzę. Pla­nu­ję tak­że choć­by krót­ki wypad w Beskid Makow­ski, któ­ry jest w sumie tuż obok.

Widok na wyjąt­ko­wo nie­zach­mu­rzo­ną Babią Górę