Ślęża i okolice

Nie­ca­łe dwa tygo­dnie temu ponow­nie odwie­dzi­łem masyw Ślę­ży i jego oko­li­ce. W ogó­le Dol­ny Śląsk skry­wa wie­le cie­ka­wych atrak­cji i aż chcia­ło­by się tam poje­chać na dłu­żej (poprzed­nim razem na dłuż­szym wyjeź­dzie byłem nie­ca­łe 2 lata temu – w Świe­ra­do­wie). Jed­nak po moich dwóch dotych­cza­so­wych wizy­tach na Ślę­ży, tym razem posta­no­wi­łem tam poje­chać na cho­ciaż odro­bi­nę dłu­żej, tzn. na 2 dni (cho­ciaż tak napraw­dę tyl­ko 1 dzień był pełny).

Jed­nak w pierw­szej kolej­no­ści odwie­dzi­łem Muzeum Kolei na Ślą­sku w Jawo­rzy­nie Ślą­skiej. Jawo­rzy­na Ślą­ska dotych­czas koja­rzy­ła mi się tyl­ko z fabry­ką por­ce­la­ny „Karo­li­na”, któ­ra nie­ste­ty nie­daw­no upa­dła. A tym­cza­sem mia­sto Jawo­rzy­na Ślą­ska ma nie­dłu­gą, ale cie­ka­wą histo­rię – bo to typo­we mia­sto z okre­su XIX-wiecz­ne­go roz­wo­ju kolei, któ­re powsta­ło tyl­ko ze wzglę­du na kolej i wokół wybu­do­wa­nej tam paro­wo­zow­ni, któ­ra ist­nie­je do dzi­siaj. Mia­sto mia­ło być kole­jo­wym zaple­czem dla znaj­du­ją­cej się nie­opo­dal Świd­ni­cy, do któ­rej nie moż­na było wów­czas dopro­wa­dzić kolei z powo­du znaj­du­ją­cych się tam wte­dy jesz­cze fortyfikacji.

Paro­wo­zy goto­we do drogi

Po wspa­nia­łym okre­sie dol­no­ślą­skiej paro­wo­zow­ni pozo­sta­ły wspo­mnie­nia. Nie­ste­ty, ale podob­nie jak w Cha­bów­ce, to wszyst­ko jest w mia­rę dobrze zakon­ser­wo­wa­ną ruiną. Żaden z paro­wo­zów (no może poza jed­nym) nie jest w sta­nie o wła­snych siłach stam­tąd wyje­chać. Muzeum jest pry­wat­ne i – jak przy­znał prze­wod­nik – żyje z kani­ba­li­zmu, tzn. z tury­stów. Tak więc nie­ste­ty na nie­zbyt wie­le może sobie pozwo­lić. Ale i tak dobrze, że jest i że moż­na się co nie­co dowie­dzieć o daw­nej kolei.

Gdy doje­cha­łem to Sobót­ki, to była nie­dzie­la, któ­ra nie­ste­ty w tak tury­stycz­nym miej­scu, jak masyw Ślę­ży, nie jest miej­sce szczę­śli­wym ze wzglę­du na tury­stycz­ną ston­kę, któ­ra obsią­da dosłow­nie wszyst­ko. Dla­te­go tego dnia posta­no­wi­łem odwie­dzić znacz­nie mniej uczęsz­cza­ne Wzgó­rza Kieł­czyń­skie, któ­re są w sam raz na nie­zbyt dłu­gi nie­dziel­ny spa­cer (o cha­rak­te­rze tyl­ko lek­ko gór­skim) – w sam raz na rozgrzewkę.

U pod­nó­ży Wzgórz znaj­du­je się ład­ny sta­ry kościół; takie miej­sca przy­po­mi­na­ją daw­nych gospo­da­rzy (przy­naj­mniej okre­so­wo) tych ziem. Nie­wie­le po nich pozo­sta­ło, poza paro­ma nagrobkami.

Wie­czo­rem mia­łem jesz­cze tro­chę siły na krót­kie zwie­dza­nie Sobót­ki, któ­ra jest bar­dzo malow­ni­czym miasteczkiem.

Następ­ne­go dnia z same­go rana ruszy­łem na Ślę­żę i nie­skrom­nie powiem, że zapla­no­wa­łem sobie ambit­ną wędrów­kę. Nie posze­dłem bowiem naj­prost­szą dro­gą na szczyt, ale posta­no­wi­łem tro­chę nad­ło­żyć dro­gi i zro­bić sobie wokół szczy­tu pętel­kę 🤭 Tak więc idąc dooko­ła Ślę­ży dosze­dłem w oko­li­ce Prze­łę­czy Tąpa­dła i dopie­ro stam­tąd ruszy­łem pod górę – i to szla­kiem gra­na­to­wym, czy­li jed­nym z cie­kaw­szych (tym, któ­rym sze­dłem w 2021 roku). Tak więc na szczyt sze­dłem gdzieś dobre 3 godzi­ny, ale celo­wo wybra­łem dro­gę okręż­ną. Bo praw­da jest taka, że cie­ka­wa jest sama dro­ga, a nie jej cel – bo na szczy­cie góry nicze­go cie­ka­we­go nie ma. Tury­stów indy­wi­du­al­nych była garst­ka. Poza tym jakaś może szkol­na wyciecz­ka, ale nie wcho­dzi­li­śmy sobie w drogę. 

W dro­gę powrot­ną wybra­łem tra­sę od innej stro­ny, ale nie sze­dłem przez Wie­ży­ce, bo uzna­łem, że nie warto.

W każ­dym razie prze­sze­dłem bli­sko 20 km w gór­skim terenie.

Na szczy­cie

Od daw­na już pla­no­wa­łem, że gdy będę w Sobót­ce, to muszę też poje­chać do Świd­ni­cy, któ­ra jest zale­d­wie 20 km dalej (jed­na z waż­niej­szych ulic w Sobót­ce, to uli­ca Świdnicką).

W Świd­ni­cy byłem do tej pory 2 razy – i za każ­dym razem cel był ten sam, tzn. Kościół Poko­ju. Pierw­szy raz w Świd­ni­cy byłem ok. 2007 lub 2008 roku na szkol­nej wyciecz­ce i pamię­tam, że zwie­dza­li­śmy wte­dy Kościół. Za dru­gim razem byłem tam w 2009 roku i pamię­tam, że widzie­li­śmy go tyl­ko z zewnątrz, bo w środ­ku trwa­ły pró­by do Festi­wa­lu Bachowskiego.

5 lat temu byłem tak­że w dru­gim Koście­le Poko­ju – w Jawo­rze, ale to inna historia.

Kościół Poko­ju

Kościół Poko­ju to bez wąt­pie­nia naj­więk­sza atrak­cja Świd­ni­cy. Nic dziw­ne­go, w koń­cu jest to obiekt na Świa­to­wej Liście Dzie­dzic­twa UNESCO. Kościół razem ze swo­im oto­cze­niem two­rzy Baro­ko­wy Zaką­tek, któ­ry jak moż­na się prze­ko­nać, para­fia ewan­ge­lic­ko-augs­bur­ska sta­ra się jakoś „spie­nię­żyć” – jest tam bowiem i kawiar­nia, i jakiś pen­sjo­nat; widać, że miej­sce ma robić wra­że­nie na tury­stach. I to się uda­je, cho­ciaż kościół i bez tego jest bar­dzo inte­re­su­ją­cy. Jest impo­nu­ją­cej wiel­ko­ści, ma cie­ka­wą archi­tek­tu­rę, a oto­cze­nie też jest bar­dzo cie­ka­we. Stoi bowiem pośrod­ku sta­re­go cmen­ta­rza, któ­ry wła­ści­wie jest lasem z wysta­ją­cy­mi gdzie­nie­gdzie sta­ry­mi nagrob­ka­mi, pamię­ta­ją­cy­mi na pew­no daw­no minio­ną świet­ność tego miejsca.

Sama Świd­ni­ca to taki Wro­cław w minia­tur­ce. Szczy­ci się baro­ko­wy­mi zabyt­ka­mi archi­tek­tu­ry. Mia­sto jest ład­ne, cho­ciaż jak więk­szość miast w Pol­sce, ma tro­chę bru­du pod paznok­cia­mi. Pamię­tam, gdy 3 lata temu jecha­li­śmy do Świe­ra­do­wa i prze­jeż­dża­li­śmy przez Świd­ni­cę, wiel­kie wra­że­nie wywar­ły na mnie sze­ro­kie uli­ce wzdłuż któ­rych sta­ły monu­men­tal­ne kamie­ni­ce. Praw­da jest taka, że w Kali­szu takich nie ma. Inna spra­wa, że to wszyst­ko jest tro­chę na wyrost i świad­czy jedy­nie o daw­nej chwa­le tego mia­sta, bo dzi­siaj ma zale­d­wie ok. 50 – 60 tys. miesz­kań­ców (choć to wystar­czy, by być np. sie­dzi­bą sądu okrę­go­we­go). Mia­sto spra­wia wra­że­nie nie­mra­we­go, cho­ciaż ma żywe cen­trum z praw­dzi­wy­mi miesz­kań­ca­mi, skle­pa­mi i zakła­da­mi usłu­go­wy­mi (a nie takie, jak choć­by lubel­ska sta­rów­ka).

Wra­ca­jąc do Kali­sza odwie­dzi­łem Wro­cław, w któ­rym nie byłem już kil­ka lat. To Świd­ni­ca w powiększeniu 🤣


Ślę­ża w listo­pa­dzie 2023

Ślę­ża latem 2021

Ślęża

Wczo­raj po raz dru­gi odwie­dzi­łem masyw Ślę­ży. Poprzed­nim razem byłem tam latem 2021 roku. Jed­nak wte­dy było lato; wcho­dzi­li­śmy na górę od Prze­łę­czy Tąpa­dła. Były tam dzi­kie tłumy.

Wczo­raj wybra­li­śmy inną tra­są – przez Wie­ży­cę. Nie­ste­ty ludzi też było spo­ro, szli­śmy w pro­ce­sji – ale to wina tego, że po pierw­sze był week­end, a po dru­gie świę­to państwowe. 

Pogo­dę mie­li­śmy wyjąt­ko­wo ład­ną. Co praw­da był listo­pad, ale świe­ci­ło słoń­ce, było bez­wietrz­nie, nie było jakoś odpy­cha­ją­co. Wędrów­ka na górę z prze­łę­czy trwa ok. 2 godzin, w dru­gą stro­nę tro­chę kró­cej. Jest kil­ka szla­ków do wybo­ru. Poza pew­ny­mi momen­ta­mi podej­ście nie jest bar­dzo stro­me (cho­ciaż i tak trze­ba się tro­chę spo­cić, ale to jed­nak nic w porów­na­niu np. z Babią Górą).

Jadąc w kie­run­ku Ślę­ży od stro­ny Wro­cła­wia widok jest nie­sa­mo­wi­ty – oto bowiem pośrod­ku pól nagle wyra­sta cał­kiem wyso­ka, samot­na góra. Oczy­wi­ście w dali maja­czą Góry Kaczaw­skie i Sude­ty, ale ten jeden szczyt pośrod­ku pust­ki jest dosyć nie­ty­po­wy. Nic więc dziw­ne­go, że w daw­nych cza­sach było to miej­sce kul­tu wyko­rzy­sty­wa­ne przez Sło­wian. Z resz­tą do dziś są tam pozo­sta­ło­ści w posta­ci rzeźb i wałów kultowych.

Od począt­ków XX wie­ku Ślę­ża jest naj­bliż­szym pod­wro­cław­skim kuror­tem tury­stycz­nym, jest też więc bar­dzo zadeptana. 

Beskid Śląski po 6 latach

Nie byłem w Beski­dzie Ślą­skim od 2017 roku i bar­dzo tego żału­ję, bo to napraw­dę dobre góry do wędró­wek. Może nie aż takie wido­wi­sko­we, ale tak­że mają swój urok. Ponow­nie na swo­ją bazę wybra­łem Bren­ną, któ­ra jest dobrym punk­tem wypa­do­wym na szla­ki tury­stycz­ne. Żału­ję, że mia­łem tyl­ko 2 dni na cho­dze­nie po górach.

Pierw­sze­go dnia wybra­łem się w oko­li­ce Klim­czo­ka, któ­ry oddzie­la Bren­ną od Szczyr­ku i Biel­ska-Bia­łej. A to dla­te­go, że poprzed­nim razem, tzn. w 2017 roku, nie uda­ło mi się do tej góry dojść ze wzglę­du na złą pogo­dę. Tym razem pogo­da była pięk­na. Wyciecz­ka była bar­dzo uda­na. Na sam Klim­czok nie wsze­dłem, ponie­waż wcho­dzi­łem na górę zie­lo­nym szla­kiem od stro­ny schro­ni­ska (a scho­dzi­łem czer­wo­nym). Stam­tąd nie­da­le­ko już na Szyn­dziel­nię – na któ­rą będę musiał iść następ­nym razem.

Moje­go ostat­nie­go dnia w górach pogo­da się pogor­szy­ła. Rano pada­ło, a potem było zamglo­ne. Dla­te­go zde­cy­do­wa­łem się tyl­ko na krót­ką wyciecz­kę, tj. na Błat­nią (była to dru­ga góra, któ­rą zdo­by­łem w 2017 roku). Było sym­pa­tycz­nie. Nie­ste­ty widać tam degra­da­cję gór. Osie­dla ludz­kie i domy pod­cho­dzą co raz wyżej na sto­ki. Jest to zja­wi­sko zde­cy­do­wa­nie nega­tyw­nie, bo szko­dzi śro­do­wi­sku, przy­ro­dzie i kra­jo­bra­zom. Zasta­na­wia mnie, czy ci ludzie, któ­rzy wzno­szą cha­łu­pę na sto­ku góry (i zwy­kle nie są to skrom­ne dom­ki let­ni­sko­we, tyl­ko wiel­kie hacjen­dy, wzno­szo­ne zupeł­nie bez umia­ru) zasta­na­wia­ją się, jak będą do niej dojeż­dżać? Latem tam się cięż­ko idzie, a co dopie­ro jedzie (i tyl­ko samo­cho­dem tere­no­wym np. toyo­tą hilux, któ­rą widzia­łem, jak wio­zła wikt do schro­ni­ska), a zimą? Ludzie są jed­nak bezmyślni.


Nie wybie­ra­łem się na dale­kie gór­skie wędrów­ki, bo chcia­łem jesz­cze też odwie­dzić ślą­skie mia­sta. Pierw­sze­go dnia poje­cha­łem do Cie­szy­na. Pamię­tam, że poprzed­nim razem zro­bił na mnie bar­dzo dobre wra­że­nie. Tym razem było gorzej, ale to chy­ba dla­te­go, że po ostat­niej wizy­cie mia­łem wygó­ro­wa­ne oczekiwania.

Widok na cie­szyń­ski zamek, obec­nie sie­dzi­bę szko­ły muzycznej.

Obrze­ża mia­sta są nie­cie­ka­we, jak pra­wie wszę­dzie. Cen­trum jest nie­złe. Sta­rów­ka bar­dzo ład­na. Ale jed­nak spo­ro jest tam cha­osu urba­ni­stycz­ne­go. Zatrzy­ma­łem się na jakimś par­kin­gu (w miej­scu po jakimś amfi­te­atrze – bar­dzo cie­ka­we), sze­dłem wzdłuż Olzy i nie podo­ba­ło mi się tak, jak kie­dyś. Wszę­dzie cha­os rekla­mo­wy, czy­sto śred­nio, wie­le miejsc zapusz­czo­nych, jakieś dzi­kie par­kin­gi. Wyda­je mi się, że było lepiej.

Kolej­ne­go dnia padła kolej na Biel­sko-Bia­łą. To mia­sto o zupeł­nie innym cha­rak­te­rze. Dużo więk­sze, z więk­szy­mi ambi­cja­mi, duży ośro­dek prze­my­sło­wy (choć­by fabry­ka malucha).

Gdy byłem tam poprzed­nim razem, był taki upał, że myśla­łem tyl­ko o tym, aby schro­nić się gdzieś w kli­ma­ty­za­cji. Tym razem na szczę­ście było chłod­niej, cho­ciaż i tak cie­pło. W zasa­dzie biel­skiej sta­rów­ce nie poświę­ci­łem uwa­gi, ponie­waż zosta­łem pochło­nię­ty przez Sta­rą Fabry­kę, czy­li bar­dzo cie­ka­we muzeum prze­my­słu. Muzeum, w któ­rym są cie­ka­we eks­po­na­ty, a nawet bar­dzo cie­ka­wy film o pro­duk­cji tka­nin, opo­wia­da o histo­rii prze­my­słu w mie­ście aż do cza­sów współ­cze­snych. Nie wie­dzia­łem, że w prze­szło­ści Biel­sko-Bia­ła była tak waż­nym ośrod­kiem prze­my­sło­wym (i to rów­nież włókienniczym).


Następ­ne­go dnia wra­ca­łem do Kali­sza. Zaha­czy­łem wów­czas o Byczy­nę, któ­rą pierw­szy raz odwie­dzi­łem rów­nież pod­czas pierw­sze­go wyjaz­du w Beskid Ślą­ski. Ostat­ni raz byłem w Byczy­nie 3 lata temu, w 2020 roku (w cza­sie pan­de­mii). Widać, że coś się dzie­je za mura­mi śre­dnio­wiecz­ne­go mia­sta. Same mury są pod­da­wa­ne kon­ser­wa­cji. Rynek też jak­by tro­chę żyw­szy. Poja­wi­ła się tam fontanna 🙂

Jeszcze kilka słów o Słowacji

W nawią­za­niu do poprzed­nie­go wpi­su o Małej Fatrze, teraz kil­ka ogól­nych uwag.

Gdy prze­kro­czy­łem gra­ni­cę ze Sło­wa­cją, zatrzy­ma­łem się w pierw­szym małym mia­stecz­ku – Twar­do­szy­nie, któ­re zro­bi­ło na mnie pozy­tyw­ne wra­że­nie. Mia­stecz­ko nie ma żad­nych wiel­kich atrak­cji, ale jest schlud­ne i zadba­ne. W mia­stecz­ku jest jeden cie­ka­wy obiekt: zabyt­ko­wy drew­nia­ny kościół. Teraz czy­tam w inter­ne­cie, że takich kościo­łów jest w rze­czy­wi­sto­ści kil­ka. War­to przy­po­mnieć, że rów­nież mało­pol­ska drew­nia­na archi­tek­tu­ra sakral­na wpi­sa­na jest na listę świa­to­we­go dzie­dzic­twa UNESCO. Kil­ka przy­kła­dów widzia­łem zwie­dza­jąc w 2018 roku Beskid Niski.

Kościół oto­czo­ny jest cmen­ta­rzem z cał­kiem współ­cze­sny­mi grobami.

Dalej skie­ro­wa­łem się do Rużom­ber­ka, któ­ry pla­no­wa­łem odwie­dzić już w tam­tym roku, ale odwie­dzi­łem tyl­ko tam­tej­sze­go Lidla 🙂 Gdy myślę o Rużom­ber­ku, to zawsze przy­po­mi­na mi się pio­sen­ka Agniesz­ki Osiec­kiej „Hej Han­no…”, w któ­rej wspo­mnia­ne jest to sło­wac­kie miasto.

W tam­tym roku odwie­dzi­łem Vlko­li­niec, nato­miast w tym roku w pierw­szej kolej­no­ści skie­ro­wa­łem się do zam­ku likaw­skie­go. Jest to nie­ste­ty duże roz­cza­ro­wa­nie. Nie jest to zamek, ale tyl­ko ruiny i to ską­pe. Coś w sty­lu, jak ruiny zam­ku Wleń, ale jed­nak tam­te są znacz­nie cie­kaw­sze. Do Ogro­dzień­ca nie ma nawet co star­to­wać. Do zam­ku trze­ba spo­ro dojść pod górę, co trwa ze 20 minut, nato­miast samo zwie­dza­nie to 5 minut, bo wszyst­ko ogra­ni­cza się do ruin zgro­ma­dzo­nych na dzie­dziń­cu. Moż­na wejść do wie­ży, gdzie jest eks­po­zy­cja arche­olo­gicz­na, ale wszyst­kie infor­ma­cje są po sło­wac­ku. Z resz­tą eks­po­zy­cje arche­olo­gicz­ne z natu­ry nie są zbyt ciekawe.

W koń­cu tra­fi­łem do Rużom­ber­ka, któ­ry spra­wiał wra­że­nie mia­sta wymar­łe­go, cho­ciaż było to w sobo­tę, w połu­dnie. Na uli­cach pra­wie nie było ludzi. Żad­nych atrak­cji rów­nież tam nie ma. Naj­lep­sze wspo­mnie­nia mam z kawiar­nią, w któ­rej wypi­łem dro­gą, ale dobrą, kawę mrożoną.

Rużom­berk był roz­cza­ro­wa­niem, za to na jego obrze­żach, zanim wstą­pi­łem do Lidla, jest jesz­cze jeden cie­ka­wy obiekt sakral­ny: XIII-wiecz­ny gotyc­ki kościół p.w. Wszyst­kich Świę­tych w Ludro­vej. To napraw­dę cie­ka­wy zaby­tek, szcze­gól­nie fre­ski znaj­du­ją­ce się wewnątrz oraz bar­dzo cie­ka­we ele­men­ty wypo­sa­że­nia wnę­trza, np. bar­dzo sta­re kościel­na ławy czy komo­da na stro­je liturgiczne.

Po wyjeź­dzie z Rożum­ber­ka już pro­sto poje­cha­łem do Ter­cho­vy (Ter­cho­vej?). Jest to wła­ści­wie wieś śred­niej wiel­ko­ści, ale poprzez swo­je poło­że­nie, sta­ła się bazą wypa­do­wą na szla­ki tury­stycz­ne w Małej Fatrze. Jest mała, ale jed­nak – chy­ba ze wzglę­du na ruch tury­stycz­ny – znaj­du­je się w niej tak­że Lidl 🙂

Zabu­do­wa­nia

Moż­na się przy tej oka­zji zasta­no­wić, jakie są róż­ni­ce mię­dzy Pol­ską a Sło­wa­cją. Myślę, że nie­wiel­kie. Co wię­cej, myślę, że Sło­wa­cja jest bliż­sza Pol­sce, niż np. Cze­chy. Odnio­słem wra­że­nie, że Sło­wa­cja to kraj podob­ny: pod wzglę­dem roz­wo­ju gospo­dar­cze­go i spo­łecz­ne­go. Tyl­ko może bar­dziej wylu­zo­wa­ny. Nie jest tam ani jakoś wie­le pięk­niej niż u nas, ani wie­le brzy­dziej. Dro­gi o zbli­żo­nym stan­dar­dzie (tj. raz bar­dzo dobre, a raz dziu­ry i wer­te­py). W skle­pach to samo. Ceny rów­nież pra­wie takie same (cho­ciaż aku­rat noc­leg był wyraź­nie droż­szy, trud­no powie­dzieć, z cze­go to wynika).

Zauwa­ży­łem na Sło­wa­cji jedy­nie jed­ną zna­czą­cą róż­ni­cę: dużo mniej­szy cha­os urba­ni­stycz­no-prze­strzen­ny. Brak ohyd­nych wioch cią­gną­cych się kilo­me­tra­mi wzdłuż dro­gi. Pod tym wzglę­dem porzą­dek jest dużo więk­szy. Z resz­tą Ter­cho­va jest tego naj­lep­szych przy­kła­dem, ponie­waż jest tam tyl­ko kil­ka ulic; za to wszyst­kie uli­ce zabu­do­wa­ne są taki­mi samy­mi, dosyć cia­sny­mi dział­ka­mi, na któ­rych sto­ją takie same lub bar­dzo podob­ne domy. No i wszę­dzie jest ogrze­wa­nie gazowe.

Wyjeż­dża­jąc ze Sło­wa­cji wstą­pi­łem do Żyli­ny. Nie ma tam zupeł­nie nicze­go cie­ka­we­go. Z bra­ku lep­sze­go pomy­słu odwie­dzi­łem zamek buda­tin­sky, któ­re­go eks­po­zy­cja to mydło i powi­dło. Żyliń­ska sta­rów­ka spra­wia­ła przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie, jak jest gdzie indziej – nie wiem, bo nie mia­łem już siły na dal­sze zwiedzanie.

Wstą­pi­łem jesz­cze do muzeum trans­por­tu. Zbio­ry nie są obfi­te i nie są zwią­za­ne tyl­ko z trans­por­tem; były tam rów­nież np. sta­re tele­fo­ny i tego rodza­ju eksponaty.

W każ­dym razie myślę, że powrót na Sło­wa­cję jest tyl­ko kwe­stią czasu.

Mała Fatra

Rok temu, będąc w Zawoi, pew­ne­go dnia posta­no­wi­łem poje­chać na Sło­wa­cję, dosłow­nie na jeden dzień, aby zoba­czyć Zamek Oraw­ski. Nigdy wcze­śniej na Sło­wa­cji na byłem, może tyl­ko prze­jaz­dem w dro­dze do Buda­pesz­tu (w 2012). Wte­dy zaświ­ta­ła mi myśl, że sko­ro na Sło­wa­cji jest tyle gór (z Tatra­mi na cze­le), to może trze­ba wła­śnie tam udać się na gór­ską wędrówkę.

Ten plan zre­ali­zo­wa­łem w tym roku – kon­kret­nie posta­no­wi­łem udać się w góry Małej Fatry, ponie­waż to te góry widzia­łem rok temu będąc w Rużom­ber­ku i oko­li­cach. Za bazę obra­łem miej­sco­wość Ter­cho­va, któ­ra jest cen­trum tury­stycz­nym Małej Fatry. Nie­ste­ty spę­dzi­łem tam tyl­ko 2 peł­ne dni, bo przy­je­cha­łem na próbę.

Mała Fatra to teo­re­tycz­nie pasmo gór­skie niż­sze od Beski­du Wyso­kie­go (Żywiec­kie­go), ponie­waż naj­wyż­sza góra – Wiel­ki Kry­wań – jest odro­bi­nę niż­sza od naj­wyż­szej góry Beski­du – Babiej Góry. Jed­nak kra­jo­braz i ukształ­to­wa­nie tere­nu wyglą­da tu zde­cy­do­wa­nie ina­czej. Przede wszyst­kim w BW jest wie­le dłu­gich pasm gór­skich i masy­wów (np. Pasmo Poli­cy, Pasmo Jało­wiec­kie, Masyw Babiej Góry). W Małej Fatrze rzut oka na mapę pozwa­la usta­lić, że tu jest tro­chę ina­czej, ponie­waż jest wie­le szczy­tów koło sie­bie, tzn. wie­le osob­nych gór. Poza tym, moim zda­niem, Mała Fatra jest trud­niej­sza, bo są bar­dzo duże prze­wyż­sze­nia – nawet, jeże­li góry nie są aż tak wyso­kie, to i tak ma się wra­że­nie, że cią­gle jest pod górę.

Doświad­czy­łem tego za każ­dym razem. Pierw­sze­go dnia pod­je­cha­łem do osa­dy Vatra (jest to jeden z tam­tej­szych „kuror­tów” i począ­tek szla­ków tury­stycz­nych); wsze­dłem na połu­dnio­wy groń, a potem szczy­tem gór do schro­ni­ska i w koń­cu do gór­nej sta­cji kolej­ki gon­do­lo­wej. Wej­ście było wyjąt­ko­wo stro­me – wcho­dze­nie było napraw­dę męczą­ce; i to pomi­mo tego, że nie sze­dłem po jakiś ska­łach, tyl­ko po pro­stu w górę hali. 

Odnio­słem wra­że­nie, że góry są tu bar­dziej sko­mer­cja­li­zo­wa­ne. Jest za to na pew­no po czę­ści odpo­wie­dzial­na kolej­ka gon­do­lo­wa; cho­ciaż jest to dro­ga przy­jem­ność, to umoż­li­wia szyb­ki wjazd nie­mal­że na szczyt tłu­mom „tury­stów”.

Dru­gie­go dnia posze­dłem do „Jano­si­ko­wich die­rów”, czy­li „Jano­si­ko­wych dziur” – tro­chę się tu czu­łem jak w doli­nach w jurze kra­kow­sko-czę­sto­chow­skiej, cho­ciaż nie­wąt­pli­wie wąwo­zy w Małej Fatrze są bar­dziej wido­wi­sko­we. Jest to cie­ka­wy szlak, cho­ciaż nie­ste­ty też bar­dzo popu­lar­ny; idzie się po kład­kach, scho­dach, dra­bi­nach, klam­rach wbi­tych w skały.

Nie­wąt­pli­wie jesz­cze w te góry wró­cę, w szcze­gól­no­ści, że nie jest to dale­ko od granicy.

Pszczyna po raz drugi

Zanim napi­szę, dokąd ruszy­łem, gdy opu­ści­łem Zawo­ję, muszę jesz­cze wspo­mnieć o Psz­czy­nie. Psz­czy­nę odwie­dzi­łem po raz pierw­szy już rok temu jadąc do Zawoi, ale mia­łem jed­nak poczu­cie nie­do­sy­tu. Wte­dy była brzyd­ka pogo­da i nie widzia­łem wszystkiego.

Dla­te­go w tym roku tam wró­ci­łem. Tym razem pogo­da była pięk­na. Na ryn­ku odby­wał się jakiś festyn, chy­ba coś pod hasłem poże­gna­nia lata. Nie wcho­dzi­łem ponow­nie do pała­cu. Za to uda­łem się do wiel­kie­go, pięk­ne­go par­ku, któ­ry jest za tym pała­cem poło­żo­ny. Wów­czas go nie odwie­dzi­łem ze wzglę­du na ule­wę. Park jest dosyć dzi­ki, ale bar­dzo ładny.

Ulicz­ki Psz­czy­ny rów­nież lepiej pre­zen­tu­ją się w słoń­cu. Posze­dłem tak­że do Muzeum Pra­sy Ślą­skiej, któ­re pla­no­wa­łem odwie­dzić już od daw­na, ale nie star­cza­ło nigdy cza­su. Spo­dzie­wa­łem się cze­goś tro­chę cie­kaw­sze­go. Ale było war­to mimo wszyst­ko. Bar­dzo podo­bał mi się odtwo­rzo­ny gabi­net W. Kor­fan­te­go. Cie­ka­we były też sta­ro­daw­ne maszy­ny dru­kar­skie, w tym np. lino­typ, któ­ry daw­niej słu­żył do skła­du tekstu.

Beskid Makowski

Beskid Makow­ski znaj­du­je się na pół­noc od Babiej Góry. Już od lat, odkąd jeż­dżę do Zawoi, cią­gnę­ło mnie, żeby do nie­go wstą­pić. Do tej pory się to nie uda­wa­ło – poza oka­zjo­nal­ny­mi wizy­ta­mi w Lanc­ko­ro­nie czy w Kal­wa­rii Zebrzy­dow­skiej, któ­re jak się oka­zu­ją, leżą wła­śnie na skra­ju Beski­du Średniego.

Dzi­siaj wybra­łem się do Mako­wa Pod­ha­lań­skie­go, któ­ry odpy­cha na pierw­szy rzut oka, ale zysku­je przy bliż­szym pozna­niu. Stam­tąd nie ma wiel­kie­go wybo­ru szla­ków – więc musia­łem się zado­wo­lić tym, co było, tj. 3‑godzinną wędrów­ką po naj­bliż­szych oko­li­cach. Nie ukry­wam, że bar­dzo mi się podo­ba­ło. Gór­ki nie są wyso­kie, ale cie­ka­we i malow­ni­cze. Gdy idzie o roślin­ność, to głów­nie jest to regiel dol­ny. Czu­łem się tam tro­chę jak w Beski­dzie Niskim, cho­ciaż rzecz jasna tam cywi­li­za­cji jest znacz­nie mniej.

W Mako­wie nie ma wła­ści­wie nicze­go cie­ka­we­go, ale mia­stecz­ko mimo wszyst­ko wywar­ło na mnie pozy­tyw­ne wra­że­nie. Potem poje­cha­łem do Suchej Beskidz­kiej, w któ­rej byłem już 3 razy i któ­ra raczej mnie rozczarowała.

Do zam­ku suskie­go nie chcia­ło mi się wcho­dzić. Dro­ga do „Czar­ne­go lasu” – zagro­dzo­na jaki­miś robo­ta­mi budow­la­ny­mi. Rynek roz­ko­pa­ny. Karcz­ma „Rzym” przereklamowana.

Okolice Babiej Góry późnym latem

Nie ma wąt­pli­wo­ści, że jesz­cze jest lato; na potwier­dze­nie tego – tem­pe­ra­tu­ry. Jest ponad 20 stop­ni i świe­ci słoń­ce, daw­no nie mia­łem w górach tak pięk­nej pogo­dy. I to pomi­mo tego, że już począ­tek września.

Jestem już 3 dni w Zawoi. Czas spę­dzam aktyw­nie. Cho­dzę po szla­kach, któ­re znam i lubię, cho­ciaż co nie co też odkry­wam. W ponie­dzia­łek było zachmu­rzo­ne, cho­ciaż było cie­pło i nie pada­ło. Wybra­łem się do Pasma Jało­wiec­kie­go, któ­re zwy­kle odwie­dzam na począ­tek. Nie­ste­ty nie mam do nie­go szczę­ścia w tym sen­sie, że zawsze, gdy tam jestem, jest sła­ba widoczność.

Wczo­raj zwie­dzia­łem już masyw Babiej Góry – też tra­są, któ­rą sze­dłem już kil­ka razy. Na samą Babią Górę się nie wybie­ram w tym roku. 

Dzi­siaj odwie­dzi­łem też Mokry Kozub. To nie­wy­so­ka góra strze­gą­ca wej­ścia do Babio­gór­skie­go Par­ku Naro­do­we­go. Na jej szczy­cie znaj­du­je się ład­na łąka. Po dro­dze jest cie­ka­wa ścież­ka dydaktyczna.

Gór­ska łąka w Beski­dzie Żywieckim

Znowu Zawoja

W to pochmur­ne wrze­śnio­we popo­łu­dnie po raz pią­ty (chy­ba, a może szó­sty?) zawi­ta­łem do Zawoi pod Babią Górą. Nie mogę się docze­kać, kie­dy zno­wu zoba­czę szla­ki, któ­re już dobrze znam. Pogo­da była moc­no nostal­gicz­na, ale już od jutra ma być słońce.

Poprzed­nim razem byłem tu rok temu, we wrze­śniu 2022 roku (a mam wra­że­nie, jak­by to było naj­wy­żej mie­siąc temu).

Na skraju jury krakowsko-częstochowskiej

Na zwień­cze­nie mojej wyciecz­ki w góry wybra­łem się na połu­dnio­wy skraj jury kra­kow­sko-czę­sto­chow­skiej, to zna­czy w oko­li­ce pomię­dzy Kra­ko­wem a Olku­szem. Byłem tam już 3 czy 4 raz, ale pozna­łem ją dopie­ro szcząt­ko­wo, a jest tam jesz­cze wie­le do zoba­cze­nia, tak więc z pew­no­ścią jesz­cze tam wrócę.

Jura kra­kow­sko-czę­sto­chow­ska roz­po­czy­na się w Kra­ko­wie w Par­ku Bed­nar­skie­go, a koń­czy się pod Czę­sto­cho­wą. Cho­ciaż jesz­cze pod Wie­lu­niem moż­na zna­leźć hotel „Jura” 🙂

Jadąc w stro­nę jury zaha­czy­łem o Opac­two Bene­dyk­ty­nów Tyniec­kich (nic szczególnego).

Na pół­noc od Kra­ko­wa znaj­du­ją się Dolin­ki Kra­kow­ski. Wra­ca­jąc z Zako­pa­ne­go odwie­dzi­łem więc Doli­nę Będ­kow­ską. Nie­ste­ty widzia­łem tyl­ko nie­wiel­ki jej frag­ment, bo zbli­żał się wie­czór i nie mia­łem zbyt wie­le cza­su. Bar­dzo cie­ka­we było samo doj­ście do Doli­ny – posze­dłem do Doli­ny tro­chę na dzi­ko, idąc po pro­stu ścież­ka­mi wśród pól. Cie­ka­wa jest tak­że Jaski­nia Nie­to­pe­rzo­wa, w któ­rej poprzed­nio byłem 6 latu temu, w 2017 roku.

Dru­gie­go dnia wybra­łem się do Ojcow­skie­go Par­ku Naro­do­we­go, któ­ry roz­po­czą­łem zwie­dzać od stro­ny Cza­jo­wic i Bra­my Kra­kow­skiej. W Par­ku było pięk­nie jak zwy­kle. Pierw­szy raz tak­że posze­dłem do Doli­ny Sąspów­ki, któ­ra jest wyjąt­ko­wo malownicza.

Popo­łu­dniu uda­łem się jesz­cze do Zam­ku Ogro­dzie­niec. Jest to zde­cy­do­wa­nie naj­cie­kaw­szy zamek na Szla­ku Orlich Gniazd.

Tatry

Przed wyjaz­dem stu­dio­wa­łem z uwa­gą przez kil­ka tygo­dni komu­ni­ka­ty tury­stycz­ne TPN zasta­na­wia­jąc się, czy wyjazd w Tatry w maju w ogó­le jest dobrym pomy­słem. Te komu­ni­ka­ty były bowiem napi­sa­ne bar­dzo alar­mi­stycz­nym tonem, a ja nie chciał­bym zostać tury­stą, któ­re­go TOPR musiał­by ścią­gać skąd­kol­wiek. Pomi­mo tego, że mam kil­ku­let­nie doświad­cze­nie w gór­skich wędrów­kach i zawsze sta­ram się dobrze przygotować.

Oka­za­ło się, że moje oba­wy były zde­cy­do­wa­nie nie­po­trzeb­ne. Pla­no­wa­łem głów­nie zwie­dzać Tatry Zachod­nie, gdzie śnieg leży gdzie­nie­gdzie w naj­wyż­szych par­tiach, a o Tatrach Wyso­kich myśla­łem, ale nie wybra­łem się osta­tecz­nie w tę par­tię gór z dwóch powo­dów. Pierw­szym powo­dem była nie­naj­lep­sza pogo­da, czy­li deszcz. Ale był powód dru­gi, bar­dzo pro­za­icz­ny: roz­ko­pa­ne Kuź­ni­ce. Pod­sta­wo­wa baza wypa­do­wa w Tatry Wyso­kie pod­da­wa­na jest wła­śnie wiel­kie­mu remon­to­wi spra­wia­ją­ce­mu, że wła­ści­wie nie da się tam w ogó­le doje­chać (mam na myśli rzecz jasna komu­ni­ka­cję lokal­ną). Prze­ko­na­łem się o tym wra­ca­jąc dru­gie­go dnia ze Ścież­ki Nad Regla­mi, gdy wylą­do­wa­łem w Hote­lu Gór­skim na Kala­tów­kach myśląc o tym, że już za chwi­lę będę jechać do swo­je­go pen­sjo­na­tu. Oka­za­ło się, że to nie­moż­li­we, bo z samych Kuź­nic trze­ba jesz­cze dra­ło­wać kilo­me­try, żeby dojść do cen­trum Zako­pa­ne­go. Zaję­ło mi to dodat­ko­wo ok. 1,5 godziny.

Tak więc skon­cen­tro­wa­łem się na Tatrach Zachod­nich, do któ­rych mam wiel­ki sen­ty­ment, z uwa­gi na moją pierw­szą poważ­ną wyciecz­kę w Tatry kil­ka­na­ście lat temu.

Dolina Kościeliska

Co tu dużo opi­sy­wać. Zaczą­łem zwie­dza­nie od Doli­ny Koście­li­skiej, któ­rą zna każ­dy. Nie zmie­nia to fak­tu, że jest bar­dzo uro­kli­wa. Jed­nak mój ulu­bio­ny frag­ment to wędrów­ka przez Wąwóz Kra­ków. Wcho­dze­nie po dra­bi­nach i wcią­ga­nie się po łań­cu­chach jest zde­cy­do­wa­nie dla mnie!

Dolina Strążyska

Dru­gie­go dnia wybra­łem się sym­pa­tycz­ną tra­są, któ­rą odkry­łem w 2015 roku: Doli­ną Strą­ży­ska, a potem Ścież­ką nad Regla­mi do Hote­lu Gór­skie­go i do Kuź­nic. Nie­ste­ty byli ludzie. Co praw­da w licz­bie ogra­ni­czo­nej, ale jednak.

Doli­na Strą­ży­ska to chy­ba naj­pięk­niej­sza doli­na. Jest krót­ka, ale wąska. Cią­gnie w niej chłód. Koń­czy się pola­ną od pod­nó­ży Giewontu. 

Ścież­ka nad Regla­mi przy­po­mi­na mi czer­wo­ny szlak wiją­cy się wokół Babiej Góry, przy doj­ściu do Schro­ni­ska na Mar­ko­wych Szcza­wi­nach. Idzie się w mia­rę rów­ną dro­gą wzdłuż zbo­cza góry. Bar­dzo cie­ka­wa trasa.

Dolina Chochołowska

Tutaj byłem pierw­szy raz. Pogo­da była nie­cie­ka­wa: cią­gle pada­ło. Ale wybra­łem tę doli­nę ze wzglę­du na to, że jest pra­wie pła­ska. Tak więc wędrów­ka nie jest męczą­ca nawet w desz­czu. Doli­na jest dłu­ga, ale dosyć nud­na. Do tego moc­no skomercjalizowana.

Dopie­ro po ok. 1 godzi­nie wędrów­ki robi się cie­ka­wiej – tam, gdzie koń­czy się asfalt.

Tatry w 2015 roku

Doli­na Kościeliska

Doli­na Strążyska

Doli­na Roztoki

Dro­ga na Halę Gąsienicową

Kilka uwag na temat Zakopanego

Przy­je­cha­łem do Zako­pa­ne­go 3 dni temu. Dzi­siaj nie­ste­ty ma cały dzień padać, mogę więc napi­sać parę słów o tym, jakie to miasto.

No bo jakie jest Pod­ha­le, to już wia­do­mo. Dro­gą S7 jedzie się świet­nie i kra­jo­bra­zy są takie ład­ne, głów­nie z tego wzglę­du, że tego Pod­ha­la nie widać. Bo Pod­ha­le, to gwałt przez oczy, para­fra­zu­jąc Gom­bro­wi­cza. Epi­cen­trum brzy­do­ty jest, jak mi się zda­je, na dro­dze pomię­dzy Nowym Tar­giem a Zako­pa­nym. Tam wszech­obec­na ohy­da osią­ga punkt kry­tycz­ny: wszę­dzie rekla­my, obrzy­dli­we szyl­dy, poty­ka­cze. Cha­os w budow­nic­twie: zda­rza­ją się budyn­ki ład­ne i zadba­ne, ale nie bra­ku­je też ruder, któ­re może nie wyglą­da­ły­by tak szpet­nie, no bo w koń­cu rude­ry zda­rza­ją się wszę­dzie, gdy­by nie to, że te rude­ry są wła­śnie pod­la­ne zatę­chłym lukrem reklam rekla­mu­ją­cych „naj­więk­sze ter­my”, „naj­bar­dziej luk­su­so­we apar­ta­men­ty”, „pre­sti­żo­we hote­le”. To tro­chę tak, jak­by na nodze do ampu­ta­cji zro­bić maki­jaż. Trud­no to wręcz opi­sać słowami.

W Zako­pa­nym ście­ra­ją się dwie siły. Jed­na siła, jak się zda­je repre­zen­to­wa­na przez wła­dze mia­sta, chcia­ła­by, aby mia­sto było kuror­tem, zimo­wą sto­li­cą, sto­li­cą spor­tów zimo­wych, cen­trum kul­tu­ry itp. I to się gdzie­nie­gdzie uda­je: są miej­sca napraw­dę zadba­ne, z rów­ny­mi chod­ni­ka­mi, zie­le­nią, bez nad­mier­nej ilo­ści reklam, z drze­wa­mi, este­tycz­ny­mi miej­ski­mi mebla­mi itp. Zako­pa­ne nie ma potrze­by, żeby odwo­ły­wać się do zagra­nicz­nych kuror­tów, ponie­waż prze­cież zawsze takim kuror­tem było. Śla­dy tego widać w cen­trum Zako­pa­ne­go, gdzie nie bra­ku­je wie­lu przy­kła­dów bar­dzo ład­nej archi­tek­tu­ry moder­ni­stycz­nej, świad­czą­cej o boga­tej histo­rii mia­sta; nie prze­szka­dza, że ta histo­ria nie jest dłu­ga. I wca­le nie wszyst­ko musi być pokry­te „góral­ską pozło­tą” czy­li sty­lem pseu­do-góral­skim. Bo ten moder­nizm bar­dzo har­mo­nij­nie się tu komponuje.

Na prze­ciw­le­głym bie­gu­nie jest góral­ski tur­bo­ka­pi­ta­lizm – czy­li wszyst­ko na sprze­daż. A w pierw­szej kolej­no­ści na sprze­daż jest pod­ha­lań­skie dzie­dzic­two, kul­tu­ra, zwy­cza­je, no i nie­ru­cho­mo­ści. Oczy­wi­ście oso­ba bar­dziej uświa­do­mio­na szyb­ka zda sobie spra­wę, że ten cały góral­ski ento­ura­ge obec­ny na Pod­ha­lu jest wyłącz­nie picem dla tury­stów, bo prze­cież prze­cięt­ny miesz­ka­niec Zako­pa­ne­go nie jeź­dzi furą, nie cho­dzi w bara­nim kożu­chu, nie ma ciu­pa­gi przy pasie i przede wszyst­kim – nie mówi gwa­rą. Pro­blem pole­ga na tym, że te „towa­ry na sprze­daż” są zwy­kle tan­det­ne, w złym guście i nie­rzad­ko „made in Chi­na”. Obec­nie góral­ska tan­de­ta wygry­wa. Naj­bar­dziej widać to chy­ba na Kru­pów­kach, czy­li na naj­waż­niej­szym dep­ta­ku w mie­ście; naj­waż­niej­szym, nie zna­czy naj­pięk­niej­szym. Kru­pów­ki zosta­ły zre­wi­ta­li­zo­wa­ne już lata temu i było­by na nich cał­kiem przy­jem­nie, gdy­by nie­ste­ty nie ten cały góral­ski syf, któ­re­go gru­bą war­stwą są pokry­te. Te wszyst­kie śmier­dzą­ce knaj­py, jazgo­czą­ca muzy­ka, kra­my z dzia­do­stwem, „bia­ły miś”, róż­ne dziw­ne przy­byt­ki nie­li­cu­ją­ce z mia­stem-kuror­tem jak papu­gar­nia, kociar­nia, czy ohyd­ne pseu­do-salo­ny gier. Ład­ne miej­sca są nie­wi­docz­ne spod badzie­wia. Nie­ste­ty tak jest nie tyl­ko na Krupówkach.

W dodat­ku ma się wra­że­nie, że całe Zako­pa­ne jest pod­po­rząd­ko­wa­ne rucho­wi tury­stycz­ne­mu, a jak wia­do­mo, tury­sty­ka w nad­mier­nej ilo­ści zabi­ja mia­sta. Powsta­je cała masa jakiś dziw­nych hote­li, pen­sjo­na­tów, „luk­su­so­wych apar­ta­men­tów” ocie­ka­ją­cych pre­sti­żem, wzbu­dza­ją­cych raczej zaże­no­wa­nie i poli­to­wa­nie. Budu­ją się jakieś budyn­ki wie­lo­ro­dzin­ne, ale z „apar­ta­men­ta­mi inwe­sty­cyj­ny­mi” ze zło­ty­mi klam­ka­mi. Rodzi się pyta­nie: a gdzie budow­nic­two dla zwy­kłych miesz­kań­ców? Są w mie­ście ład­ne budyn­ki wie­lo­ro­dzin­ne, ale wszyst­kie powsta­ły kil­ka dekad temu. A teraz?

No i te wszyst­kie „super­luk­su­so­we” i „super­pre­sti­żo­we” loka­le są w sty­lu pseu­do-góral­skim; czę­sto jesz­cze mają jakieś idio­tycz­ne nazwy. Moim nume­rem jeden jest przy­by­tek o nazwie „Cro­cus”, tzn. „kro­kus”, ale żeby było bar­dziej świa­to­wo, to przez „c”.


Doda­ne 20.05.2023

PS. Jesz­cze jed­na kwe­stia przy­szła mi do gło­wy. Już osiem lat temu zauwa­ży­łem, że noto­rycz­ną prak­ty­ką w zako­piań­skiej komu­ni­ka­cji lokal­nej jest nie­wy­da­wa­nie pasa­że­rom para­go­nów ani bile­tów: tzn. pła­ci się dopie­ro przy wyj­ściu z busa, wszy­scy rusza­ją do wyj­ścia na przy­stan­ku, wszy­scy pła­cą, ale dla nie­po­zna­ki para­gon wyda­wa­ny jest tyl­ko jeden, tj. pierw­sze­mu pła­cą­ce­mu. Jest to ewi­dent­ne oszu­stwo podat­ko­we. Pomi­mo upły­wu lat, nic się nie zmie­ni­ło. Czy napraw­dę nikt z miej­sco­we­go urzę­du skar­bo­we­go nie potra­fi zro­bić z tym porząd­ku? Tym­cza­sem 120 km na pół­noc, w jurze kra­kow­sko-czę­sto­chow­skiej, funk­cjo­nu­je sobie od lat par­king, na któ­rym zawsze się zatrzy­mu­ję. Pro­wa­dzi go pew­na pani, któ­ra praw­do­po­dob­nie udo­stęp­nia tury­stom kawa­łek swo­je­go pola czy łąki do par­ko­wa­nia. Par­king jest tani i każ­dy dosta­je paragon.