Odliczanie

Dokład­nie rok temu, 15 sierp­nia 2017 roku, wędro­wa­łem po Babio­gór­skim Par­ku Naro­do­wym. Byłem zdzi­wio­ny, ile w nim jest ludzi – ale potem uświa­do­mi­łem sobie, że prze­cież było świę­to i dzień wol­ny. W tym roku zno­wu wybie­ram się do Zawoi – odli­czam już dni do wyjazdu.

Na razie musi mi wystar­czyć nasz miej­ski lasek.

Powrót po dłuższej przerwie

Dzi­siaj reak­ty­wo­wa­łem, a wła­ści­wie powi­nie­nem napi­sać «reani­mo­wa­łem» moją stro­nę. To dla­te­go, że od pew­ne­go cza­su mia­łem pro­ble­my tech­nicz­ne i nie za bar­dzo wie­dzia­łem, co z nimi zro­bić. Nie­mniej jed­nak wyda­je się, że teraz będzie lepiej, cho­ciaż pew­ne ele­men­ty mogą nie działać.

Oczy­wi­ście nie ozna­cza to, że teraz rzu­cę się w wir pisa­nia nowych postów, bo po pro­stu nie mam na to cza­su. Ale na nowe zdję­cia zawsze moż­na liczyć 🙂

Beskid Śląski

Daw­no nic na blo­gu nie pisa­łem, bo też nie dzie­je się nic, co war­te było­by opi­sa­nia. Teraz jed­nak posta­no­wi­łem odro­bi­nę odku­rzyć kla­wia­tu­rę ze wzglę­du na waka­cyj­ną wycieczkę.

Porząd­nych waka­cji nie mia­łem w zasa­dzie od dwóch lat – wów­czas byłem na krót­kim wyjeź­dzie w Tatrach. Rok temu nigdzie nie poje­cha­łem, ponie­waż pro­gram szko­le­nia nie prze­wi­dy­wał waka­cji :/ w tym roku jest za to tro­chę lepiej i dla­te­go posta­no­wi­łem poje­chać w góry. Daw­niej jeź­dzi­łem co roku na bar­dzo krót­kie zagra­nicz­ne wyciecz­ki, ale teraz jakoś mnie do zagra­nicz­nych sto­lic nie cią­gnie. Zde­cy­do­wa­nie wolę obec­nie przyrodę 🙂

Wybra­łem Beskid Ślą­ski i czę­ścio­wo tak­że Beskid Żywiec­ki. W Beski­dzie Ślą­skim w zasa­dzie nigdy nie byłem. Jako bazę wyciecz­ki wybra­łem Bren­nę. Jest to mała, nie­zbyt cie­ka­wa wio­cha, roz­cią­gnię­ta na dłu­go­ści bli­sko 10 kilo­me­trów w doli­nie rze­ki Bren­ni­cy. Miej­sco­wo­ści (Wisła, Bren­na, Ustroń) w Beski­dzie Ślą­skim sta­ra­ją się ucho­dzić za „kuror­ty”, ale wycho­dzi im to nie­zbyt dobrze i, nie­chęt­nie to przy­zna­ję, ale poza góra­mi nie­wie­le mają do zaofe­ro­wa­nia. W dodat­ku są dosyć brzyd­kie, brud­ne i zawład­nię­te przez wszel­kiej maści tan­de­tę w sty­lu budek z pla­sty­ko­wy­mi ciu­pa­ga­mi &c. Nie­mniej jed­nak Bren­na, pomi­mo wszyst­kich tych dole­gli­wo­ści, jest świet­nym miej­scem wypa­do­wym na szla­ki tury­stycz­ne w Beski­dzie Ślą­skim. Co wię­cej, pomi­mo tury­stycz­ne­go oblę­że­nia, jakie ma miej­sce w doli­nach (tj. w miej­sco­wo­ściach), na szla­kach jest prak­tycz­nie pusto. Oczy­wi­ście, zda­rza­ją się poje­dyn­czy tury­ści, czy też nie­wiel­kie gru­py, ale nie da się tego porów­nać z tym, co dzie­je się o tej porze roku w Tatrach. A prze­cież poje­cha­łem w sierp­niu! Zary­zy­ku­ję stwier­dze­nie, że na samych szla­kach tury­stycz­nych w Beski­dzie Ślą­skim w sierp­niu jest mniej ludzi niż w Tatrach we wrze­śniu (czy­li w zasa­dzie poza sezo­nem). W dodat­ku ja zwy­kle wycho­dzi­łem w góry dosyć wcze­śnie rano, aby unik­nąć upa­łów, dzię­ki temu czę­sto szczy­ty zdo­by­wa­łem samotnie.

Nie­wąt­pli­wie Beskid Ślą­ski nie jest tak uro­kli­wy jak Tatry, jed­nak spo­kój, jaki tam panu­je, wyna­gra­dza te bra­ki. Sto­ki gór w zde­cy­do­wa­nej czę­ści pokry­te są lasa­mi (co latem daje schro­nie­nie przed słoń­cem). Gór­ki nie są może wyso­kie, ale za to czę­sto stro­me i podej­ście pod nie wca­le nie nale­żą do lek­kich i przy­jem­nych. Ale jeśli się spo­koj­nie idzie pod górę, odpo­czy­wa­jąc co pewien czas, to na pew­no się doj­dzie do celu.

W ten spo­sób ja wsze­dłem na Rów­ni­cę, Błat­nią, Bara­nią Górę i Kotarz. Wszyst­kie te miej­sca są war­te polecenia.

W dal­szej kolej­no­ści poje­cha­łem na skraj Beski­du Żywiec­kie­go, a kon­kret­nie w oko­li­ce Babio­gór­skie­go Par­ku Naro­do­we­go. Tam czu­je się już przed­smak Tatr, ponie­waż masyw Babiej Góry jest zde­cy­do­wa­nie wyż­szy (jest to naj­wyż­szy szczyt Beski­du Żywiec­kie­go, a sam Beskid jest dru­gim naj­wyż­szym pasmem gór­skim po Tatrach). Pierw­sze­go dnia zro­bi­łem sobie dłu­gą okręż­ną wyciecz­kę po Par­ku Naro­do­wym, z wizy­tą w schro­ni­sku, rzecz jasna. Następ­ne­go dnia zdo­by­łem samą Babią Górę (a kon­kret­nie Dia­blak, tj. naj­wyż­szy szczyt w masy­wie Babiej Góry), któ­ra nie była aż tak nie­do­stęp­na, jak przy­pusz­cza­łem. Trze­ba tyl­ko wybrać odpo­wied­nią trasę 🙂

Moją wyciecz­kę koń­czę w Jurze Kra­kow­sko-Czę­sto­chow­skiej, skąd wła­śnie piszę. Tutaj mia­łem nadzie­ję obej­rzeć ruiny śre­dnio­wiecz­nych warow­ni. Dotych­czas odwie­dzi­łem zamek Rabsz­tyn, Ogro­dzie­niec, Smo­leń i Ojców. Naj­bar­dziej wido­wi­sko­wy i naj­lep­szy do zwie­dza­nia jest nie­wąt­pli­wie zamek Ogro­dzie­niec, któ­ry jest zacho­wa­ny w bar­dzo dużej czę­ści, ruiny są nie­sły­cha­nie oka­za­łe i robią duże wra­że­nie. Nie­ste­ty wadą zam­ku jest „pod­zam­cze”, gdzie kosz­mar­na pstro­ka­ci­zna i budy z wszel­kie­go rodza­ju tan­de­tą, para­fra­zu­jąc Gom­bro­wi­cza, gwał­cą przez oczy.

Dzi­siaj nato­miast odwie­dzi­łem Ojcow­ski Park Naro­do­wy. Oka­zu­je się, że Ojców w XX-leciu mię­dzy­wo­jen­nym był mało­pol­skim kuror­tem, czymś w rodza­ju uzdro­wi­ska (pew­nie leczo­no się tam z kra­kow­skie­go smo­gu). Z tego powo­du jest dosyć moc­no sko­mer­cja­li­zo­wa­ny (jak na park naro­do­wy), ale i tak jest wart zobaczenia.

Listopadowy powiew lata

Wyglą­dam teraz za okno i wła­ści­wie nic nie widzę, bo jest taka mgła, że jadąc samo­cho­dem nie wie­dzia­łem, czy to szy­by są tak zapa­ro­wa­ne, czy to przej­rzy­stość powie­trza jest tak niska. Ale to jed­nak atmosfera.

Ale począ­tek tego tygo­dnia był bar­dzo ład­ny i zgod­nie z moim prze­czu­ciem jesz­cze kil­ka razy uda­ło się pojeź­dzić na rowe­rze i nawet zro­bić kil­ka ład­nych zdjęć. Nie wiem jed­nak, czy uda mi się je umie­ścić, bo jest jakiś pro­blem ze stroną.

Rok

Rok temu powró­ci­łem na sta­łe do Kali­sza. Roz­po­czą­łem jed­ną apli­ka­cję i ją rów­nie szyb­ko zakoń­czy­łem, zda­łem masę egza­mi­nów i teraz jestem tu, gdzie jestem. Nie jest źle.

Rok temu była ład­na jesien­na pogo­da jesz­cze w listo­pa­dzie, bo dosko­na­le pamię­tam, że w dniu, w któ­rym roz­po­czą­łem swo­ją nową pra­cę, jeź­dzi­łem jesz­cze na rowe­rze i doje­cha­łem pra­wie do Tro­ja­no­wa. Mam cichą nadzie­ję, że w tym roku też jesz­cze się uda gdzieś na rowe­rze poje­chać, cho­ciaż cie­pło nie jest. Pomi­mo tego jesień lubię.

 

Łódź

Rok temu byłem w Tatrach, a teraz nie­ste­ty waka­cji z praw­dzi­we­go zda­rze­nia nie mia­łem. Zamiast tego mia­łem nie­pla­no­wa­ną tygo­dnio­wą wyciecz­kę do Łodzi. Począt­ko­wo wywar­ła na mnie nega­tyw­ne wra­że­nie, bo miej­sce w któ­rym miesz­ka­łem (ul. Legio­nów), wyglą­da­ła jak kali­ska uli­ca Jabł­kow­skie­go, tyle tyl­ko, że dużo dłuż­sza. Ale po bliż­szym przyj­rze­niu Łódź bar­dzo zyskuje.

 

Człowiek renesansu w serialu

Lecter (Mads Mikkelsen) - człowiek o wielu talentach.
Lec­ter (Mads Mik­kel­sen) – czło­wiek o wie­lu talentach.

Od dłuż­sze­go cza­su nie oglą­da­łem żad­ne­go dobre­go seria­lu ani fil­mu. Nie wiem dla­cze­go, może po pro­stu, gdy skoń­czy­łem stu­dia, to nasta­ła taka posucha 🙂

W sierp­niu roz­po­czą­łem oglą­da­nie „Han­ni­ba­la”. Nie trud­no się domy­ślić, że serial nawią­zu­je do „Mil­cze­nia owiec”, „Han­ni­ba­la” (z Hop­kin­sem) i całej tej fil­mo­wej mena­że­rii, któ­ra jest jakoś tam zwią­za­na z serią ksią­żek (o ile pamię­tam, „Czer­wo­ne­go smo­ka” chy­ba nawet zaczą­łem czy­tać, ale mnie znu­dził). Jeśli wie­rzyć napi­som w fil­mie, to ponoć jest on jakoś z „Czer­wo­nym smo­kiem” zwią­za­ny. Dla osób nie w tema­cie wystar­czy powie­dzieć, że „Han­ni­bal” (imię) rymu­je się z „kani­bal” – więc już wia­do­mo, o co chodzi.

Wypro­du­ko­wa­no trzy sezo­ny seria­lu, każ­dy po trzy­na­ście odcin­ków, i o ile sły­sza­łem, wię­cej już chy­ba nie będzie. Głów­nym atu­tem fil­mu jest Mads Mik­kel­sen, czy­li świet­ny duń­ski aktor. Pasu­je do fabu­ły cał­kiem nie­źle, bo i sam tytu­ły boha­ter jest posta­cią dosyć egzo­tycz­ną. Otóż, jak dowia­du­je­my się już w trze­cim sezo­nie, co wyni­ka tak­że z powie­ści, sam Han­ni­bal Lec­ter nie jest Ame­ry­ka­ni­nem, tyl­ko Euro­pej­czy­kiem (chy­ba Litwi­nem) – co uwia­ry­gad­nia jego nie do koń­ca ame­ry­kań­ski akcent. Sam Lec­ter jest leka­rzem i, co by nie mówić, czło­wie­kem rene­san­su: malu­je, rysu­je, kom­po­nu­je, gotu­je… Jed­nym sło­wem – cho­dzą­cy ide­ał, z jed­nym małym wyjąt­kiem, czy­li skłon­no­ścią do mordowania.

Skłon­no­ści do mor­do­wa­nia tytu­ło­we­go boha­te­ra moż­na się z resz­tą domy­ślać od same­go począt­ku, cho­ciaż nie jest to poda­ne widzom wprost na tacy. Musi minąć kil­ka odcin­ków, nim widzo­wie prze­ko­na­ją się o tym na pewno.

Pierw­sze dwa sezo­ny są cie­ka­we i trzy­ma­ją­ce – w mia­rę – w napię­ciu. Nie patrzy się przy nich tak na zega­rek, jak przy „Detek­ty­wie”. Nato­miast sezon trze­ci to jest tra­ge­dia. Utkną­łem chy­ba na pią­tym odcin­ku i jak na razie nie jestem w sta­nie zebrać się, by obej­rzeć dal­szy ciąg.

Film jest bar­dzo pla­stycz­ny, z cie­ka­wą sce­no­gra­fią i rekwi­zy­ta­mi. Widać, że sce­na­rzy­stom nie bra­ko­wa­ło pomy­słów 🙂 Dla mnie dener­wu­ją­ce są wizje głów­ne­go boha­te­ra, któ­re są moc­no kiczo­wa­te. Kicz jest obec­ny w wie­lu ame­ry­kań­skich filmach.

War­to obej­rzeć tak­że film dema­sku­ją­cy sztucz­ki ope­ra­tor­skie twór­ców seria­lu.