Jak Bitwę pod Grunwaldem Matejki w Lublinie ukrywano.
Powyżej link do ciekawego artykułu znalezionego w internecie; w końcu dziś 15 lipca…

wycieczki, krajobrazy, zdjęcia i inne głupoty
Jak Bitwę pod Grunwaldem Matejki w Lublinie ukrywano.
Powyżej link do ciekawego artykułu znalezionego w internecie; w końcu dziś 15 lipca…
Dzisiaj spędziłem miły dzień w Mikorzynie koło Kępna, a jak wróciłem, okazało się, że zostałem zakwalifikowany do przyjęcia na Uniwersytet Wrocławski. Teraz „wystarczy” wysłać dokumenty. Jednakże moim „pierwszym wyborem” jest UAM, a wyniki z Poznania będą znane dopiero w poniedziałek.
Jakoś radzę sobie z tą całą uniwersytecką papierologią, ale nie jest to takie proste…
Jest parę aktualnych spraw, które wypadałoby podjąć; a teraz właśnie znalazłem czas, by to zrobić. Wcześniej nie było za bardzo kiedy, bo przecież miałem w domu remont. A poza tym rozpoczął się już lipiec.
Wczoraj oficjalnie ogłoszono, że nowym prezydentem RP został Bronisław Komorowski. Od początku był faworytem sondaży, zwyciężył również w pierwszej turze, wskazywały na niego exit polls, ale różnica z pozostałymi oponentami była niewielka, więc nie można było być pewnym. Teraz Sąd Najwyższy ma 30 dni na uznanie ważności elekcji.
Nie ma co ukrywać, że jest to kandydat na którego głosowałem w obu turach (głosowałem po raz pierwszy!). Przy pierwszej turze zastanawiałem się nad innymi kandydatami, z kolei w drugiej nie było już zupełnie innej opcji. W mojej klasie padały opinie, że nie jest to kandydat jakiś zbyt dobry (choć na pewno z Kaczyńskim nie ma go co nawet porównywać), bo jedyną jego zasługą było bycie internowanym w stanie wojennym. Ja osobiście się z tym nie zgadzam: jest to człowiek z poczuciem humoru, „stabilny”, stanowczy, wyważony, umiejący podejść z rezerwą do różnych zagadnień; dlatego jestem przekonany, że będzie to dobry prezydent.
Są dziesiątki powodów, dla których nie zagłosowałbym na kandydata PiSu, ale wystarczy podać jeden. Jak można zagłosować na człowieka, w którego partii są ksenofobi i antysemici?…
Gdybym ja był prezydentem (pomażę sobie) lub pełnił inną ważną funkcję, pierwsze do czego bym dążył, to: likwidacja KRUSu (który jest głęboko niesprawiedliwy), wprowadzenia podatków liniowych, likwidacji obowiązkowych składek zdrowotnych i emerytalnych, zwiększenia nakładów na kulturę (0,6% PKB to wynik żałosny).
Jeśli chodzi o frekwencję, wyniosła ona nieco powyżej 50%. Żenujące.
30 czerwca był sądny dzień o którym pisałem wcześniej. Wtedy także ja przekonałem się o tym, jak poszły mi egzaminy pisemne. Jest dobrze, ale rewelacji nie ma. Świetnie poszła mi matma (94% !) i angielski; historia nieźle, choć myślałem, że będzie lepiej; nie jestem zadowolony z polskiego. Zawsze ten przedmiot szedł mi dobrze, miałem dobre oceny, z pisaniem wypracowań nigdy nie miałem problemów, a na rozszerzeniu zdobyłem tylko 60% punktów – nie jest to wynik dla mnie satysfakcjonujący, ale mówi się trudno. Ogólnie polski poszedł gorzej. Nie wiem, czemu. Może nie wstrzeliłem się w klucz…
Jestem już zarejestrowany na 4 uniwersytetach; za parę dni pierwsze wyniki naborów.
Wakacje dla mnie de facto trwają już ponad 2 miesiące; zostały jeszcze prawie 3. W sumie na razie cały czas siedzę w domu. Na początku sierpnia jadę w Bieszczady. Nie mogę się już doczekać…
Ależ gorąco! Zarówno na dworze, jak i w środku. A jutro będzie jeszcze cieplej; jutro będzie sądny dzień – wyniki egzaminu maturalnego 2010. Od samego rana z radia, telewizji i prasy będziemy mieli do czynienia z zastępami wszelakich ekspertów i „ekspertów”, którzy mają pełne garście świetnych pomysłów, z wprowadzeniem płatnych studiów włącznie.
Matury oczywiście są już od miesiąca sprawdzone, ale CKE musi te wszystkie dane zanalizować, przetrawić, wymalować piękne wykresiki i tabelki, policzyć staniny i jeszcze zastanowić się, jak wyniki zaaplikować opinii publicznej. Ja dochodzę do wniosku, że nie ma to większego znaczenia: i tak, i tak będzie źle. Jeśli pójdzie zbyt dobrze, zaraz będziemy słuchali, jaka to matura prosta, banalna, jaki to poziom niski i jaka ta młodzież niedobra. A jeśli pójdzie źle, będzie „katastrofa narodowa” (ogłoszona pół roku temu przez szowinistów z „Rz”), brak przyszłości, młodzież zła i okropna, niedobra i w ogóle się nie uczy. Jednym słowem czeka nas ciężki dzień; w języku historii literatury nazywa się to „wina tragiczna” – hamartia.
Chciałbym, żeby poszło mi dobrze (a któż by nie chciał), ale nigdy nie można być pewnym wyniku. Chociaż ja w tej chwili nie jestem nawet pewien tego o której godzinie dies irae nastąpi.
A poza tym byłem dzisiaj po raz pierwszy na wycieczce rowerowej w Gołuchowie.
Dopisane po chwilce
A oto, jakie rewelacje dot. niedzielnych wyborów, głosi ojciec i dyrektor w jednym jedynej słusznej stacji, przywódca kościoła toruńsko-katolickiego:
- Pamiętajcie, najbliższa niedziela jest bardzo ważna. I wszyscy ludzie, także na tych terenach powodziowych, kochani musimy się zmobilizować, bo to jest walka o Polskę! – wzywał redemptorysta. – Wszystkie wioski, zmobilizować się. Niech nam i ta powódź wiele powie ostatnia, i niech nam powie ta tragedia narodowa pod lasem katyńskim ostatnio. Zobaczcie, kto to zrobił, kto do tego doprowadził.
(cyt. za Głos Rydzyka)
Czegoś tak obrzydliwego chyba jeszcze tam nie było.
Można więc dodać, że sądny dzień będzie także w nadchodzącą niedzielę, w dzień wyborów prezydenckich.
Oficjalnie rozpoczęły się już wakacje. To znaczy dla całej reszty, bo ja je mam już od dwóch miesięcy. Tak więc – wielkiej zmiany nie odczułem i nie odczuję w najbliższym czasie.
W ramach rekreacji wakacyjnej odbyłem wczoraj i dziś dwie milusie wycieczki rowerowe o dokładnie tych samych trasach. zdjęcia
Dokładnie tydzień temu miała swoją kulminację wielka feta zorganizowana z okazji 1850-lecia Kalisza – „18,5 wieku Calisii” – tak to mnie więcej nazwano. Obchody tego niezwykłego jubileuszu trwają cały rok, ale teraz z okazji dni Kalisza, podkreślone były w sposób szczególny.
Tydzień temu ulicami Kalisza przeszła wielka parada Rzymian i barbarzyńców mająca upamiętnić antyczne korzenie miasta. Wzięli w niej udział członkowie grup rekonstrukcyjnych z Kalisz, okolic i miast partnerskich (z Wielkiej Brytanii, Słowacji…). Było na co popatrzeć.
| zdjęcia |
|
Wydaje mi się, że Kalisz znalazł całkiem ciekawy sposób na promocję miasta. Oczywiście pojawiają się głosy krytyki, jak choćby artykuł, który ukazał się niedawno w „Polityce”. Jak widać, oni [czyli układ 😉 ] dobrze pilnują, by przypadkiem Kalisz nie stał się zbyt prężny…
Fakt faktem, że w naszym mieście wiele jednak trzeba jeszcze zmienić, jak choćby dworzec kolejowy, który jest esencją brudu i smrodu, a jednocześnie był wizytówką Kalisza dla tych, którzy przyjechali do niego pociągiem.
Kalisz 18,5 – informacje o obchodach roku jubileuszowego, kalendarium wydarzeń &c&c.
Stary Kalisz – fenomenalna strona poświęcona historii Kalisza zawierająca ciekawe artykuły, archiwalne zdjęcia, stare mapy i wiele innych…
Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle. Niestety moja praca jest zawieszona do odwołania z powodu nadmiaru rąk do pracy i niedobory samej pracy jako takiej. Ale przynajmniej będę miał trochę odpoczynku.
Jeśli chodzi o samą pracę, to pierwsze dwa dni były bardzo ciężkie. To znaczy straszliwe zmęczenie przychodziło dopiero po powrocie do domu. Natomiast trzeciego dnia nie było już źle. Dzisiaj było normalnie, ale dzisiaj był też ostatni (przynajmniej jak na razie) dzień pracy…
Wreszcie znalazłem satysfakcjonującą mnie pracę. Jest ona może dosyć ciężka (ogrodnictwo), ale nie wymaga raczej zbyt wielkiego wysiłku intelektualnego i nie jest stresująca. Przynajmniej tym się nie muszę teraz martwić.
Ten post powinien był znaleźć się na stronie już wcześniej, ale nie był dokończony. Teraz też nie jest, bo nie dodałem jeszcze wszystkich cytatów…
Niedawno skończyłem czytać świetną książkę autorstwa Güntera Grassa pt „Blaszany bębenek”. O czym ona jest, nie da się napisać w dwóch zdaniach. Jest bowiem historią wybitnej jednostki, która sama decyduje o tym, co zrobi, czy podda się losowi, czy też się mu sprzeciwi. Powieść jest bardzo kontrowersyjna. W posłowiu można przeczytać:
(…) „Blaszany bębenek” (…) jest niebezpieczny. Dla wszystkich, którzy swoje przyzwyczajenia biorą za kulturę, jest nawet nie do przyjęcia. Dla wszystkich, którzy patriotyzm kojarzą z patosem, jest obrazą. Dla ludzi poważnych, którzy nie uznają katharsis, jaką przynosi szlachetna zabawa ideami i ludźmi, jest błazeństwem. Dla wesołków, którzy świat traktują jako jarmark uciechy, jest tragicznym ponuractwem.
(Roman Bratny)
Tą jednostką jest Oskar (o niejasnej narodowości) , który w wieku trzech lat zadecydował, że nie będzie dalej rosnąć. Jego atrybutem jest blaszany bębenek kupiony w sklepie z zabawkami, którym nieustannie wybija jakiś rytm. Może to być coś do tańca, coś do wiecu lub coś, co przywołuje dawne wspomnienia.
odwiedzinyRaz w tygodniu moją ciszę wplecioną między metalowe pręty przerywa dzień odwiedzin. Wtedy przychodzą ci, którzy chcą mnie uratować, których bawi to, że mnie kochają, którzy chcieliby we mnie cenić, szanować i poznawać siebie. Jacy są ślepi, nerwowi, jacy niewychowani. Nożyczkami do paznokci kaleczą biało lakierowaną kratę łóżka (…). Mój adwokat za każdym razem, ledwie wrzaśnie na cały pokój swoje „halo”, wciska nylonowy kapelusz na lewy słupek w nogach łóżka. Przez całą wizytę – a adwokaci potrafią długo gadać – tym aktem przemocy pozbawia mnie równowagi i pogody ducha. (…)
Gdy już goście złożą przyniesione prezenty na białym, pokrytym ceratą stoliku akwarelą z zawilcami, gdy już im się uda przedstawić mi podejmowane właśnie lub zamierzony próby ocalenia i przekonać mnie, którego niestrudzenie pragną ocalić, o wysokim standardzie swojej miłości bliźniego, znów znajdują przyjemność we własnej egzystencji i odchodzą.
spisywanie wspomnieńMożna rozpocząć historię od środka i przerzucając się śmiało to naprzód, to wstecz, narobić zamieszania. Można zagrać na nowoczesność, przekreślić wszystkie czasy i odległości, a następnie oznajmić lub sprawić, by oznajmili to inni, że wreszcie, w ostatniej chwili, rozwiązało się problem przestrzeni i czasu. Można również stwierdzić na samym początku, że w obecnej dobie napisanie powieści jest niepodobieństwem, potem jednak, niejaki za swoimi plecami, przedłożyć znakomite czytadło, aby w rezultacie uchodzić za ostatniego z powieściopisarzy, któremu jeszcze się udało. Słyszałem też, że to dobrze i skromnie brzmi, kiedy na wstępie zapewnia się uroczyście: Nie ma już powieściowych bohaterów, bo nie ma już indywidualistów, bo indywidualność zginęła, bo człowiek jest samotny, bez prawa do indywidualnej samotności, i tworzy bezimienną i abohaterską masę. (…) Co do mnie, Oskara, i mojego pielęgniarza Bruna, chciałbym jednak stwierdzić: Obaj jesteśmy bohaterami, on z jednej, ja z drugiej strony judasza (…).
wielka wojnaRoman powinien był właściwie zacząć się już przy wspólnym oglądaniu albumów ze znaczkami, przy sprawdzaniu, głowa przy głowie, ząbkowań szczególnie cennych egzemplarzy. Zaczął się jednak abo wybuchł dopiero, gdy Jana powołano na czwartą komisję. Mama odprowadziła go, bo i tak musiała iść do miasta, pod komendę rejonową, czekała tam koło budki (…) i podzielała przekonanie Jana, że tym razem będzie musiał pojechać do Francji, aby wykurować zapadniętą klatkę piersiową w zasobnym w żelazo i ołów powietrzu tego kraju. (…)
Gdy po niespełna godzinie z głównego wejścia komendy rejonowej wysunął się wezwany po raz czwarty na komisję chłopina, (…) wyszeptał tak wówczas popularny wierszyk: „Nie ta krzepa, nie ten wzrok, zobaczymy się za rok” (…).
narodzeniePrzyszedłem na świat pod dwoma sześćdziesięcioświecowymi żarówkami. Toteż jeszcze dziś tekst biblijny „Nieh się stanie światłość. I stała się światłość” – robi na mnie wrażenie najbardziej udanego sloganu reklamowego firmy Osram. (…)
Powiem od razu: Należałem do owych przenikliwych niemowląt, których rozwój duchowy jest w chwili narodzin zakończony i w przyszłości musi już tylko się potwierdzać. Podobnie jak w stanie embrionalnym nie ulegając wpływom byłem posłuszny jedynie samemu sobie i przeglądając się w wodach płodowych nabierałem szacunku do siebie, tak teraz wsłuchiwałem się krytycznie w pierwsze spontaniczne wypowiedzi rodziców pod żarówkami. Miałem wyczulone ucho (…). Wszystko, co pochwyciłem owym uchem, oceniałem natychmiast maleńkim mózgiem i po rozważeniu tego, co usłyszałem, postanawiałem to i owo przyjąć – tamto zdecydowanie odrzucić.
Niechęć do dorastaniaMali i wielcy ludzie, Mały i Wielki Bełt, małe i wielkie abecadło, mały Jaś i Karol Wielki, Dawid i Goliat, liliput i gwardyjska miara; pozostałem trzylatkiem, karłem, Tomciem Paluchem, pozostałem brzdącem, który nie rośnie, aby uniknąć takich rozróżnień jak mały i duży katechizm, aby mierząc metr siedemdziesiąt dwa (…) nie musiał terkotać kasą, trzymałem się blaszanego bębenka i od moich trzecich urodzin nie urosłem ani na palec, pozostałem trzylatkiem, ale i mędrcem, nad którym górowali wszyscy dorośli i który na swój sposób miał górować nad dorosłymi; który nie chciał swojego cienia mierzyć z ich cieniem; który wewnętrznie i zewnętrznie był całkowi cie ukształtowany, podczas gdy tamci do późnej starości baj durzyli o rozwoju; który się potwierdzał, co tamci przyjmowali do wiadomo ści z wielkim trudem i nieraz bólem; który nie musiał z roku na rok nosić coraz większych butów i spodni, byle dowieść, że coś rośnie.
A przy tym, i tutaj również Oskarowi muszę przypisać rozwój, rzeczywiście coś rosło – i to nie zawsze z korzyścią dla mnie – i osiągnęło wreszcie mesjaniczną wielkość; ale któż z dorosłych za moich czasów zwracał uwagą na nieodmiennie trzyletniego bębnistę Oskara?
Wyprowadzanie na spacerCzy było nas ośmioro, czy dwanaścioro, musieliśmy iść w zaprzęgu. Ów zaprzęg składał się z jasnoniebieskiej, zrobionej na drutach, imitującej dyszel linki. Z obu stron tego wełnianego dyszla znajdowało się po sześć wełnianych uprzęży łącznie dla dwanaściorga bachorów. Co dziesięć centymetrów wisiał dzwonek. Przed ciocią Kauer, która trzymała lejce, truchtaliśmy jesiennymi przedmiejskimi ulicami podzwaniając, trajkocząc, a ja bębniąc raz za razem. Co jakiś czas ciotka Kauer intonowała „Jezu, dla Ciebie żyję, dla Ciebie umieram” albo: „Bądź pozdrowiona, gwiazdo morska” (…)
Trybuny od tyłuWidzieliście państwo już kiedyś trybunę z tyłu? moim zdaniem, wszystkich ludzi, zanim zgromadzi się ich przed trybuną, należałoby zaznajomić z widokiem trybuny od tyłu. Kto raz przyjrzy się trybunie od tyłu, dobrze się przyjrzy, ten będzie od tej chwili naznaczony, a tym samym uodporniony na wszelkiego rodzaju czary, które w tej czy innej formie odprawia się na trybunach. Podobną rzecz można powiedzieć o widzianych od tyłu kościelnych ołtarzach; ale to już całkiem inna sprawa.
ChrzcinyPotem proboszcz dmuchnął mi trzy razy w twarz, co miało przepędzić szatana we mnie, potem znak krzyża, położenie ręki, posypanie solą i jeszcze raz coś przeciwko szatanowi. (…) Następnie chciał jeszcze raz usłyszeć rzecz wyraźnie i głośno, spytał: – Wyrzekasz się szatana? I wszystkich dzieł jego? I wszystkiej pychy jego? (…)
Proboszcz Wiehnke, chociaż nie zdołał popsuć moich stosunków z szatanem, namaścił mnie na piersi i pomiędzy barkami (…). [potem] spytałem szatana w sobie: „Dobrze znieśliśmy to wszystko?” Szatan podskoczył i szepnął: „Widziałeś witraże Oskar? Całe ze szkła, całe ze szkła!”.
Dziś, czy jutro zaczynają się mistrzostwa świata w piłce nożnej. Jedyne, co w nich ciekawego to to, że odbywają się w Republice Południowej Afryki, która jeszcze do niedawna walczyła z Apartheidem. Gratulacje!
Całe szczęście, że naszych tam nie ma, nie będzie trzeba oglądać ich żałosnych wyczynów. Ja nie cierpię piłki nożnej, więc może jestem „naładowany złą energią”, ale ze stwierdzeniem zawartym w zdaniu wcześniejszym, zgodzi się chyba większość osób. Niestety, jest to przypadek beznadziejny.
A ja dzisiaj przeglądałem archiwalne wpisy z blogu Daniela Passenta i natrafiłem na te z 2006 roku, gdy mistrzostwa były w Niemczech. Jak widać, publicysta „Polityki” każdą kwestię potrafi doskonale spuentować, nie gorszy jest i w sporcie:
Dookoła nich [piłkarzy reprezentacji] zgromadzone są ogromne pieniądze, o które grają, udając, że cierpią za ojczyznę. Kiedy tysiące kibiców na trybunach, będąc często w stanie wskazującym na użycie, realizują receptę Giertycha (więcej hymnu!), piłkarze myślą wręcz przeciwnie – żeby rodzimy klub sprzedał ich za granicę, bo tam lepiej płacą. Choćby na Ukrainę, której piłkarze dostali po 350 tys. dolarów na główkę.
Do tego wszystkiego dorobiona jest legenda i teoria. Legenda, że Albert Camus powiedział: „Wszystko, co wiem o moralności, wiem z piłki nożnej”. Legenda, że skoro kibicami są Tadeusz Konwicki i Gustaw Holoubek, to musi to być sport dżentelmenów. Teoria, że sport to szkoła charakterów. Że piłka łączy ludzi i narody, że system 4−4−2 jest lepszy od systemu 3−4−3, i że 15 lat temu na stadionie w Lyonie wygraliśmy o włos, a w Hamburgu byliśmy o włos od zwycięstwa. Całkowicie niepotrzebne wiadomości, którymi przeciążone są niezbyt pojemne mózgi kibiców i komentatorów. Do tego dochodzą epokowe odkrycia, w rodzaju: „Piłka jest okrągła, a bramki są dwie”, albo „Tak się gra, jak przeciwnik pozwala”.
Doskonałe. Jak zwykle.
Wszelakie media mają taką dużą wadę, że jak się uczepią jakiegoś tematu, to nie odpuszczą, dopóki nie przewałkują go na wszystkie strony. Po 10 kwietnia od rana do nocy w telewizji, radiu i internecie było to samo. Podobnie jest teraz, ale tematem miesiąca została powódź. Rzeczywiście była ona dosyć niespodziewana, a o jej rozmiarach świadczy również to, że mówiono o niej w mediach nie tylko krajowych, ale i światowych.
Po katastrofie prezydenckiego samolotu w pewnym toruńsko-katolickim radiu zaczęły się pojawiać informacje, że mgła unosząca się nad lotniskiem była sztucznie wytworzona przez tajemniczych osobników. Teraz osoby związane – jakby nie było – z tym kręgiem, raczą nas jeszcze ciekawszymi informacjami, a raczej domysłami, że i powódź została wywołana celowo. Informuje o tym „Gazeta”. Oto, co mówią ojcowie paulini z Częstochowy:
Z wielu rejonów Polski, a zwłaszcza z miejsc na terenach dotkniętych w ostatnim okresie ulewnymi deszczami i burzami, otrzymujemy od licznych osób niepokojące sygnały. Według tych – pokrywających się ze sobą informacji – wszystkie one mówią o pojawianiu się co pewien czas samolotów pozostawiających za sobą dziwne smugi na niebie. Według naocznych świadków samoloty te widoczne były w tych rejonach polskiej przestrzeni powietrznej, w których – wkrótce po ich przelocie – powstawały niespodziewanie potężne chmury deszczowe i niebawem występowały nadzwyczaj obfite opady
Więcej… http://wyborcza.pl/1,75248,7975444,Pytania_z_Jasnej_Gory__Czy_powodzie_w_Polsce_powoduja.html#ixzz0pyh6aO5R
Żałosne.
Jeśli chodzi o powódź, to jej skutki są widoczne również w Kaliszu.

A teraz coś ciekawszego. Tydzień temu byłem na wycieczce rowerowej – dojechałem aż do Rososzycy. Muszę się pochwalić, że jeżdżę coraz dalej. W Rososzycy jest ciekawy kościół oraz resztki folwarku.
Już jestem po maturze. Z angielskiego ustnego mam 19⁄20 pkt. Teraz czekam na wyniki, a to dopiero w końcu czerwca.