Film, książka i koncert

Rok zakoń­czy­łem kul­tu­ral­nie, kul­tu­ral­nie mogę więc go też zacząć.

Nie­bez­piecz­na metoda

(1) Po pierw­sze w śro­dę byłem na fil­mie „Nie­bez­piecz­na meto­da”. Nie wiem, co mam o nim napi­sać, bo recen­zje ma śred­nio pochleb­ne – mnie jed­nak się podo­bał; było to dobrze zain­we­sto­wa­ne 15 zł, tym bar­dziej, że pro­jek­cja odby­ła się w kinie stu­dyj­nym, z sze­ścio­ma inny­mi oso­ba­mi na widow­ni. Tro­chę mnie to dzi­wi­ło: nie jest to może film kaso­wy, ze wzglę­du na tema­ty­kę (wyma­ga deli­kat­ne­go wysi­le­nia mózgow­ni­cy, nie ma tu nie­bie­skich stwo­rów ani kosmo­su); akto­rzy, któ­rzy w nim zagra­li, to jed­nak nie tru­pa pro­win­cjo­nal­ne­go teatru: Keira Kni­gh­tley, Vig­go Mor­ten­sen. A jed­nak film prze­szedł zupeł­nie bez echa, choć jego zwia­stun widzia­łem już ze trzy mie­sią­ce temu.

Film opo­wia­da o trzech oso­bach: Freu­dzie, Jun­gu i jesz­cze jakieś pan­nie Spiel­re­in, któ­ra naj­pierw jest pacjent­ką tego dru­gie­go, a potem sama sta­je się leka­rzem. Gdy­by ktoś chciał dowie­dzieć się cze­goś o psy­cho­ana­li­zie, to się raczej zawie­dzie, bo infor­ma­cje przed­sta­wio­ne w fil­mie są raczej szcząt­ko­we; co gor­sza – auto­rzy nawią­zu­ją do kon­flik­tu pomię­dzy Jun­giem i Freu­dem, ale wła­ści­wie nie wia­do­mo skąd on się wziął. Dla mnie – dogma­tycz­ne spo­ry przed­sta­wio­ne w fil­mie były męt­ne i nie­zro­zu­mia­łe. Dener­wu­ją­ce są też prze­sko­ki cza­so­we w akcji.

Za to Keira Kni­gh­tley (zna­na choć­by z wyjąt­ko­wo sła­bej ekra­ni­za­cji „Dumy i uprze­dze­nia”) świet­nie – w moim odczu­ciu – gra oso­bę cho­rą psy­chicz­nie; ata­ki histe­rii w jej wyko­na­niu są wyjąt­ko­wo wiarygodne.

Umber­to Eco – „Cmen­tarz w Pradze”

(2) W pew­nej mie­rze wią­że się to z dru­gą rze­czą, o któ­rej chcia­łem napi­sać: tj. o książ­ce Umber­to Eco „Cmen­tarz w Pra­dze”. Podob­no recen­zje nie zawsze były na jej temat pochleb­ne, ale nie wiem, bo ich nie czy­ta­łem, bo po co się zra­żać; tak czy owak Eco pozo­sta­je dla mnie zna­ko­mi­tym pisa­rzem, choć może z jego ksią­żek bije lek­kie zadęcie.

Opo­wieść jest dosyć nie­kon­wen­cjo­nal­na i mogę to stwier­dzić, choć nie prze­czy­ta­łem jesz­cze 200 stron. Jak na razie – mamy tu trzech nar­ra­to­rów i dla każ­de­go jest prze­wi­dzia­na inna czcion­ka. Przy­znam, że począt­ko­wo myśla­łem, że jest to błąd skła­du. Głów­nym boha­te­rem jest fał­szerz doku­men­tów Simo­ni­ni, o dosyć dziw­nych poglą­dach, choć nie zawsze moż­na to zro­zu­mieć, bo wyma­ga to choć­by jakiejś zna­jo­mo­ści histo­rii Włoch. Sam się w tym tro­chę gubię. I to jest chy­ba sła­bość ksią­żek Eco; wyda­je się, że chwi­la­mi jest w nich za dużo „eru­dy­cyj­no­ści”, co zwy­kle jest dobre, ale nie w książ­kach dla zwy­kłe­go zja­da­cze chle­ba. Tak czy owak, czy­ta się dobrze, choć nie ukry­wam – nie wszyst­ko jest zro­zu­mia­łe. Jed­nak, gdy czy­ta­łem „Imię róży”, mia­łem takie samo wrażenie.

Moim zda­niem, książ­ka war­ta jest pole­ce­nia. Dla zachę­ty – jak fał­szerz opi­su­je swo­ją profesję:

— Nie zro­zum mnie źle, dro­gi Simo­ne – tłu­ma­czył zwra­ca­jąc się już do nie­go per ty. – Ja nie spo­rzą­dzam doku­men­tów fał­szy­wych, lecz kopie doku­men­tów auten­tycz­nych, któ­re zgi­nę­ły lub któ­re przez pro­sty przy­pa­dek nigdy nie powsta­ły, ale któ­re mogły i powin­ny były powstać.

(3) I jesz­cze coś z zupeł­nie innej becz­ki. Wczo­raj byłem na kon­cer­cie nowo­rocz­nym w Fil­har­mo­nii Kali­skiej. Było jesz­cze wię­cej atrak­cji niż zwy­kle, w tym oczy­wi­ście „Marsz Radeckiego”.

J. Strauss – Uwer­tu­ra do ope­ry ” Zemsta nietoperza”
A. Dvo­rak – 4 tań­ce słowiańskie
M. Ravel – Tzigane
J. Strauss – Czar­dasz z ope­ry „Rit­ter Pasman”
J. Brahms – 3 tań­ce węgierskie
P. Sara­sa­te – Melo­die cygańskie

Drzewo o niczym

W ostat­niej „Poli­ty­ce” moż­na prze­czy­tać o tym, że film „Drze­wo życia” został uzna­ny jako naj­pierw­szo­rzęd­niej­szy. Szko­da tyl­ko, że nie wia­do­mo, czy jest to pierw­szy – w sen­sie naj­lep­szy fil­my, czy pierw­szy – w sen­sie nalep­szy od koń­ca, czy­li naj­gor­szy film mija­ją­ce­go roku. Tak się skła­da, że jakiś czas temu mia­łem oka­zję go obej­rzeć, więc skła­niam się raczej ku tej dru­giej opinii.

Film jest istot­nie pięk­ny, zdję­cia są – wspa­nia­łe. Pięk­ne zdję­cia, nie­zła muzy­ka. Szko­da tyl­ko, że jest to film zupeł­nie o niczym. Gniot strasz­ny. Bez żad­nej fabu­ły, bez akcji, bez dia­lo­gów. Nie moż­na nawet powie­dzieć, że jest to „glę­dze­nie o niczym”, bo tam nikt zupeł­nie nie glę­dzi. Coś strasz­ne­go. Dwie godzi­ny sie­dzia­łem przed ekra­nem z nie­usta­ją­cą nadzie­ją, że akcja jakoś się roz­krę­ci. Lubię fil­my egzy­sten­cjal­ne, ale takie, z któ­rych coś wyni­ka. A tu – zupeł­nie nie wia­do­mo, co powie­dzieć. Począ­tek jest intry­gu­ją­cy, ale dalej jest coraz gorzej. W fil­mie przed­sta­wio­no – nie wia­do­mo po kie­go grzy­ba – jakieś reak­cje che­micz­ne, zdję­cia kosmo­su etc.; było­by to ład­ne, to praw­da, ale przez minu­tę-dwie. A nie przez minut dwa­dzie­ścia. Z wci­śnię­ty­mi na siłę zdję­cia­mi dino­zau­rów. Żenujące.

Oto, co moż­na prze­czy­tać w inter­ne­cie na forach dyskusyjnych:

To fatal­ny gniot, a nie arcy­dzie­ło. O ile w sto­sun­ku do fil­mu moż­na użyć okre­śle­nia „gra­fo­ma­nia”, to do tego „cze­goś” pasu­je ono idealnie.
(…) „Drze­wo życia” to pseu­do­ar­ty­stycz­ny gniot, uda­ją­cy że ma coś waż­ne­go do powie­dze­nia, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści nie mówi zupeł­nie nic. W pocię­tych, poszat­ko­wa­nych uję­ciach dosta­je­my pomie­sza­nie roz­pa­czy mat­ki po zmar­łym synu, wspo­mnień z dzie­ciń­stwa bra­ta zmar­łe­go (sta­no­wią­cych zle­pek wsze­la­kich moż­li­wych bana­łów, jakie w kinie powie­dzia­no na temat rodzi­ny), wizji – nie wia­do­mo czy prze­ży­wa­nych we śnie, czy w trak­cie modli­twy – i scen będą­cych nie­udol­nym naśla­dow­nic­twem fil­mów w rodza­ju „Koy­aani­sqat­si” czy „Home” (a cały film wygla­da na nie­udol­ną pró­bę naśla­do­wa­nia „Mr Nobo­dy”). To wszyst­ko pod­la­ne pada­ją­cy­mi z offu pate­tycz­ny­mi wypo­wie­dzia­mi kie­ro­wa­ny­mi do Boga i nie­zno­śnie iry­tu­ją­cą muzy­ką (któ­ra w zało­że­niu mia­ła chy­ba być pod­nio­sła i uro­czy­sta, ale wyszła wła­śnie iry­tu­ją­ca). Pomię­dzy poszcze­gól­ny­mi sce­na­mi fil­mu nagmin­nie nad­uży­wa­ne są też wyciem­nie­nia, mają­ce chy­ba zaak­cen­to­wać to, jak bar­dzo nic nie wyni­ka ze sce­ny, któ­ra wła­śnie się zakoń­czy­ła, i dać widzo­wi chwi­lę cza­su na zasta­no­wie­nie, dla­cze­go on wła­ści­wie jesz­cze to oglą­da… Wysie­dze­nie dwóch godzin z hakiem na tym „czymś” to napraw­dę wiel­ki wysiłek.

Oce­na na Film­we­bie: 5,8 – jed­nym sło­wem – dno.

Kino i teatr

O ile pamię­tam, wspo­mnia­łem coś ostat­nio o nie­zbęd­nym dla każ­de­go pro­ce­sie odcha­mia­nia. To zna­czy – nie­zbęd­nej koniecz­no­ści obco­wa­nia – od cza­su do cza­su – z kul­tu­rą, na tym ziem­skim pado­le 🙂 W tym roku aka­de­mic­kim byłem się odcha­mić jak dotąd dwa razy: w paź­dzier­ni­ku byłem na fil­mie „Habe­mus Papam”, a zale­d­wie trzy dni temu na bale­cie „Romeo i Julia”. Poza tym czy­tam prze­cież jesz­cze książ­ki i słu­cham dobrej muzy­ki, ale nie wiem, czy to wystar­czy do zeskro­ba­nia cham­stwa powsze­dnie­go. By usu­nąć grub­szą war­stwę potrzeb­na jest tera­pia szo­ko­wa – np. balet albo ope­ra (nawet teatr dra­ma­tycz­ny to chy­ba za mało) 🙂

Na począt­ku – o tym pierw­szym – fil­mie „Habe­mus Papam” w reży­se­rii wło­skie­go reży­se­ra Nan­nie­go Moret­tie­go. Mamy tam też pol­ską repre­zen­ta­cję w oso­bie Jerze­go Stuhra.

To dru­gi film tego reży­se­ra, któ­ry widzia­łem (pierw­szym był „Pokój syna”) i jak zwy­kle reży­ser ten, gra wła­ści­wie w swo­im fil­mie głów­ną rolę. Co wię­cej, jak w poprzed­nim fil­mie, gra tu oso­bę okre­ślo­nej pro­fe­sji – psy­cho­ana­li­ty­ka, i to naj­lep­sze­go. Freud pew­nie by się tu popa­stwił nad skry­wa­ny­mi marzeniami.

Podob­no sam reży­ser jest woju­ją­cym i zatwar­dzia­łem ate­istą, więc gdy zro­bił film o jądrze Kościo­ła Kato­lic­kie­go, od razu eta­to­wi krzy­ka­cze zro­bi­li raban, że na pew­no jest zły i anty­kle­ry­kal­ny. Nic bar­dziej myl­ne­go! Kościół być może jest tutaj poka­za­ny po tro­sze w krzy­wym zwier­cia­dle, ale na pew­no jest to wizja dosyć przy­chyl­na, ale może też tro­chę pobłaż­li­wa. Obraz opo­wia­da bowiem o nie­szczę­snym kar­dy­na­le, któ­ry wbrew wła­snej woli został wybra­ny na papie­ża i pod naci­skiem „opi­nii kar­dy­nal­skiej” zgo­dził się przy­jąć urząd. A potem wpadł w głę­bo­ką depre­sję, na co rzecz­nik Sto­li­cy Apo­stol­skiej – gra­ny przez J. Stuh­ra – posta­no­wił wezwać psy­cho­ana­li­ty­ka. War­to zobaczyć.

Po dru­gie – „Romeo i Julia” w Ope­rze w Pozna­niu. Sytu­acja jest pew­nie taka, jak w przy­pad­ku „Tosci”, gdy pierw­szy raz byłem w ope­rze. Gdy­bym oglą­dał to w tele­wi­zor­ni albo na DVD, wynu­dził­bym się pew­nie okrop­nie. Jed­nak na żywo – jest to świet­ne wido­wi­sko, nawet gdy sie­dzi się na jaskółkach.

Balet jest dosyć naiw­ny pod wzglę­dem prze­ka­zu, takie przy­naj­mniej odnio­słem wra­że­nie. Jest jed­nak bar­dzo suge­styw­ny, więc nawet, jeśli ktoś o nie­szczę­śli­wych kochan­kach nigdy nie sły­szał, to i tak domy­śli się, o co cała afe­ra. Muzy­ka świet­na (i na pew­no lżej­sza, bo bar­dziej współ­cze­sna). Z tego bale­tu pocho­dzi dosko­na­le zna­ny „Taniec rycer­ski”. Szko­da tyl­ko, że sce­no­gra­fia była raczej rozczarowująca.

Koncert noworoczny

W pią­tek byłem na fan­ta­stycz­nym kon­cer­cie w Fil­har­mo­nii Kali­skiej. Na wzór orkie­stry wie­deń­skiej, FK pod batu­tą Ada­ma Kloc­ka zapre­zen­to­wa­ła bar­dzo przy­jem­ny, miły dla ucha i dosyć lek­ki reper­tu­ar. Zna­ko­mi­ta zaba­wa była zapew­nio­na; na dowód tego – sala była pełna.

Enny KIM – sopran 
Orkie­stra Sym­fo­nicz­na Fil­har­mo­nii Kaliskiej
Adam KLOCEK – dyrygent


w pro­gra­mie:
Carl Maria von Weber – Zapro­sze­nie do tańca
Gio­ac­chi­no Ros­si­ni – Uwer­tu­ra, „Una voce, poco fa” z ope­ry „Cyru­lik Sewilski”
Èmi­le Wald­teu­fel – Walc „Espa­ňa”
Gia­co­mo Puc­ci­ni – „O mio bab­bi­no caro” z ope­ry „Gian­ni Schicchi”
Pie­tro Masca­gni – „Inter­mez­zo Sin­fo­ni­co” z ope­ry „Cava­le­ria Rusticana”
Geo­r­ges Bizet – „Ara­go­na­ise” z ope­ry „Car­men” 
Leroy Ander­son – Serenata
Johann Strauß – Walc „Gdzie kwit­ną cytryny”
Enri­co Tosel­li – Serenade
Ernst Fischer – Südlich der Alpen
Gio­ac­chi­no Ros­si­ni – La Danza
Johann Strauß – Walc „Róże Południa”
Giu­sep­pe Ver­di – „Brin­di­si” z ope­ry „La Traviata”

Publicz­no­ści się podo­ba­ło, bo zagra­no aż 3 bisy, w tym Marsz Radec­kie­go Strau­ßa. W prze­rwie, dla słu­cha­czy prze­wi­dzia­no szam­pa­na. War­to było pójść!

Oratorium noworoczne

W fer­wo­rze róż­nych nowo­rocz­nych spraw zapo­mniał­bym napi­sać o czymś bar­dzo waż­nym! W pią­tek byłem na fan­ta­stycz­nym kon­cer­cie w wyko­na­niu Wro­cław­skiej Orkie­stry Baro­ko­wej, Chó­ru Fil­har­mo­nii Wro­cław­skiej i czte­rech solistów.

Anna Miko­łaj­czyk – sopran
Ewa Mar­ci­niec – alt
Mar­cus Ull­mann – tenor
Jaro­sław Bręk – bas
Chór Fil­har­mo­nii im. Witol­da Luto­sław­skie­go we Wrocławiu

Wro­cław­ska Orkie­stra Barokowa
Jaro­sław Thiel – dyrygent

w pro­gra­mie:
J.S. Bach – Ora­to­rium na Boże Narodzenie 

Kon­cert był dłu­gi – trwał od 20.30 do 23.00 i skła­dał się z czte­rech kan­tat – po jed­nej na każ­dy dzień Świąt. Było warto.


Kla­we­syn Wro­cław­skiej Orkie­stry Barokowej

Kryminał po szwedzku

Wła­śnie skoń­czy­łem czy­tać try­lo­gię Stie­ga Lars­so­na „Milen­nium”. Saga jest napraw­dę war­ta prze­czy­ta­nia; jest to z pew­no­ścią jed­na z naj­lep­szych ksią­żek, jakie prze­czy­ta­łem. Trud­no jest się od nie ode­rwać, co poświad­cza wie­le osób. Jest bar­dzo nowo­cze­sna (choć­by ze wzglę­du na uży­wa­ny język), co nie każ­de­mu może się spodo­bać; nie trze­ba być jed­nak miło­śni­kiem kry­mi­na­łów, żeby ją „pochło­nąć” bez pro­ble­mów i zaprzy­jaź­nić się z jej boha­te­ra­mi. God­na uwa­gi jest rów­nież ekra­ni­za­cja z Noomi Rapa­ce w roli głów­nej. Film jest dłu­gi i w mia­rę wier­nie odda­je cha­rak­ter powie­ści. Poza tym… jest to naresz­cie coś nie po angiel­sku (przy­jem­nie moż­na ode­tchnąć od napa­stu­ją­ce­go nas ze wszyst­kich stron języ­ka Sha­ke­spe­are­’a) i roz­gry­wa­ją­ce­go się nie w Ame­ry­ce, ale w Szwe­cji. Nie każ­dy musi być fanem Skan­dy­na­wii, ale dla mnie była to na przy­kład miła odmia­na. Oka­zu­je się, że Sta­ny Zjed­no­czo­ne nie są jedy­nym pań­stwem w któ­rym pro­du­ku­je się fil­my – w dodat­ku bar­dzo dobre.

Wra­ca­jąc do książ­ki – jej autor bez ogró­dek i w spo­sób bar­dzo dosad­ny pisze o spra­wach współ­cze­sne­go świa­ta, w tym moral­no­ści. W głów­nym boha­te­rze moż­na upa­try­wać same­go auto­ra, któ­ry – nim napi­sał książ­kę – był dzien­ni­ka­rzem z bar­dzo sztyw­ny­mi, ale jasny­mi zasa­da­mi. Po sło­wach nar­ra­to­ra moż­na też domy­ślić się zda­nia auto­ra na róż­ne tema­ty – w tym poli­tycz­ne. War­to dodać, że Stieg Lars­son zaj­mo­wał się dzia­łal­no­ścią anty­fa­szy­stow­ską, a w książ­ce nie raz wspo­mi­na o „patrze­niu pra­wi­cy na ręce”.

Trzy cegły spod pió­ra szwedz­kie­go auto­ra czy­ta się doskonale.

Koncert

Wczo­raj byłem w Fil­har­mo­nii Kali­skiej na świet­nym – jak zwy­kle – kon­cer­cie. Gości­li na nim dwa muzy­cy z Nie­miec: dyry­gent, któ­ry cały czas pro­wa­dził orkie­strę i pia­nist­ka, któ­ra bra­wu­ro­wo wyko­na­ła utwór Liszta.

Judith MOSCH – fortepian
Vol­ker SCHMIDT-GERTENBACH – dyrygent

w pro­gra­mie:
F. Schu­bert – Uwer­tu­ra ROSAMUNDA
F. Liszt – Kon­cert for­te­pia­no­wy Es-dur
J. Brahms – II Sym­fo­nia D‑dur op. 73

Wystawa starodruków

Jesień jesie­nią, ale nie samą pogo­dą żyje czło­wiek. Wczo­raj byłem pierw­szy raz w Czy­tel­ni Ogól­nej Biblio­te­ki Uni­wer­sy­tec­kiej. O ile obsłu­ga Wypo­ży­czal­ni może być na począt­ku odro­bi­nę skom­pli­ko­wa­na, o tyle, korzy­sta­nie z Czy­tel­ni wyma­ga znacz­nie więk­szej ilo­ści fine­zji. Tym bar­dziej, że w biblio­te­ce jest teraz remont i potę­gu­je to jesz­cze uczu­cie zagu­bie­nia u osób odwie­dza­ją­cych Ją pierw­szy raz.

Po względ­nym ujarz­mie­niu Czy­tel­ni posze­dłem na wysta­wę, o któ­rej dowie­dzia­łem się przypadkowo:

ZAPRASZAMY NA WYSTAWĘ
w ramach „Tygo­dnia wło­skie­go w Poznaniu”
pt.
ITALICA Z POZNAŃSKICH BIBLIOTEKARCHIWÓW

Eks­po­zy­cja skła­da się z impo­nu­ją­ce­go zbio­ru inku­na­bu­łów i sta­ro­dru­ków. Wstęp wol­ny – war­to zobaczyć.

Absolutna prostota pokrętności Paragrafu 22. A także trochę z krajowego bagienka

Parę spraw, o któ­rych chcę wspomnieć:

Dopi­sa­ne później
(0) Pie­niac­two Kaczyń­skie­go robi się nud­ne. „Jeże­li Komo­row­ski usu­nie krzyż, będzie jak Napie­ral­ski lub Zapa­te­ro” – mówi. Nie­któ­rzy nie rozu­mie­ją, że Pałac Pre­zy­denc­ki, to 1° nie Gol­go­ta 2°  sie­dzi­ba gło­wy pań­stwa. Jeśli krzyż nie będzie usu­nię­ty, to co? będzie­my aż do koń­ca świa­ta pie­lę­gno­wać swo­je rany, co by się przy­pad­kiem za bar­dzo nie zago­iły? Tak wła­śnie postę­pu­ją pisow­cy. Przy­dał­by się nam jakiś Gom­bro­wicz, któ­ry by to traf­nie jakoś sfor­mu­ło­wał.… Ale ci har­ce­rze nawa­ży­li piwa…

- Jeże­li pre­zy­dent Komo­row­ski usu­nie krzyż, któ­ry stoi przed Pała­cem, to moż­na powie­dzieć, że będzie zupeł­nie jasne kim jest i po któ­rej jest stro­nie w róż­ne­go rodza­ju spo­rach doty­czą­cych pol­skiej histo­rii i pol­skich powią­zań – powie­dział Kaczyń­ski na kon­fe­ren­cji pra­so­wej w Warszawie.

Wię­cej… http://wyborcza.pl/1,75248,8145699,Kaczynski__Jezeli_Komorowski_usunie_krzyz__bedzie.html#ixzz0tqLF2ymx

Jed­nym sło­wem dowie­my się, gdzie stoi ZOMO, a gdzie stoi pre­zes. Ależ to żało­sne. Za to Radio Mary­ja jest jak zwy­kle nie­za­wod­ne. Spór bowiem doty­czy tak­że kwia­tów przy­no­szo­nych pod Pałac.

- Pew­ne­go wie­czo­ra przy­nio­słem tu bukiet żół­tych tuli­pa­nów. Gdy przy­sze­dłem rano następ­ne­go dnia, kwia­tów już nie było. Usu­wa­ją je słu­gu­sy Gron­kie­wicz-Waltz – Żydów­ki. Liczą na to, że praw­dzi­wi Pola­cy zapo­mną o mor­dzie nasze­go pol­skie­go pre­zy­den­ta Lecha Kaczyńskiego

Wię­cej… http://wyborcza.pl/1,94898,8143869,Chodnik_przed_Palacem_Prezydenckim_to_nie_cmentarz.html#ixzz0tqMj7SJm

No tak; praw­dzi­wi Pola­cy wie­dzą, gdzie stoi ZOMO.

(1) Pogo­da. Jestem zda­nia, że nad pogo­dą nie ma się co roz­tkli­wiać, bo jest taka, jaka jest. Nie zmie­nia to fak­tu, że poświę­cam jej dosyć zna­czą­cą pozy­cję w moim blo­gu 🙂 Ogól­nie, to ostat­nio było gorą­co; nie szło wytrzy­mać. Dzi­siaj jest tro­chę lepiej, a nie­bo jest zachmurzone.

(2) Stu­dia. We wto­rek byłem zło­żyć doku­men­ty na Wydzia­le Pra­wa Uni­wer­sy­te­tu Wro­cław­skie­go. Tam bowiem został zakwa­li­fi­ko­wa­ny. Zakwa­li­fi­ko­wa­łem się rów­nież do Łodzi, ale tam się nie wybie­ram ze wzglę­du na nie­zbyt pochleb­ne opi­nie. Poza tym – nie ma się co cza­ro­wać, w Łodzi jest bród i smród.

Cały czas liczę, że dosta­nę się do Pozna­nia w dru­gim nabo­rze; zabra­kło mi tyl­ko 0,3 punk­ta (szczę­ście mam tak samo „świet­ne” jak na olimpiadzie).

(3) Książ­ka. Ostat­nio prze­czy­ta­łem dwie pozy­cje. Pierw­sza z nich to „Emma” Jane Austen, któ­rą prze­czy­ta­łem w ory­gi­na­le. Oczy­wi­ście było wie­le słów, któ­rych nie rozu­mia­łem, ale nie prze­szka­dza­ło to…

A przed chwi­lą skoń­czy­łem czy­tać bar­dzo cie­ka­wą powieść Jose­pha Hel­le­ra „Para­graf 22” poka­zu­ją­cą II woj­nę świa­to­wą od stro­ny ame­ry­kań­skich lot­ni­ków. Zasad­ni­czo w książ­ce uka­za­no całą insty­tu­cję armii, jako jeden wiel­ki dom wariatów.

Był więc tyl­ko jeden kru­czek – para­graf 22 – któ­ry stwier­dzał, że tro­ska o życie w obli­czu real­ne­go i bez­po­śred­nie­go zagro­że­nia jest dowo­dem zdro­wia psy­chicz­ne­go. Orr był waria­tem i mógł być zwol­nio­ny z lotów. Wystar­czy­ło, żeby o to popro­sił, ale gdy­by to zro­bił, nie był­by waria­tem i musiał­by latać nadal. Orr był­by waria­tem, gdy­by chciał latać dalej, i był­by nor­mal­ny, gdy­by nie chciał, ale będąc nor­mal­ny musiał­by latać. Sko­ro latał, był waria­tem i mógł nie latać; ale gdy­by nie chciał latać, był­by nor­mal­ny i musiał­by latać.”

I jesz­cze akcent polski:

Gene­ral Dre­edle prze­niósł nie­ży­cio­we­go dowód­cę myśliw­ców na Wyspy Salo­mo­na do kopa­nia gro­bów, wyzna­cza­jąc na jego miej­sce zgrzy­bia­łe­go puł­kow­ni­ka z zapa­le­niem sta­wów i sła­bo­ścią do chiń­skich orze­chów, któ­ry przed­sta­wił Mila gene­ra­ło­wi od bom­bow­ców B‑17, mają­ce­mu sła­bość do pol­skiej kiełbasy.

- Pol­ska kieł­ba­sa jest tania jak barszcz w Kra­ko­wie – poin­for­mo­wał go Milo.

- Ach, pol­ska kieł­ba­sa – wes­tchnął tęsk­nie gene­rał. – Wie­cie, że oddał­bym wszyst­ko za kawał pol­skiej kieł­ba­sy. Wszystko.

- Nie musi pan odda­wać wszyst­kie­go. Niech mi pan odda do dys­po­zy­cji po jed­nym samo­lo­cie na każ­dą sto­łów­kę, z pilo­ta­mi, któ­rzy będą wyko­ny­wać moje pole­ce­nia. Oraz nie­wiel­ki zada­tek akon­to zamó­wie­nia, jako dowód zaufania.

- Ale Kra­ków leży o set­ki mil za linią fron­tu. Jak się dosta­nie­cie do tej kiełbasy?

- W Gene­wie jest mię­dzy­na­ro­do­wa gieł­da na pol­ską kieł­ba­sę. Zawio­zę po pro­stu do Szwaj­ca­rii fistasz­ki i wymie­nię je na pol­ską kieł­ba­sę po cenach ryn­ko­wych. Oni prze­rzu­cą fistasz­ki do Kra­ko­wa, a ja przy­wio­zę panu pol­ską kieł­ba­sę. Za pośred­nic­twem syn­dy­ka­tu kupi pan tyle kieł­ba­sy, ile pan zechce”.

A po co komu wysoki wzrost

Ten post powi­nien był zna­leźć się na stro­nie już wcze­śniej, ale nie był dokoń­czo­ny. Teraz też nie jest, bo nie doda­łem jesz­cze wszyst­kich cytatów…

Nie­daw­no skoń­czy­łem czy­tać świet­ną książ­kę autor­stwa Gün­te­ra Gras­sa pt „Bla­sza­ny bębe­nek”. O czym ona jest, nie da się napi­sać w dwóch zda­niach. Jest bowiem histo­rią wybit­nej jed­nost­ki, któ­ra sama decy­du­je o tym, co zro­bi, czy pod­da się loso­wi, czy też się mu sprze­ci­wi. Powieść jest bar­dzo kon­tro­wer­syj­na. W posło­wiu moż­na przeczytać:

(…) „Bla­sza­ny bębe­nek” (…) jest nie­bez­piecz­ny. Dla wszyst­kich, któ­rzy swo­je przy­zwy­cza­je­nia bio­rą za kul­tu­rę, jest nawet nie do przy­ję­cia. Dla wszyst­kich, któ­rzy patrio­tyzm koja­rzą z pato­sem, jest obra­zą. Dla ludzi poważ­nych, któ­rzy nie uzna­ją kathar­sis, jaką przy­no­si szla­chet­na zaba­wa ide­ami i ludź­mi, jest bła­zeń­stwem. Dla wesoł­ków, któ­rzy świat trak­tu­ją jako jar­mark ucie­chy, jest tra­gicz­nym ponuractwem.

(Roman Brat­ny)

Tą jed­nost­ką jest Oskar (o nie­ja­snej naro­do­wo­ści) , któ­ry w wie­ku trzech lat zade­cy­do­wał, że nie będzie dalej rosnąć. Jego atry­bu­tem jest bla­sza­ny bębe­nek kupio­ny w skle­pie z zabaw­ka­mi, któ­rym nie­ustan­nie wybi­ja jakiś rytm. Może to być coś do tań­ca, coś do wie­cu lub coś, co przy­wo­łu­je daw­ne wspomnienia.

odwie­dzi­nyRaz w tygo­dniu moją ciszę wple­cio­ną mię­dzy meta­lo­we prę­ty prze­ry­wa dzień odwie­dzin. Wte­dy przy­cho­dzą ci, któ­rzy chcą mnie ura­to­wać, któ­rych bawi to, że mnie kocha­ją, któ­rzy chcie­li­by we mnie cenić, sza­no­wać i pozna­wać sie­bie. Jacy są śle­pi, ner­wo­wi, jacy nie­wy­cho­wa­ni. Nożycz­ka­mi do paznok­ci kale­czą bia­ło lakie­ro­wa­ną kra­tę łóż­ka (…). Mój adwo­kat za każ­dym razem, led­wie wrza­śnie na cały pokój swo­je „halo”, wci­ska nylo­no­wy kape­lusz na lewy słu­pek w nogach łóż­ka. Przez całą wizy­tę – a adwo­ka­ci potra­fią dłu­go gadać – tym aktem prze­mo­cy pozba­wia mnie rów­no­wa­gi i pogo­dy ducha. (…)

Gdy już goście zło­żą przy­nie­sio­ne pre­zen­ty na bia­łym, pokry­tym cera­tą sto­li­ku akwa­re­lą z zawil­ca­mi, gdy już im się uda przed­sta­wić mi podej­mo­wa­ne wła­śnie lub zamie­rzo­ny pró­by oca­le­nia i prze­ko­nać mnie, któ­re­go nie­stru­dze­nie pra­gną oca­lić, o wyso­kim stan­dar­dzie swo­jej miło­ści bliź­nie­go, znów znaj­du­ją przy­jem­ność we wła­snej egzy­sten­cji i odchodzą.


spi­sy­wa­nie wspo­mnieńMoż­na roz­po­cząć histo­rię od środ­ka i prze­rzu­ca­jąc się śmia­ło to naprzód, to wstecz, naro­bić zamie­sza­nia. Moż­na zagrać na nowo­cze­sność, prze­kre­ślić wszyst­kie cza­sy i odle­gło­ści, a następ­nie oznaj­mić lub spra­wić, by oznaj­mi­li to inni, że wresz­cie, w ostat­niej chwi­li, roz­wią­za­ło się pro­blem prze­strze­ni i cza­su. Moż­na rów­nież stwier­dzić na samym począt­ku, że w obec­nej dobie napi­sa­nie powie­ści jest nie­po­do­bień­stwem, potem jed­nak, nie­ja­ki za swo­imi ple­ca­mi, przed­ło­żyć zna­ko­mi­te czy­ta­dło, aby w rezul­ta­cie ucho­dzić za ostat­nie­go z powie­ścio­pi­sa­rzy, któ­re­mu jesz­cze się uda­ło. Sły­sza­łem też, że to dobrze i skrom­nie brzmi, kie­dy na wstę­pie zapew­nia się uro­czy­ście: Nie ma już powie­ścio­wych boha­te­rów, bo nie ma już indy­wi­du­ali­stów, bo indy­wi­du­al­ność zgi­nę­ła, bo czło­wiek jest samot­ny, bez pra­wa do indy­wi­du­al­nej samot­no­ści, i two­rzy bez­i­mien­ną i abo­ha­ter­ską masę. (…) Co do mnie, Oska­ra, i moje­go pie­lę­gnia­rza Bru­na, chciał­bym jed­nak stwier­dzić: Obaj jeste­śmy boha­te­ra­mi, on z jed­nej, ja z dru­giej stro­ny judasza (…).


wiel­ka woj­naRoman powi­nien był wła­ści­wie zacząć się już przy wspól­nym oglą­da­niu albu­mów ze znacz­ka­mi, przy spraw­dza­niu, gło­wa przy gło­wie, ząb­ko­wań szcze­gól­nie cen­nych egzem­pla­rzy. Zaczął się jed­nak abo wybuchł dopie­ro, gdy Jana powo­ła­no na czwar­tą komi­sję. Mama odpro­wa­dzi­ła go, bo i tak musia­ła iść do mia­sta, pod komen­dę rejo­no­wą, cze­ka­ła tam koło bud­ki (…) i podzie­la­ła prze­ko­na­nie Jana, że tym razem będzie musiał poje­chać do Fran­cji, aby wyku­ro­wać zapad­nię­tą klat­kę pier­sio­wą w zasob­nym w żela­zo i ołów powie­trzu tego kra­ju. (…)

Gdy po nie­speł­na godzi­nie z głów­ne­go wej­ścia komen­dy rejo­no­wej wysu­nął się wezwa­ny po raz czwar­ty na komi­sję chło­pi­na, (…) wyszep­tał tak wów­czas popu­lar­ny wier­szyk: „Nie ta krze­pa, nie ten wzrok, zoba­czy­my się za rok” (…).


naro­dze­niePrzy­sze­dłem na świat pod dwo­ma sześć­dzie­się­cio­świe­co­wy­mi żarów­ka­mi. Toteż jesz­cze dziś tekst biblij­ny „Nieh się sta­nie świa­tłość. I sta­ła się świa­tłość” – robi na mnie wra­że­nie naj­bar­dziej uda­ne­go slo­ga­nu rekla­mo­we­go fir­my Osram. (…)

Powiem od razu: Nale­ża­łem do owych prze­ni­kli­wych nie­mow­ląt, któ­rych roz­wój ducho­wy jest w chwi­li naro­dzin zakoń­czo­ny i w przy­szło­ści musi już tyl­ko się potwier­dzać. Podob­nie jak w sta­nie embrio­nal­nym nie ule­ga­jąc wpły­wom byłem posłusz­ny jedy­nie same­mu sobie i prze­glą­da­jąc się w wodach pło­do­wych nabie­ra­łem sza­cun­ku do sie­bie, tak teraz wsłu­chi­wa­łem się kry­tycz­nie w pierw­sze spon­ta­nicz­ne wypo­wie­dzi rodzi­ców pod żarów­ka­mi. Mia­łem wyczu­lo­ne ucho (…). Wszyst­ko, co pochwy­ci­łem owym uchem, oce­nia­łem natych­miast maleń­kim mózgiem i po roz­wa­że­niu tego, co usły­sza­łem, posta­na­wia­łem to i owo przy­jąć – tam­to zde­cy­do­wa­nie odrzucić.


Nie­chęć do dora­sta­niaMali i wiel­cy ludzie, Mały i Wiel­ki Bełt, małe i wiel­kie abe­ca­dło, mały Jaś i Karol Wiel­ki, Dawid i Goliat, lili­put i gwar­dyj­ska mia­ra; pozo­sta­łem trzy­lat­kiem, kar­łem, Tom­ciem Palu­chem, pozo­sta­łem brzdą­cem, któ­ry nie rośnie, aby unik­nąć takich roz­róż­nień jak mały i duży kate­chizm, aby mie­rząc metr sie­dem­dzie­siąt dwa (…) nie musiał ter­ko­tać kasą, trzy­ma­łem się bla­sza­ne­go bęben­ka i od moich trze­cich uro­dzin nie uro­słem ani na palec, pozo­sta­łem trzy­lat­kiem, ale i mędr­cem, nad któ­rym góro­wa­li wszy­scy doro­śli i któ­ry na swój spo­sób miał góro­wać nad doro­sły­mi; któ­ry nie chciał swo­je­go cie­nia mie­rzyć z ich cie­niem; któ­ry wewnętrz­nie i zewnętrz­nie był cał­ko­wi cie ukształ­to­wa­ny, pod­czas gdy tam­ci do póź­nej sta­ro­ści baj durzy­li o roz­wo­ju; któ­ry się potwier­dzał, co tam­ci przyj­mo­wa­li do wia­do­mo ści z wiel­kim tru­dem i nie­raz bólem; któ­ry nie musiał z roku na rok nosić coraz więk­szych butów i spodni, byle dowieść, że coś rośnie.

A przy tym, i tutaj rów­nież Oska­ro­wi muszę przy­pi­sać roz­wój, rze­czy­wi­ście coś rosło – i to nie zawsze z korzy­ścią dla mnie – i osią­gnę­ło wresz­cie mesja­nicz­ną wiel­kość; ale któż z doro­słych za moich cza­sów zwra­cał uwa­gą na nie­odmien­nie trzy­let­nie­go bęb­ni­stę Oskara?


Wypro­wa­dza­nie na spa­cerCzy było nas ośmio­ro, czy dwa­na­ścio­ro, musie­li­śmy iść w zaprzę­gu. Ów zaprzęg skła­dał się z jasno­nie­bie­skiej, zro­bio­nej na dru­tach, imi­tu­ją­cej dyszel lin­ki. Z obu stron tego weł­nia­ne­go dysz­la znaj­do­wa­ło się po sześć weł­nia­nych uprzę­ży łącz­nie dla dwa­na­ścior­ga bacho­rów. Co dzie­sięć cen­ty­me­trów wisiał dzwo­nek. Przed cio­cią Kau­er, któ­ra trzy­ma­ła lej­ce, truch­ta­li­śmy jesien­ny­mi przed­miej­ski­mi uli­ca­mi podzwa­nia­jąc, traj­ko­cząc, a ja bęb­niąc raz za razem. Co jakiś czas ciot­ka Kau­er into­no­wa­ła „Jezu, dla Cie­bie żyję, dla Cie­bie umie­ram” albo: „Bądź pozdro­wio­na, gwiaz­do morska” (…)


Try­bu­ny od tyłuWidzie­li­ście pań­stwo już kie­dyś try­bu­nę z tyłu? moim zda­niem, wszyst­kich ludzi, zanim zgro­ma­dzi się ich przed try­bu­ną, nale­ża­ło­by zazna­jo­mić z wido­kiem try­bu­ny od tyłu. Kto raz przyj­rzy się try­bu­nie od tyłu, dobrze się przyj­rzy, ten będzie od tej chwi­li nazna­czo­ny, a tym samym uod­por­nio­ny na wszel­kie­go rodza­ju cza­ry, któ­re w tej czy innej for­mie odpra­wia się na try­bu­nach. Podob­ną rzecz moż­na powie­dzieć o widzia­nych od tyłu kościel­nych ołta­rzach; ale to już cał­kiem inna sprawa.


Chrzci­nyPotem pro­boszcz dmuch­nął mi trzy razy w twarz, co mia­ło prze­pę­dzić sza­ta­na we mnie, potem znak krzy­ża, poło­że­nie ręki, posy­pa­nie solą i jesz­cze raz coś prze­ciw­ko sza­ta­no­wi. (…) Następ­nie chciał jesz­cze raz usły­szeć rzecz wyraź­nie i gło­śno, spy­tał: – Wyrze­kasz się sza­ta­na? I wszyst­kich dzieł jego? I wszyst­kiej pychy jego? (…)

Pro­boszcz Wiehn­ke, cho­ciaż nie zdo­łał popsuć moich sto­sun­ków z sza­ta­nem, nama­ścił mnie na pier­si i pomię­dzy bar­ka­mi (…). [potem] spy­ta­łem sza­ta­na w sobie: „Dobrze znie­śli­śmy to wszyst­ko?” Sza­tan pod­sko­czył i szep­nął: „Widzia­łeś witra­że Oskar? Całe ze szkła, całe ze szkła!”.

W Etiopii w czasach panowania ostatniego cesarza


Przed koro­na­cją cesarz posłu­gi­wał się imie­niem Ras Tafa­ri – od któ­re­go wziął się ruch rasta­fa­rian. Ci uwa­ża­ją, że on nadal żyje i jest mesjaszem.


Jakiś czas temu prze­czy­ta­łem „Cesa­rza” Ryszar­da Kapu­ściń­skie­go. Była to pierw­sza książ­ka tego auto­ra, z jaką się zapo­zna­łem. A to dzię­ki temu, że jej frag­ment zna­la­złem w pod­ręcz­ni­ku od pol­skie­go. Był tam frag­ment opi­su­ją­cy spo­sób, w jaki spra­wo­wał wła­dzę Hail­le Silas­sie. Nie da się ukryć, że była to wyjąt­ko­wa osobowość…

Rów­nież książ­ka jest napi­sa­na w spo­sób nie­tu­zin­ko­wy; myśla­łem, że takie dłu­gie repor­ta­że są nud­ne, a tym­cza­sem spo­tka­ła mnie wiel­ka nie­spo­dzian­ka. Inne książ­ki Kapu­ściń­skie­go przede mną.

o mini­strze pió­raZwy­czaj ust­ne­go refe­ro­wa­nia miał tę zale­tę, że w razie potrze­by cesarz mógł oświad­czyć, iż dostoj­nik taki to a taki doniósł mu zupeł­nie co inne­go, niż mia­ło to miej­sce w rze­czy­wi­sto­ści, a ten nie mógł bro­nić się nie mając żad­ne­go na piśmie. Tak więc cesarz odbie­rał od swo­ich pod­wład­nych nie to, co oni mu mówi­li, ale to, co jego zda­niem powin­no być powie­dzia­ne. Czci­god­ny pan miał swo­ją kon­cep­cję i do niej dopa­so­wy­wał wszyst­kie sygna­ły docho­dzą­ce z oto­cze­nia. Podob­nie było z pisa­niem, bo monar­cha nasz nie tyl­ko nie korzy­stał z umie­jęt­no­ści czy­ta­nia, ale tak­że nic nie pisał i nicze­go wła­sno­ręcz­nie nie pod­pi­sy­wał. Choć rzą­dził przez pół wie­ku, nawet naj­bliż­si nie wie­dzą, jak wyglą­dał jego pod­pis. W godzi­nach urzę­do­wa­nia przy cesa­rzu obec­ny był zawsze mini­ster pió­ra, któ­ry noto­wał wszyst­kie jego roz­ka­zy i pole­ce­nia. Wyja­śnię tu, że w cza­sie robo­czych audien­cji dostoj­ny pan mówił bar­dzo cicho, led­wie tyl­ko poru­sza­jąc war­ga­mi. Mini­ster pió­ra sto­jąc o pół kro­ku od tro­nu zmu­szo­ny był przy­bli­żać ucho do ust impe­rial­nych, aby usły­szeć i zano­to­wać decy­zję cesa­rza. W dodat­ku sło­wa cesa­rza były z regu­ły nie­ja­sne i dwu­znacz­ne, zwłasz­cza wówczas,gdy nie chciał zająć wyraź­ne­go sta­no­wi­ska, a sytu­acja wyma­ga­ła, aby dał swo­ją opi­nię. Moż­na było podzi­wiać zręcz­ność monar­chy. Zapy­ta­ny przez dostoj­ni­ka o decy­zję impe­rial­ną, nie odpo­wia­dał wprost, ale odzy­wał się gło­sem tak cichym, że docie­rał tyl­ko do przy­su­nię­te­go bli­sko, jak mikro­fon, ucha mini­stra pió­ra. Noto­wał on ską­pe i mgli­ste pomru­ki wład­cy. Resz­ta była już tyl­ko kwe­stią inter­pre­ta­cji, a ta była spra­wą mini­stra, któ­ry nada­wał decy­zji for­mę pisem­ną i prze­ka­zy­wał ją niżej.

o szko­dli­wo­ści czy­ta­niaNastęp­nie odzy­wa­ją się człon­ko­wie rady koron­nej, któ­rzy żąda­ją, aby samo­lot z dzien­ni­ka­rza­mi zawró­cić z dro­gi i całe jtej bluź­nier­czej hała­stry do cesar­stwa nie wpusz­czać. Ale jak­że tu, powia­da mini­ster infor­ma­cji, nie wpu­ścić, jesz­cze więk­szy krzyk pod­nio­są i pana miło­ści­we­go bar­dziej potę­pią. Rada w radę posta­na­wia­ją pod­dać dobro­tli­we­mu panu nastę­pu­ją­ce roz­wią­za­nie – wpu­ścić, ale zaprze­czyć. Tak jest, wyprzeć się gło­du! Trzy­mać ich w Addis Abe­bie, poka­zy­wać roz­wój i niech piszą tyl­ko to, co w naszych gaze­tach potra­fią wyczy­tać. A pra­sę, przy­ja­cie­lu, mie­li­śmy lojal­ną, powiem nawet – przy­kład­nie lojal­ną. Praw­dę mówiąc, nie było jej wie­le, bo na trzy­dzie­ści z okła­dem milio­nów pod­wład­nych tło­czo­no dzien­nie dwa­dzie­ścia pięć tysię­cy egzem­pla­rzy gazet, ale pan nasz z takie­go wycho­dził zało­że­nia, że nawet naj­bar­dziej lojal­nej pra­sy nie nale­ży dawać w nad­mia­rze, gdyż może z tego wytwo­rzyć się nawyk czy­ta­nia, a potem już krok tyl­ko do nawy­ku myśle­nia, a wia­do­mo, jakie to powo­du­je nie­wy­go­dy, utra­pie­nia, kło­po­ty i zmar­twie­nia. Bo, powiedz­my, coś może być lojal­nie napi­sa­ne, ale zosta­nie nie­lo­jal­nie odczy­ta­ne, ktoś zacznie czy­tać rzecz lojal­ną, a zechce póź­niej nie­lo­jal­nej, i tak pój­dzie dro­gą, któ­ra go od tro­nu będzie odda­lać, od roz­wo­ju odcią­gać, do war­cho­łów pro­wa­dzić. Nie, nie, pan nasz nie mógł do takie­go roz­pusz­cze­nia, pobłą­dze­nia dopu­ścić i dla­te­go wogó­le nie był entu­zja­stą nad­mier­ne­go czytania.

Źró­dło: „Cesarz” Ryszard Kapu­ścin­ski, War­sza­wa 1987. Śród­ty­tu­ły dopi­sa­łem ja.

Skrzypek z Berlina i Strauss

Wczo­raj byłem na feno­me­nal­nym kon­cer­cie w Fil­har­mo­nii Kali­skiej. Był to chy­ba naj­lep­szy, na jakim dotąd byłem.

Guy BRAUNSTEIN – skrzypce
Orkie­stra Sym­fo­nicz­na Fil­har­mo­nii Kaliskiej
Adam KLOCEK – dyrygent

w pro­gra­mie:
P. Czaj­kow­ski – Kon­cert skrzyp­co­wy D‑dur op. 35
R. Strauss – Dyl Sowi­zdrzał op. 28

Zarów­no kon­cert Czaj­kow­skie­go (Czaj­kow­ski, jak zwy­kle wspa­nia­ły), jak i „Dyl Sowi­zdrzał” nie­sa­mo­wi­cie wci­ska­ły w fote­le. Gra­tu­la­cje dla Filharmoników!


Po kon­cer­cie

Szewcy

Zwy­cza­jo­wo moż­na by zacząć od rapor­tu pogo­do­we­go. Dosyć to nud­ne. A jed­nak. Aura się popsu­ła. Widok za oknem nie jest zbyt zachę­ca­ją­cy, a było już tak ład­nie. Oczy­wi­ście nie ozna­cza to, że spadł śnieg, bo nie spadł (a przy­naj­mniej w Kali­szu), ale jest zim­no i leje, i mokro i w ogó­le pogo­da nie zachę­ca do wyj­ścia na dwór.



Jak widać na załą­czo­nym obraz­ku (widok z okna) jest ciem­no i ponuro.



Mnie to oczy­wi­ście nie odstra­sza, bo jak mawia­ją Skan­dy­na­wo­wie: nie ma złej pogo­dy, jest tyl­ko źle dobra­ne ubranie.

Ostat­nio w szko­le oma­wia­li­śmy arcy-dra­mat, tj. „Szew­ców” Wit­ka­ce­go. Śred­nio wia­do­mo, o co tam cho­dzi, nie­mniej jed­nak moż­na tam zna­leźć kil­ka cie­ka­wych cyta­tów, któ­re jak zwy­kle zamieszczę.

O ludziach

Tak – nie bar­dzo­ście się wysi­li­li na ten spicz przez s, p, i “cze”. Ja, wicie, Jędrek, znam Kret­sch­me­ra z wykła­dów tej tam inte­lek­tu­al­nej lafi­ryn­dy, Zahor­skiej, w naszej Wol­nej Wszech­ni­cy Robot­ni­czej. Oj, wol­na ona, wol­na – raczej roz­wod­nio­na jest ta nasza Wszech­ni­ca. Sami się czę­stu­ją twar­dą wie­dzą, a na nas to tę bie­gun­kę umy­sło­wą pusz­cza­ją, aby nas jesz­cze gorzej zatu­ma­nić, niż to chcia­ły wszel­kie reli­gian­ty na usłu­gach feu­da­łó­wi cięż­kie­go się prze­my­słu wygłu­pia­ją­ce. A wam mówię, Jędrek, że to schi­zo­idal­na psy­cho­lo­gia. Nie wszy­scy są tacy. To rasa giną­ca. Coraz wię­cej jest na tym świe­cie pyk­ni­ków. Ma se radio, ma se sty­lo, ma se kino, ma se dak­ty­lo, ma se brzu­cho i nie­śmier­dzą­ce, nie­ciek­ną­ce ucho, ma se syć­ko jak się patrzy – cze­go mu trza? A sam w sobie jest ścier­wo pod­łe, guano pogod­ne prze­brzy­dłe. To je pyk­nik, wis? A taki nie­za­do­wo­lo­ny ze sie­bie to ino mąt na świe­cie czy­ni, żeby sie­bie przy tym przed sobą wywyż­szyć i sie­bie sobie poka­zać lep­szym, niż napraw­dę jest – nie być ino poka­zać, i nie lep­szym ino takim faj­niej­szym, wyhyr­niej­szym. Tak ci to wyhyr­ma przed sobą. (po pau­zie) A ja to sam nie wiem, jaki jestem: pyk­nik czy schizoid?

O radości z pracy

O gołą­becz­ko moja! Ty nie wiesz, jak szczę­śli­wą jesteś, że pra­co­wać możesz! Jak się nam rwą do pra­cy te gica­le i palu­chy śmier­dzą­ce, jak się syć­ko w nas do tej jedy­nej pocie­szy­ciel­ki wypi­na, jaze do penk­nię­cia. A tu nic. Patrz  w sza­rą, chro­pa­wą do tego ścia­nę, wariuj, ile chcesz. Myśli lazą jak plu­skwy do łóż­ka. I puch­ną te bolą­ce wąt­pia z nudy tak strasz­nej, jak góra Gau­ry­zan­kar jaki, a śmier­dzą­cej jak Clo­aca Maxi­ma, jak Mount Excre­ment. (…) Kie­dy pra­cy ni ma i nic z tego być nie może. (Peł­znie do kra­ty. Do Księż­nej) Jasna Pani: uko­cha­na, jedy­na moja piesz­czot­ko, kotecz­ko trans­cen­dan­tal­na, metap­sy­chicz­ne cie­ląt­ko boże, bogo­zie­miem­ne, a tak przy­jem­ne, zmyśl­ne i pojęt­ne jak mysz­ka jaka czy co – ty nie wiesz, jak szczę­śli­wą jesteś, że pra­cę masz!

Księżna o sobie

Na pie­de­stał, na pie­de­stał mnie co prę­dzej! Nie mogę żyć bez pie­de­sta­łu! (śpie­wa)

Trzy­maj­cie mnie, trzy­maj­cie mnie, ach na tym piedestale,

Bo się za chwi­lę cała z nie­go sama, ach, na pysk wywalę!

Wbie­ga na pie­de­stał i tam sta­je w chwa­le naj­wyż­szej z roz­pię­ty­mi nie­to­pe­zi­mi skrzy­dła­mi w łunie ben­gal­skich i zwy­kłych ogni, któ­re nie wia­do­mo jakim cudem na pra­wo i lewo się zapa­la­ją. Scu­ryy zawył jak nie­bo­skie stworzenie.

Oto sta­ję w chwa­le naj­wyż­szej na prze­łę­czy dwóch świa­tów ginących!

(…)

…z matriar­cha­tu ultra­hi­per­kon­struk­cji, jak kwiat trans­cen­den­tal­ne­go loto­su, spły­wam mię­dzy łopat­ki Boga…

Katafalk i tym podobne

Ostat­nio w szko­le na pol­skim mówi­my o „Wese­lu” Sła­wo­mi­ra Mroż­ka. Cał­kiem cie­ka­wa sztu­ka, choć chwi­la­mi tro­chę trze­ba pomy­śleć, bo ją zro­zu­mieć. Choć pew­nie tak mia­ło być, tyl­ko ja wol­no myślę. Tak, czy owak, nie mogę powstrzy­mać się od wypi­sa­nia kil­ku cytatów.

O kata­fal­ku sto­ją­cym w mieszkaniu

STOMIL For­mal­nie nie mam nic prze­ciw­ko nie­mu. Nawet, powie­dział­bym, wzbo­ga­ca rze­czy­wi­stość, pobu­dza wyobraź­nię. Ale ta wnę­ka by mi się przy­da­ła do eskperymentów.

ELEONORA Masz dosyć miej­sca gdzie indziej.

EUGENIA Ja bym też wola­ła, żeby­ście to wynie­śli. Artur nie będzie się mógł znę­cać nade mną.

ARTUR (bije pię­ścią w stół) Wła­śnie! W tym domu panu­je bez­wład, entro­pia i anar­chia! Kie­dy umarł dzia­dek? Dzie­sięć lat temu. I nikt nie pomy­ślał od tego cza­su, żeby usu­nąć kata­falk! To nie do poję­cia! Dobrze żeście usu­nę­li cho­ciaż dziadka!

EUGENIUSZ Dziad­ka nie dało się dłu­żej trzymać.

O męsko­ści

…Żeby jakoœ doro­bić ide­olo­gię do swo­je­go bra­ku wyobraŸni, mężczyŸni wymyœślili poję­cie hono­ru. Wymyœlili tak­że nega­tyw­ne poję­cie „zniewieśœciałoœci”. Oba te poję­cia słu­żą im do zabez­pie­cze­nia ich męskiej wspól­no­ty przed dezer­cją, do utrzy­ma­nia w ryzach solidarnośœci męskiej pod groź­bą napięt­no­wa­nia każ­de­go męż­czy­zny, któ­re­mu by przy­szły do gło­wy jakieœ wątpliwośœci. Nic dziw­ne­go, że po prze­ciw­nej stro­nie utwo­rzy­ła się, natu­ral­nym odru­chem samo­obro­ny, wspól­no­ta kobiet, dzie­ci i arty­stów. Na ogół mężczyŸni nie wycho­wu­jš dzie­ci. W naj­lep­szym wypad­ku odda­ją raz na mie­siąc pew­ną ilośœć pie­nię­dzy na ten cel. Nic dziw­ne­go, że potem masa­kra wyda­je im się zaję­ciem nie tyl­ko chwa­leb­nym i lubym, ale tak­że pożytecznym.

Lip Dub i Muminki

Wio­sna wła­ści­wie już w peł­ni, choć złe ludzie z tele­wi­zji stra­szą, że w sobo­tę ma się pogor­szyć. Mimo wszyst­ko sądzę, że śnieg już nie spad­nie. Poza tym, w tym roku zro­bi­ła się wio­sna bar­dzo szyb­ko. Jed­ne­go dnia moż­na było zmie­nić kurt­ki zimo­we na wio­sen­ne, a teraz to i bez kur­tek moż­na cho­dzić, bo tem­pe­ra­tu­ra docho­dzi do 20 °C.

A teraz coś cie­kaw­sze­go. Ucznio­wie mojej szko­ły przy­go­to­wa­li Lip Dub. Jest bar­dzo uda­ny. War­to zobaczyć.

W inter­ne­cie zna­la­złem jesz­cze jed­ną cie­ka­wą rzecz. Jestem wiel­kim fanem Mumin­ków, a ten film pod­cho­dzi do nich z lek­ką iro­nią. Mimo to daje do myślenia.

Koncert na kontrabas

Wczo­raj zno­wu byłem w Fil­har­mo­nii Kali­skiej; chy­ba na naj­lep­szym kon­cer­cie jaki dotąd widzia­łem (a raczej sły­sza­łem). Skła­dał się z dwóch czę­ści: w pierw­szej wystę­po­wał wene­zu­el­ski kon­tra­ba­si­sta Edic­son Ruiz, a w cza­sie dru­giej orkie­stra wyko­na­ła feno­me­nal­nie V Sym­fo­nię Pio­tra Czajkowskiego.

EDICSON RUIZ kontrabas 
Orkie­stra Sym­fo­nicz­na Fil­har­mo­nii Kaliskiej
ADAM KLOCEK dyrygent

w pro­gra­mie:
Johan Bap­tist Vanhal
Kon­cert na kon­tra­bas i orkiestrę
Franz Anton Hoffmeister
Kon­cert na kon­tra­bas i orkie­strę Es-dur

Piotr Czaj­kow­ski
V Sym­fo­nia e‑moll op. 64

Muszę przy­znać, że obie czę­ści kon­cer­tu były wyjąt­ko­wo uda­ne. Poza tym kon­cert na kon­tra­bas jest czymś raczej bar­dzo egzo­tycz­nym, więc oka­zja była niepowtarzalna.

Filmy, książki i koncert

Mam tro­chę do napi­sa­nia, ale zupeł­nie nie wiem, od cze­go zacząć. Z resz­tą chy­ba i tak nie napi­szę o tym wszyst­kim, o czym bym chciał – bo zapo­mnę; tym bar­dziej, że daw­no nic nie pisałem.

Zacznę od tego, że byłem dzi­siaj na dru­gim eta­pie okrę­go­wym Olim­pia­dy Wie­dzy o Pra­wach Czło­wie­ka (pododb­nie, jak rok temu) i zają­łem… pierw­sze miej­sce!!! Jestem dzię­ki temu zwol­nio­ny z matu­ry z WOSu. Ale nie czas teraz na czcze gada­nie, albo­wiem o wie­lu rze­czach powi­nie­nem napi­sać. Zapu­ści­łem bloga!

Afisz „Tem­pla­riu­szy”

(1) W cią­gu ostat­nie­go cza­su mia­łem oka­zję zoba­czyć w kinie dwa fil­my. Pierw­szy z nich, to „Tem­pla­riu­sze”. Dziw­ne jest to, że choć pre­mie­ra była w 2007, to w kinie obraz poja­wił się dopie­ro teraz. Mówi się, że to chy­ba naj­droż­szy film euro­pej­ski (ostat­nio [?]). Jak widać cena nie zawsze wią­że się z jako­ścią. „Tem­pla­riu­sze” opo­wia­da­ją o… tem­pla­riu­szach, a kon­kret­nie o jed­nym uwi­kła­nym w splą­ta­nym jak „Moda na suk­ces” roman­sie peł­nym sta­rych waśni, krwa­wych poje­dyn­ków etc. etc. Oczy­wi­ście głów­ny boha­ter z jed­nej stro­ny jest mni­chem-wojow­nie­kiem, a z dru­giej wszyst­ko, co robi, robi dla swej uko­cha­nej. Głów­ną zale­tą fil­mu jest to, że zosta­ły  w nim odda­ne dość wia­ry­god­nie realia śre­dnio­wie­cza z okre­su kru­cjat, w szcze­gól­no­ści Skan­dy­na­wii, któ­ra – jak wia­do­mo – ma urze­ka­ją­cy wpływ na widzów z bar­dziej połu­dnio­wej czę­ści Euro­py. Choć nie wiem, czy słusznie.

Film moż­na zoba­czyć, choć chy­ba raczej tyl­ko raz.

Ale w pią­tek (czy­li przed­wczo­raj) byłem na czymś znacz­nie lep­szym, gdzie już sam tytuł jest raczej gwa­ran­cją kin­ma­to­gra­fii z wyso­kiej pół­ki (oczy­wi­ście dla kogoś, kto takie coś lubi – nie dla mal­kon­ten­tów!). Ten film, to „Ali­cja  w Kra­inie Cza­rów”. Na pew­no nie jest to film dla dzie­ci. Jest pogod­ny z nut­ką gory­czy, w sumie dla każ­de­go. Na szczę­ście nie ma w nim jakiś głu­pich smrod­ków dydak­tycz­nych, jak np. w „Epo­ce lodowcowej”.

„Ali­cja w Kra­inie Czarów”

Do tego fil­mu nie mam zastrze­żeń. Choć aku­rat Zwa­rio­wa­ny Kape­lusz­nik nie był w nim naj­cie­kaw­szą postacią.

(2) Ale nie samy­mi fil­ma­mi się żyje. Żyje się też kon­cer­ta­mi, a ja na cał­kiem cie­ka­wym byłem 2 – 3 tygo­dnie temu w Fil­har­mo­nii Kali­skiej. Przy oka­zji mia­łem oka­zję zoba­czyć nową aulę.

Mar­ta LELEK, skrzypce
Orkie­stra Sym­fo­nicz­na Fil­har­mo­nii Kaliskiej
Adam KLOCEK – dyrygent

w pro­gra­mie: 
Witold Luto­sław­ski – Uwer­tu­ra smyczkowa
Andrzej Panuf­nik – Kon­cert skrzypcowy
Samu­el Bar­ber – Ada­gio na smyczki
Samu­el Bar­ber – Kon­cert skrzypcowy

Kon­cert uda­ny, jedy­nie to coś tego Panuf­ni­ka nud­ne było jak fla­ki z olejem.

(3) Teraz coś o książ­kach. Ostat­nio prze­czy­ta­łem „Trans-Atlan­tyk”. Wiem, już dla­cze­go Gier­tych tego nie tra­wił – po pro­stu czy­ta­jąc tę książ­kę trze­ba umieć podejść do pew­nych spraw z dystan­sem, trze­ba też lubić iro­nię. Nie ma nic lep­sze­go niż dobra iro­nia! Gom­bro­wicz w swej powie­ści skry­ty­ko­wał Polo­nię miesz­ka­ją­cą gdzieś za Oce­anem, któ­ra noga­mi jest w Pol­sce, a gło­wą gdzieś na dru­gim koń­cu świa­ta. Ale prze­cież dzi­siaj sytu­acja jest iden­tycz­na! Nie mówię o tych, co wyje­cha­li rok czy dwa lata temu do Irlan­dii, tyl­ko raczej o tych, co wyemi­gro­wa­li 40 lat temu. Praw­da jest taka, że nie mają zie­lo­ne­go poję­cia o tym, co dzie­je się w kra­ju; tym łatwiej­szą są pożyw­ką dla impe­rium pew­ne­go ojca z mia­sta zna­ne­go z pierników.

Moja poprzed­nia polo­nist­ka była w Sta­nach, gdzie spo­tka­ła Pola­ków, któ­rzy miesz­ka­li tam od wie­lu lat. Ode­rwa­nie od tego, co dzie­je się ze oce­anem widocz­ne było tak­że w języ­ku, jakim się posłu­gi­wa­li: tzn. sto­so­wa­li zwro­ty, któ­re dzi­siaj uwa­ża się za przy­naj­mniej staroświeckie.

A teraz zaczą­łem czy­tać „Mada­me” Anto­nie­go Libe­ry; spodo­ba­ło mi się już po pierw­szej stro­nie, a nie­wie­le jest takich książek.

(4) Pogo­da ostat­ni­mi cza­sy jest bar­dzo zmien­na. Już zano­si­ło się na wio­snę, już od 4 rano pta­chol­ce wydzie­ra­ły dzio­by, kie­dy zno­wu prze­szło i zmro­zi­ło. Efek­tem sro­giej zimy są tak­że powo­dzie rot­zo­po­we, któ­re widać tak­że w Piwo­ni­cach, gdzie miesz­kam. Było to nawet poka­za­ne w TVN24.

Powódź w Piwo­ni­cach. Zala­ne boisko.

To Pro­sna tak wylała.

Powódź w Piw­no­cach to spraw­ka Prosny

(5) Wypa­da­ło­by napi­sać coś jesz­cze o szko­le, ale czy war­to sobie tym gło­wę zawra­cać?… Jest tak, jak było…

Ferdydurke


Plakat do przedstawienia teatralnego
Pla­kat do przed­sta­wie­nia teatralnego

Ostat­nio prze­czy­ta­łem książ­kę, któ­ra Gier­ty­chem „wstrzą­snę­ła” – czy­li „Fer­dy­dur­ke” Witol­da Gom­bro­wi­cza. Książ­ka jest rze­czy­wi­ście bar­dzo dobra, rozu­miem też, cze­mu G. się nie podobała.

Jest tam wie­le cie­ka­wych (i praw­dzi­wych) spo­strze­żeń doty­czą­cych rze­czy­wi­sto­ści. Przy oka­zji napi­sa­nych z humorem.

O kry­ty­ce literackiej

Jak­że zazdro­ści­łem owym lite­ra­tom wysu­bli­mo­wa­nym już w koleb­ce i widać pre­de­sty­no­wa­nych do wyż­szo­ści, któ­rych Dusza funk­cjo­no­wa­ła nie­ustan­nie wzwyż, jak­by szy­dłem łech­ta­na w sam tyłek.

Uwiel­biam taką ironię.

O języ­ku łacińskim

Nie może być nic logicz­niej­sze­go niż język, w któ­rym wszyst­ko, co nie­lo­gicz­ne, jest wyjąt­kiem. Us, us, us (…) – cóż to za czyn­nik rozwoju!”

O arty­ście i odbior­cy sztuki

Zni­ko­ma część świa­ta, szczu­płe gro­no spe­cja­li­stów i este­tów, świa­tek nie więk­szy od małe­go pal­ca, któ­ry w cało­ści mógł­by zmie­ścić się w jed­nej kawiar­ni, wciąż tam mię­dzy sobą się ura­bia wyci­ska­jąc coraz bar­dziej wyra­fi­no­wa­ne postu­la­ty. Lecz, co gorzej, gusta te nie są wła­ści­wie gusta­mi — nie, wasza kon­struk­cja sma­ku­je im tyl­ko w czę­ści, w dużo więk­szej czę­ści sma­ku­je im wła­sne znaw­stwo w przed­mio­cie kon­struk­cji. Po toż zatem twór­ca usi­łu­je wyka­zać zdol­ność kon­struk­cyj­ną, aby znaw­ca wyka­zać mógł swo­je znaw­stwo w tym przed­mio­cie? Cicho, cyt, miste­rium, oto pięć­dzie­się­cio­let­ni twór­ca two­rzy klę­cząc przed ołta­rzem sztu­ki z myślą o arcy­dzie­le, har­mo­nii, pre­cy­zji, pięk­nie, duchu i prze­zwy­cię­że­niu, oto znaw­ca zna się pogłę­bia­jąc two­rzy­wo twór­cy w pogłę­bio­nym stu­dium, po czym dzie­ło idzie w świat do czy­tel­ni­ka, — i to, co zosta­ło poczę­te z męką cał­ko­wi­tą i zupeł­ną, przy­ję­te zosta­je nad wyraz cząst­ko­wo, pomię­dzy tele­fo­nem i kotle­tem. Tu pisarz duszą, ser­cem, sztu­ką, tru­dem, męką kar­mi — a tu czy­tel­nik wca­le nie chce, a jeśli i zechce, to od nie­chce­nia, tak sobie, póki nie ode­zwie się tele­fon. Drob­ne realia życio­we was gubią. Jeste­ście jak czło­wiek, któ­ry wyzwał smo­ka do wal­ki, lecz któ­re­go mały poko­jo­wy pie­sek zapę­dzi w kozi róg.”

O arty­stach

Ale gdy­by ktoś zro­bił mi taki zarzut: że ta cząst­ko­wa kon­cep­cja nie sta­no­wi, Bogiem a praw­dą, żad­nej kon­cep­cji, a tyl­ko bzdu­rę, kpi­nę, nabie­ra­nie gości, i że ja, zamiast pod­da­wać się suro­wym pra­wi­dłom i kano­nom sztu­ki, pró­bu­ję wykpić się im ową kpi­ną — odpo­wie­dział­bym, że tak, że wła­śnie, że takie, a nie inne są moje zamia­ry. I — na Boga — nie waham się przy­znać — ja pra­gnę uchy­lić się tyleż waszej Sztu­ce, pano­wie, któ­rej nie mogę znieść, ile wam samym… ponie­waż i was nie mogę znieść z waszy­mi kon­cep­cja­mi, z waszą arty­stycz­ną posta­wą i z całym waszym świat­kiem artystycznym.”

O odbio­rze sztuki

Tak więc, gdy na estra­dzie pia­ni­sta bęb­ni Szo­pe­na, mówi­cie, że czar Szo­pe­now­skiej muzy­ki w kon­ge­nial­nej inter­pre­ta­cji genial­ne­go pia­ni­sty ocza­ro­wał słu­cha­czy. Lecz, być może, w rze­czy­wi­sto­ści żaden ze słu­cha­czy nie został ocza­ro­wa­ny. Nie jest wyklu­czo­ne, że gdy­by im nie było wia­do­me, że Szo­pen jest wiel­kim geniu­szem, a pia­ni­sta — rów­nież, z mniej­szym wysłu­cha­li­by żarem tej muzy­ki. Jest moż­li­we rów­nież, że jeśli każ­dy z nich, bla­dy z entu­zja­zmu, bije bra­wo, krzy­czy i się mio­ta, nale­ży przy­pi­sać to temu, iż inni tak­że mio­ta­ją się krzy­cząc, albo­wiem każ­dy z nich myśli, że inni dozna­ją strasz­li­wej roz­ko­szy, nad­ziem­skie­go wzru­sze­nia, wobec cze­go i jego wzru­sze­nie zaczy­na rosnąć na cudzych droż­dżach; i w ten spo­sób łatwo może się wyda­rzyć, że choć nikt na sali nie został bez­po­śred­nio zachwy­co­ny, wszy­scy prze­ja­wia­ją ozna­ki zachwy­tu — ponie­waż każ­dy przy­sto­so­wu­je się do swych sąsia­dów. I dopie­ro gdy wszy­scy w kupie pod­nie­cą się mię­dzy sobą nale­ży­cie, dopie­ro wów­czas, mówię, te ozna­ki wywo­łu­ją w nich wzru­sze­nie — musi­my bowiem przy­sto­so­wy­wać się do naszych oznak.”

O sztu­ce dobrej i złej

O, nie, ten pisarz, o któ­rym mówię, nie będzie odda­wał się pisa­niu dla­te­go, że uwa­ża się za doj­rza­łe­go, lecz wła­śnie ponie­waż zna swą nie­doj­rza­łość i wie, że nie posiadł for­my i że jest tym, kto się wspi­na, ale nie wylazł jesz­cze, i tym, kto się robi, ale jesz­cze się nie zro­bił. I jeśli przy­tra­fi mu się napi­sa­nie dzie­ła nie­udol­ne­go i nie­mą­dre­go, powie: — Dosko­na­le! Napi­sa­łem głu­pio, lecz nie zawie­ra­łem z nikim kon­trak­tu na dosta­wę samych dzieł mądrych, dosko­na­łych. Dałem wyraz mej głu­po­cie i cie­szę się z tego, bowiem nie­chęć i suro­wość ludz­ka, jaką pobu­dzi­łem prze­ciw sobie, kształ­tu­je mnie i ura­bia, stwa­rza jak gdy­by na nowo, i oto jestem jesz­cze raz na nowo uro­dzo­ny. — Z cze­go widać, że wieszcz o zdro­wej filo­zo­fii tak moc­no jest utwier­dzo­ny w sobie, iż nawet głu­po­ta i nie­doj­rza­łość go nie prze­stra­sza­ją ani mogą mu zaszko­dzić — z pod­nie­sio­nym czo­łem może on się wyra­żać i obja­wiać w swo­jej indo­len­cji, pod­czas gdy wy nic pra­wie nie jeste­ście już w sta­nie wyra­zić, ponie­waż strach wam głos odbiera.”

O korzy­ściach wyni­ka­ją­cych z korzy­sta­nia z toalety

Zanim weszła do łazien­ki, zbo­czy­ła na chwi­lę z pod­nie­sio­nym czo­łem do clo­set water i znik­nę­ła tam kul­tu­ral­nie, mądrze, świa­do­mie i inte­li­gent­nie, jak kobie­ta, któ­ra wie, iż nie nale­ży wsty­dzić się funk­cji natu­ral­nej. Wyszła stam­tąd dum­niej­sza niż weszła, jak­by – pokrze­pio­na, roz­ja­śnio­na i uczło­wie­czo­na, wyszła jak gdy­by ze świą­ty­ni grec­kiej! A wów­czas poją­łem, że wcho­dzi­ła prze­cież tak­że jak­by do świą­ty­ni. Z tej świą­ty­ni czer­pa­ły moc nowo­cze­sne inży­nie­ro­we i mece­na­so­we! Codzien­nie wycho­dzi­ła z tego miej­sca coraz lep­sza, coraz bar­dziej kul­tu­ral­na dzier­żąc wyso­ko sztan­dar postę­pu i stąd bra­ła się inte­li­gen­cja oraz natu­ral­ność, któ­ry­mi znę­ca­ła się nade mną.”

O męczar­ni formy

Lecz któ­raż jest męczar­nia głów­na i fun­da­men­tal­na? Gdzie jest pra­mę­cza­mia księ­gi? Gdzie­żeś, pra­mat­ko mąk? Im dłu­żej wni­kam, badam i prze­tra­wiam, tym wyraź­niej widzę, iż wła­ści­wie głów­ną, zasad­ni­czą męką jest, jak mi się zda­je, po pro­stu męka złej for­my, złe­go exterieur’u, czy­li ina­czej mówiąc męczar­nia fra­ze­su, gry­ma­su, miny, gęby – tak, oto jest źró­dło, kry­ni­ca, zaczą­tek i stąd har­mo­nij­nie wypły­wa­ją wszyst­kie bez wyjąt­ku pozo­sta­łe cier­pie­nia, sza­ły i udręki.”

I to tyle – na razie. War­to przeczytać.

Fer­dy­dur­ke” zosta­ło w kali­skim teatrze zaadap­to­wa­ne jako musi­cal. Spek­takl był rewe­la­cyj­ny, byłem na nim 2 razy. Szko­da, że odby­ły się chy­ba tyl­ko 2 czy 3 przed­sta­wie­nia. Jeśli będzie jesz­cze raz, to pew­nie też pójdę.

W inter­ne­cie moż­na zoba­czyć trzy fragmenty:



Nie umie­ści­łem cyta­tów z książ­ki w jed­nym arty­ku­le z matu­rą, bo Gom­bro­wicz by się w gro­bie przewracał.

Kino

HP - już 6
HP – już 6

Kil­ka dni zaję­ło mi opi­sa­nie tego, co robi­li­śmy w górach – oka­za­ło się to bar­dziej pra­co­chłon­ne, niż myśla­łem. Cie­ka­we, czy ktoś to prze­czy­ta. A już jest wto­rek! W sobo­tę poszli­śmy do kina na „Har­ry­’e­go Pot­te­r’a”. Film jak zwy­kle był bar­dzo dobry, pomi­mo róż­nych nie­ści­sło­ści w sto­sun­ku do książ­ki. Ale o tym nie będę się roz­wo­dzić – war­to obej­rzeć i koniec, a jak ktoś tego nie lubi, to nie będę wci­skać na siłę.

Dużo cie­kaw­sze jest za to zacho­wa­nie ludzi w kinie. Poszli­śmy póź­niej (gra­ją już chy­ba ze 2 tygo­dnie), więc tłu­mów nie było. Pomi­mo to odnio­słem wra­że­nie, że nie­któ­rzy odwie­dza­ją kino, bo w domu nie mają kuch­ni, czy jedze­nia, czy nie wiem cze­go – więk­szość osób idzie się tam po pro­stu nażreć.


Książki

Na począt­ku lip­ca napi­sa­łem, że mam róż­ne waka­cyj­ne pla­ny. W ramach ich speł­nia­nia, dzi­siaj skoń­czy­łem czy­tać jed­ną wiel­ce ambit­ną lek­tu­rę, a zaczy­nam następ­ną. Prze­czy­ta­łem „Chło­pów”, zaczą­łem „Bra­ci Karamazow”.

Chło­pi” to książ­ka słusz­nie nagro­dzo­na Nagro­dą Nobla – czy­ta się bar­dzo dobrze i świet­nie poka­zu­je realia wsi z XIX wie­ku. Bez owi­ja­nia w baweł­nę mówi o ciem­nych i jasnych stro­nach pol­skich chło­pów. A moją ulu­bio­ną posta­cią była Jagu­styn­ka. Bar­dzo podo­ba mi się jej nie­ustn­na zło­śli­wość (a cza­sem sar­kazm) i  rezer­wa, z jaką pod­cho­dzi do życia.

Confiteor — nareszcie coś mądrego o sztuce

Jakiś czas temu zaczę­li­śmy oma­wiać na pol­skim moder­nizm i oto natra­fi­łem na taki tekst. Naresz­cie coś mądre­go o sztu­ce. Przy­ta­czam jego fragmenty.

Sta­ni­sław Przybyszewski
Con­fi­te­or

Sztu­ka w naszym poję­ciu nie jest ani „pięk­no”, ani ein Teil der Erken­nt­niss, jak ją Scho­pen­hau­er nazy­wa, nie uzna­je­my rów­nież żad­nej z tych bez­licz­nych for­mu­łek, jakie este­ty­cy sta­wia­li, począw­szy od Pla­to­na , aż do star­czych nie­do­rzecz­no­ści Toł­sto­ja – sztu­ka jest odtwo­rze­niem tego, co jest wiecz­nym, nie­za­leż­nym od wszel­kich zmian lub przy­pad­ko­wo­ści, nie­za­wi­słym ani od cza­su, ani od prze­strze­ni, a więc; odtwo­rze­niem istot­no­ści, tj. duszy. I to duszy, czy się we wszech­świe­cie, czy w ludz­ko­ści, czy w poje­dyn­czym indy­wi­du­um przejawia.

Sztu­ka zatem jest odtwo­rze­niem życia duszy we wszyst­kich jej prze­ja­wach, nie­za­leż­nie od tego, czy są dobre lub złe, brzyd­kie lub piękne.

To wła­śnie sta­no­wi zasad­ni­czy punkt naszej este­ty­ki. Sztu­ka wczo­raj­sza była na usłu­gach tak zwa­nej moral­no­ści. Nawet naj­po­tęż­niej­si arty­ści z mały­mi wyjąt­ka­mi nie byli w sta­nie śle­dzić prze­ja­wów duszy ode­rwa­nych od tak zmien­nych pojęć, jak poję­cia moral­ne lub spo­łecz­ne; zawsze potrze­bo­wa­li dla dziel swych płasz­czy­ka moral­no-naro­do­we­go. Sztu­ka w naszym poję­ciu nie zna przy­pad­ko­we­go roz­kla­sy­fi­ko­wa­nia obja­wów duszy na dobre lub złe, nie zna żad­nych zasad czy to moral­nych, czy spo­łecz­nych: dla arty­sty w naszym poję­ciu są wszel­kie prze­ja­wy duszy rów­no­mier­ne, nie zapa­tru­je on się na ich war­tość przy­pad­ko­wą, nie liczy się z ich przy­pad­ko­wym złym lub dobrym oddzia­ły­wa­niem, czy to na czło­wie­ka lub spo­łe­czeń­stwo, tyl­ko odwa­ża je wedle potę­gi, z jaką się przejawiają.
Arty­sta odtwa­rza zatem życie duszy we wszyst­kich prze­ja­wach; nic go nie obcho­dzą ani pra­wa spo­łecz­ne, ani etycz­ne, nie zna przy­pad­ko­wych odgra­ni­cze­ni nazw i for­mu­łek, żad­nych z tych koryt, odnóg i łożysk, w jakie spo­łe­czeń­stwo olbrzy­mi stru­mień duszy wepchnę­ło i go osła­bi­ło. Arty­sta zna tyl­ko – powta­rzam – potę­gę, z jaką dusza na zewnątrz wybucha.

Sztu­ka jest obja­wie­niem duszy we wszyst­kich jej sta­nach, śle­dzi ją na wszyst­kich dro­gach, wybie­ga za nią we wiecz­ność i wszech­prze­strzeń, wgłę­bia się z nią w pra­iły bytu i się­ga w tęczo­we szczyty.

Sztu­ka nie ma żad­ne­go celu, jest celem sama w sobie, jest abso­lu­tem, bo jest odbi­ciem abso­lu­tu – duszy.

A ponie­waż jest abso­lu­tem, więc nie może być uję­tą w żad­ne kar­by, nie może być na usłu­gach jakiejś­kol­wiek idei, jest panią, pra­źró­dłem, z któ­re­go całe życie się wyłoniło.

Dzię­ki temu tek­sto­wi widzi­my, że „sztu­ka dla sztu­ki”, to nie jest bez­sens. Sztu­ka może ist­nieć sama dla sie­bie, nawet, jeśli nie jest niko­mu potrzeb­na. Nie musi być na usłu­gach nicze­go i niko­go, nie ma obo­wiąz­ku być okry­ta płasz­czy­kiem moralno-patriotycznym.

Ten tekst został napi­sa­ny przez Przy­by­szew­skie­go jako sło­wo od redak­to­ra gaze­ty „Życie”, któ­ra była gło­sem wyznaw­ców Mło­dej Polski.

Pismo nasze nie jest prze­zna­czo­ne dla tych, któ­rzy w sztu­ce szu­ka­ją pożyt­ku mydla­rza, co po cało­ty­go­dnio­wej pra­cy szu­ka w nie­dzie­lę roz­ryw­ki i zbu­do­wa­nia w dzie­le arty­sty – a ile, ile tysię­cy mamy tych mydla­rzy – nie prze­zna­czo­ne dla ‘dzie­ci i ludzi cho­ru­ją­cych na uwiąd star­czy – ani dla ludzi nie umie­ją­cych czy­tać, ale dla arty­stów – nie­ste­ty tak ich mało – i dla ludzi, dla któ­rych sztu­ka sama w sobie jest celem.

W filharmonii

Wczo­raj byłem w Fil­har­mo­nii Kali­skiej na kon­cer­cie „Majo­wa Serenada”

Niko­dem ANTOSIK fagot
Kwin­tet Instru­men­tów Dętych Drewnianych
Orkie­stra Sym­fo­nicz­na Fil­har­mo­nii Kaliskiej
Adam KLOCEK dyrygent

w pro­gra­mie:
Gio­ac­chi­no Ros­si­ni – I Sona­ta na smycz­ki G‑dur
Joseph Haydn – Divertimento 
Ferenc Far­kas – Daw­ne tań­ce węgierskie
*
Gio­ac­chi­no Ros­si­ni – Kon­cert na fagot i orkiestrę
Rudolf Urba­nic – Gro­te­ska na fagot i orkiestrę

Było war­to. Szcze­gól­nie faj­na jest I Sona­ta Rossiniego.

Dzień iście kulturalny

Dzi­siaj w ramach odcha­mia­nia mło­dzie­ży połą­czo­ne­go z patrio­ty­zo­wa­niem, wraz ze szko­łą byłem na fil­mie „Gene­rał Nil”. Spo­dzie­wa­łem się blu­brów, ale obraz był cał­kiem nie­zły. Cie­ka­wie poka­zu­je ostat­nie momen­ty z życia woj­sko­we­go. W sumie pole­cam. Mogli­by tyl­ko oszczę­dzić scen tor­tu­ro­wa­nia. Ale nie moż­na mięć wszystkiego.

Dodat­ko­wo idę jesz­cze dzi­siaj­na kon­cert do fil­har­mo­nii. O nim pew­nie napi­szę jutro.

PS. War­to zoba­czyć zdję­cia z Grand Press Pho­to 2009.

Akropolis”

Daw­no już nic nie napi­sa­łem. Powo­dy tego są wie­lo­ra­kie. Po pierw­sze nie mia­łem cza­su, po dru­gie mi się nie chcia­ło. Inna spra­wa, to nie mia­łem o czym pisać. A wła­ści­wie to mia­łem, ale póź­niej z tego rezygnowałem.

Rok 2009 UNESCO ogło­si­ło Rokiem Gro­tow­skie­go – któ­ry jest (był) Wiel­kim, Prze­sław­nym Reży­se­rem, tyle że ja w życiu o nim nie sły­sza­łem i w sumie nie wie­le stra­ci­łem. W Kali­szu obcho­dzo­na jest ta oka­zja w spo­sób szcze­gól­ny, albo­wiem jeden z akto­rów nale­żał do tru­py teatral­nej Gro­tow­skie­go. Ten z kolei two­rzył chy­ba z 50 lat temu i – moim zda­niem – nie­wie­le po nim pozostało.

W ponie­dzia­łek uda­łem się wraz ze szko­łą do kali­skie­go Cen­trum Kul­tu­ry i Sztu­ki na pro­jek­cję spek­ta­klu (był nagra­ny na DVD) „Akro­po­lis”. Była to mie­szan­ka Wyspiań­skie­go, sta­ro­żyt­no­ści, ale oczy­wi­ście wkrę­co­no tam jesz­cze Oświę­cim. Mie­szan­ka wybu­cho­wa, z pomy­słu Wyspiań­skie­go chy­ba nic nie zosta­ło. Zasad­ni­czo, gdy­by nie poprze­dza­ją­ca pre­lek­cja, to nie wie­dział­bym, o czym przed­sta­wie­nie trak­to­wa­ło. Kata­stro­fa. 15 minut zmu­sza­łem się do uwa­gi, potem stwier­dzi­łem, że to bez sen­su. Akto­rzy bie­ga­li po sce­nie w wor­kach, coś powrza­ski­wa­li, cza­sem śpie­wa­li, wali­li jakimś żela­stwem, robi­li „miny nie z tej Ziemi”.

Myśla­łem, że tam tru­pem pad­nę. Chy­ba jestem za tępy na taką sztukę.

PS. We wstę­pie powie­dzia­no, że aktor, któ­ry wystę­po­wał w „Akro­po­lis”, zagrał w nim ponad 1000 razy. Nie­zły czubek.