Las zimą jest szczególnie ładny. Polecam wszystkim zimowe wizyty w lesie choćby z tego powodu, że wtedy można więcej zobaczyć, a poza tym można wejść w miejsca, które normalnie są niedostępne ze względu na straszne nagromadzenie krzaków, liści, wysokich traw itp. Oczywiście o innych porach roku też może być przyjemnie, ale np. latem w lesie mogą być komary (szczególnie, gdy jest duża wilgotność, a ostatnio lata bywały deszczowe); natomiast jesienią występuje podwyższone ryzyko spotkania grzybiarzy, często rozjeżdżających samochodami leśne ścieżki, których wcale nie mam ochoty oglądać. Dlatego zima w lesie górą.
Najbardziej lubię połączenie lasu i wody. Dlatego nieraz odwiedzam miejsca, gdzie są strumienie, stawy czy jakieś rozlewiska. W styczniu byłem trzy razy w takich miejscach, wszystkie są niedaleko Kalisza. Warto się do nich wybrać.
Okolice rezerwatu
Stawy poukrywane w lesie
To jest to samo miejsce, które odwiedziłem w grudniu, ale tym razem nie było śniegu albo było go o wiele mniej.
Na przełomie roku miałem przyjemność przeczytać książkę, którą nota bene dostałem od Św. Mikołaja pt. „Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju” (autorzy Szymon Opryszek i Maria Hawranek). Z resztą ostatnio bardzo dużo oddaję się literaturze faktu, a ponadto kontynuowałem czytanie T. Bernharda, ale to temat na osobny post.
Urugwaj to państwo na drugim końcu świata, o którym u nas nie mówi się nic albo bardzo niewiele. Pamiętam, że jakiś czas temu czytałem artykuł na jego temat w „Polityce”. Blisko dekadę temu media w naszej części świata poświęcały odrobinę uwagi prezydentowi Urugwaju (nazywanym „najbiedniejszym prezydentem świata”) José Mujice. Jest to państwo w Ameryce Południowej, wciśnięte między Brazylię i Argentynę, nad olbrzymi estuarium La Platy.
Pod względem gospodarczym i zamożności jest to raczej „średniak”, pewnie w miarę podobny do Polski. Jednak z drugiej strony, nie ma tam patologicznego rozwarstwienia społecznego, jak w wielu innych państwach regionu. Nie słychać też o mafiach i kartelach narkotykowych terroryzujących społeczeństwo. Występuje tam bieda, jak wszędzie, ale chyba nie są to takie slumsy jak te znane z Brazylii.
Natomiast pod względem społecznym, to państwo wyprzedziło wiele innych (w tym nasze) o jakieś 100 lat. Wystarczy wspomnieć o małżeństwach jednopłciowych, czy możliwości adopcji dzieci przez osoby w takich związkach. Ale nie tylko to; także kwestia bardziej prozaiczne, jak choćby przestrzegany rozdział kościoła od państwa, w tym rygorystyczne przestrzeganie świeckości szkół. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się więcej – pozostaje mu lektura książki, którą polecam.
Jednym słowem, pralnia dla bezdomnych nie powstała (całkowicie za darmo, ufundowana przez sponsora, Henkla), ponieważ władze kościelne koniecznie chciały ją poświęcić, na co nie wyraził zgody sponsor. Czyli wszystko już było gotowe, pralki czekały na użycie, ale z powodu kościelnego oślego uporu, wszystko trzeba było odkręcać… ręce opadają.
Minęły wyczekiwane przez każdego Święta Bożego Narodzenia i minął też cały rok 2021. Oby nowy rok nie był gorszy od tego, który właśnie się kończy 🙂
Rok temu odkryłem ciekawe miejsce pośród lasów w powiecie ostrzeszowskim. Tak mi się spodobało, że odwiedziłem je dwukrotnie w grudniu 2020 roku. Ale gdybym miał więcej czasu, zrobiłbym tam znacznie dłuższą wycieczkę. W tym miesiącu, tj. w grudniu 2021 roku, po całym roku znowu ruszyłem na małą wycieczkę w te okolice. Szkoda, że dni są teraz takie krótkie i trzeba patrzeć na zegarek, aby zaraz nie zrobiło się ciemno.
Na mapie teren wygląda zupełnie niepozornie. I trzeba naprawdę zejść z ubitego szlaku, aby odkryć urokliwe miejsca. Jest tam wszystko to, co każdy turysta lubi: droga wiodąca przez las, drzewa, pola, stawy. Tym razem widoczność była bardzo słaba, co dawało naprawdę niezwykły efekt. W sumie niewiele można było zobaczyć, za to było słychać szum lasu i dźwięki (trudno to nazwać śpiewem) wydawane przez ptaki.
Są tam też jakieś stawy, można do nich zupełnie blisko podejść. Ciekawe, jak te okolice wyglądają o innych porach roku.
Spadła odrobina śniegu, przez parę dni utrzymywał się mróz. Pewnego dnia o świcie znowu więc zahaczyłem o obrzeża Parku Miejskiego. Teraz temperatury znowu są dodatnie i wszystko się rozpuściło… Miasto w zimowej szacie, przy łagodnym mrozie, prezentuje się nieźle.
Tak właściwie, to pojechałem w te miejsca, w których byłem rok temu, ponieważ chciałem znowu je zobaczyć. Niczego nowego, niestety nie odkryłem.
Jadąc z Kalisza na północ drogą wojewódzką w kierunku Pyzdr, czyli nieoficjalnej „stolicy” tego regiony, której niestety nie odwiedziłem tym razem, pierwszym większym miasteczkiem jest Chocz. Z powodu paskudnej pogody nie za bardzo chciało mi się odkrywać jego uroki. Jednak tym razem udało mi się wejść do barokowego kościoła, który stoi z boku głównego placu.
Kościół w Choczu
Tablica grobowa na murze dookoła kościoła
Barokowe wnętrze
Chocz
W Choczu
Patrząc na urokliwie położony kościół widać, jak stara to miejscowość. Czuć tam atmosferę prowincjonalności (a gdzie jej nie czuć w południowej Wielkopolsce), ale ma to swój urok – właśnie takiego sennego miasteczka, położonego na skraju lasów.
Dalej obrałem kierunek na Pyzdry, ale do samych Pyzdr tym razem nie dojechałem. Za to ponownie udałem się do Modlicy, aby zobaczyć fantastyczne miejsce z punktu widzenia geografii i krajoznawstwa, czyli ujście Prosny do Warty. Wiele razy już o tym pisałem, że chociaż w samym Kaliszu Prosna jest raczej rozlazła, płytka i powolna, o tyle poza miastem jest węższa, głębsza i ma rwący nurt.
Modlica
W kierunku ujścia Prosny
Pola pokryte śniegiem
Warta
Prosna (?)
Nad brzegiem Warty
Warta w okolicach Pyzdr jest już potężną i szeroką rzeką, podejrzewam też, że dosyć głęboką. Jej spokojny nurt oraz krajobraz łąk i rozlewisk, które ją otaczają, działa bardzo uspokajająco. Prosna jest dużo węższa. Można podejść na sam cypel, do miejsca, w którym obie rzeki się łączą. Jest tam jednak bardzo zimno. W dodatku nie byłem tam sam, ponieważ prowadzono prace budowlane na wale przeciwpowodziowym. Było więc dużo błota, a dojście było trudne.
Ujście Prosny do Warty
Punktem kulminacyjnym miała być wizyta we Wrąbczynku. Przez tę wieś przechodzi szlak turystyczny w kierunku Lądu (gdzie znajduje się klasztor), a także odcinek szlaku pielgrzymkowego św. Jakuba. Droga do wsi jest malownicza, prowadzi przez osady olęderskie. Sama miejscowość sprawia wrażenie, że „znajduje się na końcu świata”. Od północy Warta i rozlewiska, od południa lasy. Jest tam nadzwyczaj spokojnie. W centrym wsi znajduje się sklep i przystanek autobusowy, koło którego tym razem zaparkowałem. Potem poszedłem szlakiem w kierunku Warty.
Wrąbczynek
Rzecz jasna nie byłem w stanie dojść do Lądu, bo na to potrzeba wiele czasu, którego nie miałem, szczególnie w takim krótkich dniach. Ale rok temu wędrowałem po okolicy ok. godziny i była to bardzo udana wycieczka. W tym roku też nie było źle, chociaż chyba w pewnym miejscu poszedłem nie tam gdzie trzeba, bo miałem problem, aby dojść do pewnych charakterystycznych punktów, które zapamiętałem z poprzedniej wizyty. Idąc ścieżką w kierunku Warty idzie się przez łąki, pola, rozlewiska. Teren jest raczej trudny, szczególnie zimą. Było zimno i wietrznie. W dodatku szlak turystyczny jest bardzo słabo oznakowany. Wskazany GPS.
Chciałbym kiedyś przejść cały odcinek z Wrąbczynka do Lądu, ale to ładnych parę kilometrów.
Gdy powoli wracałem do Kalisza, odwiedziłem Zagórów. Miejscowość jest położona ładnie, z dala od głównych dróg. Ma to i zalety, i wady. Rynek podobny jest do tego w Pyzdrach. Można tam coś dobrego zjeść 🙂
Potem jechałem samochodem przez lasy w kierunku Gizałek. Trasa jest bardzo malownicza. Odwiedziłem jeszcze krótko jedną miejscowość i to było trochę rozczarowanie. Może w przyszłości znajdę więcej czasu, żeby zbadać ją dokładniej, bo podobno warto.
Kalisz wczesnym rankiem niewiele różni się od tego wieczornego, szczególnie teraz, gdy rano jest równie ciemno, jak popołudniu.
Korzystam z najkrótszych dni w roku. Na tych zdjęciach nie da się powiedzieć, czy jest rano, czy wieczór. Ale zdjęcia zostały zrobione o godz. 6−7.00, gdy szedłem do pracy i postanowiłem zahaczyć o Park Miejski.
Wychodzę z domu wcześnie rano i w tamtym tygodniu coś mnie naszło, aby idąc w kierunku pracy wybrać drogę okrężną i zrobić parę kroków w stronę Parku Miejskiego. Oczywiście nie mogłem wejść do właściwego parku, ponieważ potem nie miałbym z niego jak wyjść w miarę blisko pracy. Ale mogę chociaż trochę się przejść nad kanałem, w okolicach rzeki i obejrzeć nagie gałęzie drzew w bladym świetle wschodzącego słońca.
Prosna
Aleja Wolności od strony Tatry
Teatr
Rzut okiem nad Prosną w kierunku Parku Miejskiego
11 listopada to także dobry dzień, aby wcześnie rano iść na spacer w kierunku Prosny. Ogólnie do tej pory było cały czas ciepło; 11 listopada był jednym z pierwszych zimniejszy dni – rano było lekki przymrozek.
Parę dni temu po raz pierwszy wybrałem się do Wielkopolskiego Parku Narodowego. Żałuję, że nie odwiedziłem go nigdy wcześniej, ale jakoś nie było mi po drodze. Ode mnie to odległość 120 km – trudno powiedzieć, czy blisko, czy daleko. Natomiast niewątpliwie jesień, nawet dosyć zaawansowana, to dobra pora, aby się tam udać.
Przez centralną Wielkopolskę wije się Warta. Można ją spotkać w okolicach Pyzdr, bo stanowi północną granicę Puszczy Pyzdrskiej. Nieopodal Pyzdr do Warty wpada Prosna. W każdym razie Warta na tym odcinku jest szeroka, rozlazła i majestatyczna – płynie niespiesznie przez rozległe, podmokłe łąki. Na południe od Poznania (konkretnie to chyba w Śremie) odbija na północ. Przepływa przez okolice Wielkopolskiego Parku Narodowego i tworzy tam ładne, meandrujące zakola. Wystarczy spojrzeć na mapę. Przepływa bardzo blisko Rogalina.
Wejście do WPN od stron Osowiej Góry
Jezioro Kociołek
Żabiak
Jezioro Góreckie za trzcinami
Skarpa nad rynnowym Jeziorem Góreckim
Ruiny pałacu Klaudyny Potockiej na wyspie na Jeziorze Góreckim
Natomiast w Wielkopolskim Parku Narodowym wszystko się kręci wokół „krajobrazu polodowcowego”. Pomimo tego, że Wielkopolska jest raczej płaska i nie jest zbyt ciekawa, a krajobraz jest monotonny – to w WPN jest inaczej. Są spore różnice terenu. Na terenie WPN przede wszystkim chroni się polodowcowe jeziora rynnowe i otaczające je lasy. Na brak urozmaicenia nie można narzekać.
Mnie udało się zrobić 11-kilometrowe koło po południowym fragmencie Parku. Przechodziłem koło kilku jezior i bagienek. Większe jest Jezioro Góreckie, otoczone ze wszystkich stron lasami. Wokół niego idzie się po skarpie (czyli po brzegu polodowcowej rynny). Dookoła są ciekawe, zróżnicowane lasy.
Pewnie Wielkopolski Park Narodowy nie jest ani najciekawszy, ani największy. Ale to jedyny, jaki mamy 😀 w tych okolicach. Dlatego niewątpliwie warto się do niego przejechać.
Wracając wstąpiłem na chwilę do Rogalina, w którym poprzednio byłem rok temu. Nic się nie zmieniło. Jeden ze starożytnych dębów obumarł, ale za to bujnie porasta go bluszcz.
Podjazd do Pałacu w Rogalinie
Czworaki przed pałacem
Aleja w rokokowym ogrodzie
Starorzecze Warty
Było trochę zimno, ale utwierdzam się w przekonaniu, że jesień i zima to dobra pora na wędrówki. Byle tylko nie padało.
Na cmentarzu jestem częściej niż bym chciał. Święto Wszystkich Świętych to zupełnie nie moje klimaty. Zamienianie raz do roku grobów w stragany z kwiatami i zniczami zdecydowanie mnie odstręcza. Ale ten dzień to jedna z nielicznych okazji, żeby pójść na opuszczone na co dzień kaliskie cmentarze. W centrum Kalisza znajdują się trzy stare cmentarze miejskie, znajdujące się na wzgórzu. Są to cmentarz katolicki (największy), ewangelicki i prawosławny. Nieopodal niegdyś znajdował się także cmentarz żydowski. O ile cmentarz katolicki „rozkwita”, o tyle cmentarze prawosławny i ewangelicki mają się znacznie gorzej, a w szczególności maleńki i zapuszczony cmentarz prawosławny. W Kaliszu nie ma już prawie prawosławnych, więc cmentarz znacznie podupadł.
Pisałem już kiedyś o tym, że Prosna poza Kaliszem oraz na jego obrzeżach wygląda zupełnie inaczej, niż np. bliżej centrum, w szczególności w okolicach Parku. Jest wąska, głęboka, pełna meandrów, ma rwący nurt. Natomiast zbliżając się do centrum Kalisza staje się coraz bardziej rozlazła; rozlewa się i płynie spokojniej.
Zawsze jesienią w „listopadowe święta” wybieram się wcześnie rano nad Prosnę. W jesiennej oprawie wygląda szczególnie malowniczo.