Na dwóch zdjęciach widać dziwną stalowa konstrukcję. Jest to coś, co zauważyłem od razu po przyjeździe do Gdyni, gdy wyszedłem nad Bulwar Nadmorski. Ta monstrualna konstrukcja zupełnie bowiem zmieniła krajobraz miasta. W internecie przeczytałem, że jest to pływający dźwig do budowy morskich farm wiatrowych na Bałtyku. Dźwig jest tak olbrzymi, że jest niewiele niższy od stojących obok wieżowców.
Zawsze będąc nad morzem wybieram się na krótką wycieczkę na Półwysep Helski. Choć zimą nie ma tam zbyt wielu atrakcji, to jednak Półwysep przyciąga swoją piękną, surową przyrodą. Ponownie pojechałem tam pociągiem; jedzie się z Gdyni półtorej godziny. Samochodem nie jest szybciej. Poza tym, na ten dzień zapowiadana była gołoledź. Wycieczkę trochę zepsuła panująca wszędzie koszmarna ślizgawica. Oczywiście, poza tradycyjnego spacery cyplem, odwiedziłem też fokarium.
Ulica WiejskaWidok na HelW fokariumW rybackiej chacieTradycyjne dzielone drzwi
Poprzednim razem w Gdańsku byłem dwa lata temu i wówczas byłem w Muzeum Drugiej Wojny Światowej. Tym razem wizyta upłynęła mi pod znakiem zabytków, ale tematy historyczne też były w niej obecne. Po dojechaniu do Gdańska pociągiem SKM od razu skierowałem się do Bramy Wyżynnej, skąd rozpocząłem spacer pod Głównym Mieście.
Wizytę rozpocząłem od odwiedzenia ratusza, w którym miała miejsce już od paru miesięcy wystawa Nasi chłopcy, opowiadająca o losach mieszkańców Pomorza w czasie wojny, szczególnie tych, których okoliczności zmusiły do służenia w Wehrmachcie. Nie będę się na ten temat rozpisywać, natomiast wystawa pokazuje niełatwe losy mieszkańców Gdańska i okolic oraz to, że historia nie jest czarno-biała. Od razu na tej wystawie przypomniał mi się Blaszany bębenek, którego czytałem jeszcze w liceum.
W ratuszu znajduje się także ciekawa wystawa historyczna dotyczy Wolnego Miasta Gdańska. Jest tam również biurko Pawła Adamowicza.
Odwiedziłem także Dom Uphagena, czyli kamienicę z zachowanymi lub odtworzonymi XVIII-wiecznymi wnętrzami bogatego mieszczańskiego domu. W sumie jednak wystawa w ratuszu jest ciekawsza.
Na jednym ze zdjęć widać zamarznięta po raz pierwszy od lat Motławę. Gdańskie Główne Miasto nie różni się specjalnie od innych starówek w dużych polskich miastach, o czym już kiedyś pisałem. Natomiast pocieszające jest to, że starówka Gdańska to nie tylko zabytkowe, bądź udające zabytkowe, pustostany, ale boczne uliczki wyglądają na zamieszkane.
Drugiego dnia w Gdyni postanowiłem, żeby obejrzeć nieco bardziej przemysłowe okolice miasta, tzn. port. Mało gdzie można wejść, chociaż można przejść się nad basenem portowym koło budynku Dworca Morskiego i tam się właśnie udałem. Poprzednim razem byłem tam w 2019 roku, czyli w czasie mojej pierwszej wizyty w Trójmieście.
Port jest bardzo ciekawy dla kogoś, kto na co dzień mieszka daleko od morza.
Potem pojechałem jeszcze do centrum miasta, żeby przejść się modernistycznymi ulicami.
Wczoraj, za drugim podejściem, udało mi się dojechać do Gdyni, w do której przybyłem wczesnym popołudniem. Mróz jest nadal. To dla mnie jednak nie problem. Tradycyjnie wybrałem się na spacer wzdłuż plaży w kierunku Orłowa. Pierwszy raz widziałem częściowo zamarznięte morze.
Dwa dni temu w sobotę, gdy wyruszyłem w drogę, termometr pokazywał kilkanaście stopni mrozu. Takiej zimy nie było u nas od kilku już lat. Moim pierwszym zaplanowanym przystankiem był Grudziądz, do którego chciałem wrócić na 1 dzień po czterech latach (dwa lata temu też na chwilę do niego wstąpiłem). Po drodze zatrzymałem się w Strzelnie, żeby zobaczyć romańskie kolumny, niestety zimno było tak dojmujące, że trudno było wytrzymać.
Pojechałem więc szybko w dalszą drogę do Bydgoszczy, w której nie byłem od 14 lat. Nie da się ukryć, że przynajmniej 10 stopni mrozu nie ułatwiały zwiedzania. Przeszedłem się jednak pod centrum, które robi pozytywne wrażenie. Na pewno przy lepszej pogodzie jest jeszcze ładniejsze.
Ruszyłem w dalszą drogę do Grudziądza. I niestety dojechałem, poszedłem nawet do grudziądzkich term, ale wtedy byłem zmuszony przedwcześnie zakończyć wycieczkę z powodu awarii samochodu.
Pamiętam, jak po raz pierwszy w 2019 roku planowałem zimowy wyjazd do Trójmiasta. I miał to być wtedy wyjazd do Gdańska. Jednak w Gdańsku nie było noclegów, czy też były poza moim zasięgiem finansowym, nie pamiętam, tak więc ostatecznie trafiłem do Gdyni. I to był, jak się okazało, świetny wybór, ponieważ od tego czasu Gdynię uwielbiam, chętnie do niej powracam, a do Gdańska jedynie „wpadam”, gdy jestem w Gdyni.
Gdańsk to po prostu takie samo wielkie miasto, jak Poznań czy Wrocław. Starówka (czyli tzw. Główne Miasto) jest ładna, ale w przeważającej mierze jest to skansen dla turystów (por. moje przemyślanie z Lublina). Długi Targ to rząd pustostanów. Natomiast Gdynia to miasto bardzo żywe, ale żywe nie dzięki upojonym wódką turystom, tylko dzięki mieszkańcom, którzy po prostu w tym mieście mieszkają. Nie ma tam wyraźnej starówki, chociaż jest stara część Gdyni koncentrująca się wokół portu.
W Gdyni króluje modernizm, który dumnie się pręży w budynkach przy głównych ulicach: Świętojańskiej, Władysława, któregoś lutego… i na Kamiennej Górze – nadmorskiej dzielnicy pełnej przedwojennych modernistycznych willi. Do tego dochodzi jeszcze modernistyczny układ urbanistyczny. Nie ma tam kamienic z podwórkami-studniami.
Trójmiasto od południa otoczone jest Trójmiejskim Parkiem Krajobrazowym i wystarczy rzut oka na mapę, żeby zobaczyć, ile tam jest terenów zielonych.
Pobyt w Gdyni tradycyjnie rozpocząłem od spaceru przez Kępę Redłowską na Klif Orłowski. Aż nie chce się wierzyć, że w środku miasta są takie atrakcyjne przyrodniczo tereny. Byłem tam dwa razy.
Poza tym, w Gdyni zbyt wiele nie zwiedzałem, bo po prostu nie miałem takiej potrzeby. Ale następnym razem, kto wie.
W Gdańsku byłem dwa razy. Pierwszego dnia pojechałem na krótką wycieczkę do Oliwy – gdzie byłem też poprzednim razem. Oliwa to gdański odpowiednik poznańskiego Sołacza – czyli zabytkowa dzielnica ze starymi luksusowymi willami. W środku jest piękny park oliwski (chociaż inny, niż park sołacki w Poznaniu). Nad Oliwą króluje katedra oliwska. Wyjątkowo ciekawy zabytek architektury.
Park oliwskiMuzeum w OliwieKatedra oliwskaWnętrze katedry oliwskiejObejście w katedrze oliwskiejPrzedszkole (?) w Oliwie
Drugi raz pojechałem do Gdańska w konkretnym celu, tzn. żeby odwiedzić muzeum II wojny światowej. W 2019 roku byłem w Europejskim Centrum Solidarności – i chociaż nie jestem wielbicielem patosu i martyrologii – to bardzo mi się wystawa podobała. W muzeum II wojny światowej też jest nieźle. Nie ma tam, ewentualnie jest w mniejszych dawkach, kult nieszczęścia i poświęcania, wyeksponowany w centralnym muzeum klęsk i nieszczęść, czyli w muzeum powstania warszawskiego. W gdańskim muzeum wojna jest pokazana wielowymiarowo i z dystansem. Poza tym jest tam pokazana perspektywa nie tylko polska. Trochę miejsca poświęcono kwestiom, o których u nas wiele się nie mówi, jak np. okupacji Singapuru przez Japończyków, czy głodzie w Holandii.
Wystawa jest ciekawa i można poświęcić te 2 – 3 godziny, żeby bez znużenia ją obejrzeć. Nie mówię, że co roku, ale za parę lat może jeszcze tam kiedyś wrócę. Natomiast architektonicznie muzeum mnie trochę rozczarowało (podobnie, jak Polin w Warszawie, w którym byłem we wrześniu 2019 roku).
Nowe osiedla w pobliżu muzeum II wojny światowejGłówna oś wystawy w muzeumKamień upamiętniający „Dąb Hitlera”Czekolada z ananasem na wystawie przedwojennego sklepuZabawka z Kalisza – ciężarówka
Po odwiedzeniu muzeum, poszwendałem się jeszcze trochę po centrum Gdańska. Doszedłem m.in. do słynnej poczty gdańskiej. Poczta gdańska kojarzy mi się przede wszystkim z „Blaszanym bębenkiem”, który czytałem 14 lat temu. Jest tam szczegółowo, chociaż trochę w krzywym zwierciadle, opisana obrona poczty.
Sam budynek jest bardzo ciekawy i żałuję, że nie miałem czasu na zwiedzenie muzeum. Przed muzeum znajduje się monumentalny pomnik upamiętniający pocztowców. Natomiast na mnie dużo większe wrażenie zrobiło miejsce pamięci na podwórzu budynku poczty, gdzie znajduje się tajemniczy relief oraz zaznaczone jest miejsce rozstrzelania ofiar.
Potem udałem się Długim Nabrzeżem w kierunku Bazyliki Mariackiej i Długiego Targu (wiem, że to trochę nie po drodze, ale nie szkodzi). Na trasie można podziwiać nie tylko gdańskie „zabytki” (odbudowane po wojnie), ale również trochę ciekawej architektury modernistycznej. Z oddali widziałem „Sołdka”, którego zwiedzałem 2 lata temu.
Zahaczyłem o Bazylikę Mariacką, która zadziwia mnie za każdym razem swym ogromem.
Spichlerze i Sołdek (który zwiedzałem w 2022)Relief nad jednym z wejść do bazyliki mariackiej
Skoro jestem już przy miastach, to muszę jeszcze wspomnieć o Sopocie, który odwiedziłem ostatniego dnia. O dziwo, chociaż był to początek lutego, były tłumy turystów. Pogoda w pewnym momencie zrobiła się paskudna. Na szczęście mogłem się posilić gorącą czekoladą w pijalni Wedla. 🤭
Fale rozbijające się o falochron przy molo w Sopocie
Nad morze jeżdżę nie tylko ze względu na atrakcje zapewniane przez Trójmiasto, ale w dużej mierze również także z uwagi na bardzo ciekawą nadmorską przyrodę. W ogóle pomorze jest bardzo ciekawe i inne niż Wielkopolska, w której mieszkam. Przede wszystkim, jadąc do Trójmiasta, widać wyraźnie, że okolica nie jest tak płaska. Teren jest pofałdowany, w oddali widać jakieś wzgórki. Nad samym morze przyroda też jest ciekawa i niejednolita. W Gdyni atrakcją jest Kępa Redłowska i Klif Orłowski. Za każdym razem będąc w Gdyni idę w tamte okolice i przechodzę ok. 4 – 5 km. Nawet można z Orłowa dojść do Sopotu, ale ja póki co się na to nie porwałem.
Droga wzdłuż wybrzeża jest bardzo malownicza i jak dotąd mi się nie znudziła. Poziom wody w morzu uniemożliwiał, w przeciwieństwie do moich pierwszych wędrówek w 2019 roku, przejście „pod” Kępą Redłowską (po betonowej opasce). Za to można iść „przez” Kępę – i tam do zwiedzania się resztki umocnień i stanowisk artyleryjskich. Z resztą dużą część Kępy zajmuje teren wojskowy i gdy przechodziłem przez te okolice w tym roku, to chyba nawet mignął mi gdzieś niedaleko jakiś żołnierz w trakcie obchodu. Potem ciekawy jest Klif Orłowski – jedna z głównych atrakcji miasta, stopniowo pożerana przez morze.
Tym razem próbowałem po raz pierwszy przejść pod klifem, ale musiałem zawrócić, gdy natrafiłem na gliniaste grzęzawisko, do którego trzeba by mieć kalosze, żeby przez nie przejść.
Najpiękniejsze jest jednak wybrzeże na Półwyspie Helskim, które tym razem zwiedzałem pomimo złej pogody i mojego złego samopoczucia. Wtedy po raz pierwszy byłem na Helu po opadach śniegu – i helskie lasy, wydmy i plaża przyprószone śniegiem wyglądały niezwykle. Porywy wiatru jednak odstraszały od dalszych wędrówek.
W stronę Kępy RedłowskiejKępa RedłowskaOkolice Klifu OrłowskiegoMolo orłowskiePlaża miejska w Gdyni przy złej pogodzieLeśne ścieżki na Helu
Droga nad morze tym razem wiodła mnie przez Gniezno, Świecie, Chełmno, Kwidzyn, Pelplin. Postanowiłem uzupełnić wycieczkę o te obiekty, których nie udało mi się zobaczyć za dwa lata temu.
Gniezno
Poprzedni raz w Gnieźnie byłem 9 lat temu, jeszcze byłem wtedy na studiach. Po prostu pewnego zimowego dnia zrobiłem sobie krótką wycieczkę z Poznania do Gniezna i pamiętam z niej głównie to, że wiał lodowaty, przenikliwy wiatr.
Jeszcze dawniej gdzieś ok. czwartej klasy podstawówki byłem w Gnieźnie z wujkiem. Widziałem wtedy drzwi gnieźnieńskie i pamiętam, że byłem zdziwiony, że są tak stosunkowo nieduże.
Teraz rzecz jasna znowu odwiedziłem katedrę. Na jej temat można znaleźć świetny film dokumentalny na YouTube. Film jest warty obejrzenia, bo katedra robi jeszcze większe wrażenie, gdy się wie, na co się patrzy. Wtedy na przykład widać, że cały budynek jest lekko skrzywiony. Warte odwiedzenia jest też muzeum diecezjalne, w szczególności że są w nim nie tylko zabytki związane z kościołem.
A poza tym, no cóż… samo Gniezno to niewątpliwie dziura, podobna pod wielom względami do Kalisza. Tyle tylko, że jest to dziura z obwodnicą i drogą ekspresową.
MalczewskiKapcie kardynała Wyszyńskiego Widok z Rynku
Świecie i Chełmno
Świecie mnie mocno rozczarowało, bo właściwie nie ma tam niczego ciekawego. Może o innej porze roku byłoby lepiej. Zamek Krzyżacki w Świeciu też nie jest nadzwyczajny. Jest malowniczo położony, nad Wdą (która gdzieś w tych okolicach wpada do Wisły), która na dodatek pięknie się rozlała po otaczających ją łąkach, ale poza tym samo otoczenie zamku nie jest zachęcające – wokół są śmieci i wszystko wygląda na rozgrzebany plac budowy.
Wda w ŚwieciuZamek w Świeciu
Chełmno to zupełnie co innego. To miasto z bardzo starą, wielowiekową historią. I dzisiaj jest dużo bardziej zachęcające. Przede wszystkim ma ciekawą starówkę, która to starówka jest trochę przykurzona (co ma swój urok), ale jest żywa – nie jest to taki skansen, jak np. w Lublinie. Są tam ciekawe średniowieczne zabytki, kościoły, czy tez różne inne budynki. No i przede wszystkim ma doskonale zachowane średniowieczne mury miejskie wraz z niektórymi wierszami – podobnie, jak w Byczynie.
Rynek w ChełmnieWjazd w starą część ChełmnaKościół farnyChrzcielnicą – wygląda na naprawdę starąBrama grudziądzkaWieża ciśnieńInny gotycki kociołFragment murów
Grudziądz
Następnego dnia jechałem już prosto do Gdyni, ale z przystankami. Pierwszy przystanek był w Grudziądzu, w którym poprzednim razem miałem nawet nocleg.
Chociaż Grudziądz jest miastem mniejszym od Kalisza, to niestety nasze miasta dzieli przepaść – widać to przede wszystkim po infrastrukturze. Grudziądz ma tramwaje, jest podłączony do autostrady, ma obwodnicę, o wiele lepsze drogi, ma atrakcyjną i ciekawą starówkę. Oczywiście widziałem też minusy, np. dzikie parkingi i śmieci. Ale całościowo robi pozytywne wrażenie.
Ponownie udałem się na krótki spacer po grudziądzkiej starówce; nad rozlewiskami Wisły górują majestatyczne średniowieczne spichlerze. Starówka położona jest na wysokiej skarpie nad doliną Wisły. To bardzo malowniczy widok; obecnie poziom Wisły znacznie się podniósł. Starówka za dnia prezentuje się nieźle, chociaż widziałem niedostatki, które poprzednio spowijał mrok – pewne niedoróbki, śmieci itp. Nie zmienia to jednak faktu, że i tak jest tam co oglądać.
Spichlerze, obecnie niektóre zaadaptowane na inne cele
Kwidzyn
Po krótkiej wizycie w Grudziądzu, ruszyłem nadrobić zaległości z Kwidzyna. Ruszyłem więc z Grudziądza na północ. W Kwidzynie byłem już poprzednim razem, ale wówczas zobaczyłem Zamek Krzyżacki, ale nie widziałem złączonej z nim konkatedry.
Droga przez pomorze jest w ogóle bardzo malownicza. Krajobrazy są zupełnie inne, niż w Wielkopolsce. Droga wiedzie przez teren pagórkowaty. W oddali na horyzoncie majaczą pola, łąki, lasy. Teren jest dużo bardziej zróżnicowany i ciekawy. Nie ma porozciąganych, ciągnących się kilometrami wioch (a przynajmniej jest ich mniej). Dlatego jedzie się spokojnie, ale do przodu, z równą prędkością.
Do Zamku Krzyżackiego tym razem nie wchodziłem. Ale udało mi się wejść do kościoła, który jest bardzo ciekawą gotycką katedrą. Jest może trochę przykurzony, ale dodaje mu to uroku. Wewnątrz są ciekawe polichromie.
Wieża gdaniskoWejście do zamku krzyżackiego
Gniew
Po wyjeździe z Kwidzyna i pokonaniu kilkunastu rond, które są w tym mieście, ruszyłem na zachód, aby pokonać po nowoczesnym moście Wisłę. Poprzednim razem nie planowałem wcale wstępować do Gniewu, ale tak urzekło mnie jego położenie, że na chwilę się zatrzymałem. Tym razem też postanowiłem chociaż na 10 minut się tam zatrzymać.
Gotycki kościół w GniewieWidok z rynku na zamek
Pelplin
Potem w końcu mogłem ruszyć, aby zwiedzić zaplanowany na ten dzień gwóźdź programu, czyli muzeum diecezjalne w Pelplinie, które dwa lata temu było w remoncie. Tym razem mi się udało. W muzeum nie było tłumu zwiedzających, co jest dziwne, bo jest w nim wiele ciekawych obiektów – przede wszystkim polska Biblia Gutenberga, a poza tym ciekawe przykłady sztuki sakralnej, głównie zebranej z kościołów na pomorzu.
Poza tym, wielką atrakcją Pelplina jest bazylika katedralna, wchodząca w skład pocysterskiego kompleksu zabudowań. Jest to bardzo imponujący przykład budowli gotyckiej. Poprzednim razem nie udało mi się jej odwiedzić.
Jeszcze na chwilę wrócę do mojego wyjazdu nad morze zimą. Dla kogoś, kto mieszka nad morzem, to pewnie nie są żadne atrakcje (podobnie dla tych, co np. mieszkają w górach i mają góry na co dzień). Ale dla mnie, tj. dla mieszkańca płaskich jak stół nizin, gdzie nie ma niczego atrakcyjnego, morze i nadmorska przyroda, są bardzo pociągające. Oczywiście, w moich okolicach też są ładne miejsca (ohydne także). W okolicach Trójmiasta takich miejsc jest wiele, nawet w samej Gdyni, np. Kępa Redłowska – bardzo mi się tam podoba.
Ale najpiękniejszy mimo wszystko jest Półwysep Helski – szczególnie w okolicach samego koniuszka. Warunki tam panujące są dosyć surowe – wiatr, zimno. Wybrzeże pokryte jest karłowatym lasem, smaganym nieustannie przez morskie wiatry. Przyroda jest w miarę „dzika” (na ile może być dzika w takim kurorcie), zimą – nie aż tak bardzo zadeptana. Bezkresne plaże i morze bardzo mi się podobają.
GdyniaWyjście z lasu na plażę na Półwyspie HelskimPlażaCypel Rewski
Gdy za pierwszym razem wybierałem się do Trójmiasta, bardziej atrakcyjny wydawał mi się Gdańsk. Szybko jednak okazało się, że to nieprawda. W 2019 roku nie udało mi się znaleźć, sensownego noclegu w Gdańsku – i tak trafiłem do Gdyni. Od razu stwierdziłem, że Gdynia jest fantastycznym miastem.
To nie jest miasto ani stare, ani zabytkowe (nie licząc zabytków gdyńskiego modernizmu, z których jednak i tak żaden nie ma więcej, niż 100 lat). Ale i tak przyciąga ciekawą urbanistyką, ładną i spójną architekturą. Po prostu widać, że to jest naprawdę miasto do mieszkania. Oczywiście nie jest bez wad, jak każde miasto. Ale odniosłem wrażenie, że dzięki swojej stosunkowej kompaktowoście i ładnemu położeniu, jest dobrym miejscem do życia.
Zachwyca mnie położenie Kamiennej Góry. To dzielnica znajdująca się między ścisłym centrum Gdyni a wybrzeżem. Z jednej strony jest to właściwie centrum, jest nad samym morzem, ale jednocześnie jest na uboczu; jest tam kameralnie i spokojnie. Za pierwszym razem przypadkowo znalazłem tam nocleg i odtąd zawsze już będę chciał tam wracać. W tej dzielnicy znajdują się luksusowe, wielkie, przedwojenne wille. Są także ciekawe budynki użyteczności publicznej, rzecz jasna w stylu gdyńskiego modernizmu (np. Wojskowy Sąd Garnizonowy). Znajdują się tam bloki, ale przedwojenne (niskie, dosyć ciasne), a także młodsze wieżowce. Dużą zaletą jest wyjątkowa bliskość morza, a także innych atrakcji przyrodniczych, choćby Kępy Redłowskiej.
W Gdyni nie ma wielu spektakularnych atrakcji, ale jak dla mnie samo miasto jest atrakcją. Całkiem ładne, nieźle zaprojektowane, ze sprawną komunikacją publiczną. Jest malowniczo położone, bo na wzgórzach (czy jest drugie takie miasto u nas, przynajmniej poza górami?). Otoczone jest lasami, przez które się wjeżdża do Gdyni. W środku też są miejsca wartościowe przyrodniczo, przede wszystkim Kępa Redłowska, Orłowo.
Gdynia się szczepiZa chwilę gradobicieŚwiętojańskaKamienna GóraGdyński modernizmOrłowoWystawa przy szkole plastycznejMarina w Gdyni
Gdańsk jest dużo bardziej podobny do innych dużych miast, typu Poznań, Wrocław, Łódź czy Kraków. Mieszkać bym w nim nie chciał. Duży ruch, duży hałas. Starówka – komercyjny disneyland dla turystów (piękna, ale martwa). Centrum otoczone autostradami w środku miasta. Te koszmarne, wielopasmowe drogi koło Bramy Wyżynnej to jakiejś zupełne nieporozumienie.
Niewątpliwą atrakcją Gdańska jest Europejskie Centrum Solidarności. Byłem w nim 2 lata temu; bardzo ciekawe miejsce, szczególnie jeśli ktoś choć trochę interesuje się historią współczesną.
Muzeum Morskie – dosyć ciekawe, ale mam wrażenie, że ekspozycja częściowo zatrzymała się w latach 80. XX wieku. Jak dla mnie, najciekawsza była lodówka, w której znajdowało się ceramiczne naczynie z 200-letnim masłem, wyłowionym z okrętu, który zatonął dawno temu na Morzu Bałtyckim. No i chyba największą atrakcją jest „Sołdek”, czyli masowiec zbudowany w Stoczni Gdańskiej. Można zwiedzać jego dużą część, od maszynowni po kajuty załogi. Daje to jakieś wyobrażenie o życiu na morzu. Szkoda tylko, że nie ma opisów elementów wyposażenia. Więcej zdjęć z muzeum morskiego.
Molo w Sopocie
W 2019 roku chciałem też odwiedzić Muzeum Narodowe w Gdańsku, żeby zobaczyć Sąd ostateczny, ale niestety wtedy muzeum było nieczynne. Udało mi się w 2022 roku; odwiedziłem oddział poświęcony sztuce dawnej. Średniowieczny obraz rzeczywiście robi wrażenie.
Park OliwskiKatedra OliwskaWille w OliwieGłówne MiastoBrama WyżynnaDwustuletnie masełko„Sąd ostateczny”Klepsydra służąca do odmierzania czasu trwania kazaniaZabawkowe utensylia kościelneMiśnieńska filiżanka z ręcznie malowanymi wrąbkamiKot pilnuje MN w GdańskuBazylika mariacka
Innego dnia pojechałem także, aby odwiedzić obrzeża Gdańska, a konkretnie Oliwę. Ta dzielnica Gdańska przypomina poznański Sołacz: park, stare luksusowe wille, brukowane uliczki. Piękny jest Park Oliwski. No a archikatedra, to wiadomo. Trzeba ją zobaczyć 😀
Po ponad dwóch latach ponownie wybrałem się nad morze. Pierwszy raz na dłużej pojechałem do Trójmiasta w grudniu 2019 roku, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Bardzo mi się tam spodobało, a najbardziej Gdynia! W 2020 roku znowu planowałem wyjazd, ale nic z niego nie wyszło z powodu pandemii. W 2021 roku nie miałem już urlopu. Dlatego na pierwszy od blisko dwóch lat urlop wybrałem się znowu do Gdyni. Ale tym razem trochę więcej pozwiedziałem, bo pojechałem samochodem. W drodze do Gdyni postanowiłem wstąpić na jedną noc do Grudziądza; chciałem także coś zobaczyć po drodze.
Plany podróży trochę pokrzyżowała pogoda. Był to weekend, w którym były straszne wichury, śnieg z deszczem i nieprzyjemny spadek temperatury.
W pierwszej kolejności wstąpiłem do Włocławka. Niestety dosyć mocno mnie rozczarował, nie wiem, czy to wina złej pogody (wiatr, deszcz)? Włocławek jest miastem podobnym do Kalisza, z podobną liczbą ludności. Powinien mieć więc i podobne problemy. Sprawia wrażenie miasta lekko podupadłego (czy Kalisz też tak wygląda??), chociaż może za krótko w nim byłem, żeby oceniać…
Najpierw pojechałem do tamy. Chciałem zobaczyć Zalew Włocławski i stopień wodny. Jest tam nawet parking. Ohydna pogoda nie zachęcała do dłuższego zwiedzania tego terenu. Ale tama jest niewątpliwie imponująca (pomimo jej złego wpływu na środowisko), a zalew wygląda bardzo malowniczo. Później przez przedmieścia i tereny przemysłowe pojechałem do centrum. Bulwary nad Wisłą wyglądały bardzo ładnie. Blisko rzeki stoi też imponująca neogotycka katedra. Rzecz jasna, zamknięta. Dalej nie było już tak dobrze. Po przejechaniu ponad 150 km liczyłem, że będę mógł wejść do jakiejś kawiarni choćby na 10 minut. Przeliczyłem się. W centrum Włocławka nie znalazłem żadnego takiego przybytku, chociaż przyznam, że nie szukałem zbyt długo, bo mi się nie chciało. Trafiłem na coś w rodzaju deptaku. Sprawiał bardzo depresyjne wrażenie. Widać, że kiedyś tam przeprowadzono jakąś rewitalizację (w miarę współczesna nawierzchnia, obudowane drzewka), ale całość sprawiała wrażenie, że od tamtej pory miasto zdążyło się pogrążyć w stagnacji. Mówiąc eufemistycznym językiem rzeczoznawców majątkowych: uległa już amortyzacji. Ulica wypełniona była rozsypującymi się kamienicami, witrynami zabitymi dechami i wyjątkowo nędznymi kramami. Mówiąc krótko, stereotypowa prowincja w pigułce. Znacznie gorzej niż w Kaliszu, w którym centrum także mocno podupadło.
Wisła we WłocławkuKatedra we WłocławkuRuiny deptakuOpuszczone witryny, podupadłe nędzne kramy i samochody na chodnikach to znak rozpoznawczy polskiej prowincji
Pogoda zniechęciła mnie do dalszego zwiedzania, a poza tym, byłem głodny. Zaciekawił mnie mural z napisem „Włocławski fajans”. Nigdy o takim nie słyszałem. Niestety nie udało mi się zobaczyć wyrobów ceramicznych, które przecież bardzo lubię. Po kilku dniach (zupełnie przypadkiem, w Toruniu) dowiedziałem się, że przed laty istniała we Włocławku fabryka porcelany. Niestety została zamknięta, ostatnie sztuki ich produktów można kupić na wyprzedaży.
Moje plany obejmowały wizytę w Chełmnie, który znajduje się niedaleko Grudziądza i słynie ze średniowiecznych murów miejskich. Jednak gdy jechałem z Włocławka w kierunku autostrady A1 zauważyłem, że jadące samochody mają zupełnie oblepione śniegiem tablice rejestracyjne. W krótkim czasie pogoda bardzo się pogorszyła; zaczął padać deszcz ze śniegiem, na ziemi leżała „kasza”. Dlatego, obawiając się warunków na drodze, postanowiłem odpuścić tym razem (niestety) Chełmno i pojechać prosto do Grudziądza.
Grudziądz znajduje się niedaleko, ale miasto ma zupełnie inny charakter i zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie (chociaż przyznam, nie spędziłem w nim nawet 1 doby).
Spichlerze w Grudziądzu
Zatrzymałem się na obrzeżach miasta. Na godzinę wstąpiłem do Geotermii. Nie jest ona aż tak fajna, jak zapowiada strona internetowa, chociaż kąpiel w solance jest ciekawym doświadczeniem. Szczególnie w tej z wyjątkowo wysokim stężeniem soli. Zupełnie nie ma w niej grawitacji. Nie da się pływać, stężenie soli przeszkadza. Na początku całe ciało szczypie. Ale po kilku minutach kąpiel w gorącej wodzie staje się przyjemna. Brakuje basenu sportowego.
Wieczorem udałem się na grudziądzką starówkę, która jest naprawdę ciekawa. Słynie przede wszystkim z majestatycznych zabytkowych spichlerzy górujących nad doliną Wisły. Po kilkuset metrach dochodzi się do stromych schodów, którymi można wejść na górę i dojść na rynek. Jest tam pełno wąskich zaułków. Obok są także ruiny zamku, także się do nich wdrapałem. Nie wiem dlaczego, ale Grudziądz sprawa bardzo pozytywne wrażenie. Także wtedy, gdy jedzie się samochodem wśród bloków. Jadąc na obrzeża zauważyłem, że osiedle bloków graniczy ze ścianą lasu. Coś niespotykanego. Chętnie zobaczyłbym Grudziądz za dnia.
Niektóre spichlerze przerobiono na budynki mieszkalne
Następnego dnia nie mogłem się zdecydować, który zamek krzyżacki powinienem jeszcze zobaczyć. Dwa lata temu byłem w Malborku. Teraz rozważałem zamek w Kwidzynie albo w Sztumie. Ostatecznie pojechałem do Kwidzyna, gdzie zamek jest – jak się zdaje – większy. W Kwidzynie nad miastem góruje olbrzymia kolegiata, do której doklejony jest zamek. W mieście właśnie trwał finał WOŚP, ale pogoda sprawiała, że impreza nie była zbyt liczna. W centrym właściwie nie ma starych budynków; wyraźnie widać, że przez miasto przeszła wojna i niewiele z niego zostało. Natomiast zamek jest naprawdę stary i naprawdę dosyć ciekawy, chociaż nie robi aż takiego wrażenia jak zamek w Malborku; przede wszystkim jest kilkanaście razy mniejszy i nie zajmuje dużego terenu. Ale jest wyraźnie gotycki, a to już coś.
Zamek krzyżacki w Kwidzynie, do którego przyklejona jest wielka katedraMłynki do kawyPralka
Budynek pełnił w czasach niemieckich siedzibę różnych instytucji, np. sądu. Dlatego do dzisiaj zachowały się w środku różna napisy wymalowane na ścianach (np. zakaz palenia). Wnętrza nie są zbyt imponujące. Dosyć ciekawa jest wystawa etnograficzna, na której zgromadzono wiele różnych gratów, np. starą pralkę czy młynek do kawy.
Następnie planowałem pojechać prosto do Pelplina. W tym celu trzeba przejechać przez Wisłę; po drugiej stronie rzeki rozpoczyna się Kociewie. Miałem nie wstępować do Gniewu, ale gdy przekraczając Wisłę zobaczyłem gotycki kościół górujący nad miastem i wspaniały zamek, to nie mogłem się oprzeć i postanowiłem zatrzymać się chociaż na chwilę.
Gniew jest moim zdaniem pod wieloma względami podobny do Byczyny. Jest to bardzo małe miasteczko, z wąskimi uliczkami, wypełnione starym budownictwem; nie ma wiele do zaoferowania poza atmosferą. Ale to wystarczy. Na początku natknąłem się na gotycki kościół. Jest ciekawy (z resztą na Pomorzu takich starych, gotyckich kościołów jest pełno – podobnie, jak u nas barokowych), choć nie aż tak zadbany, jak wspaniałe katedry. Ale i tak warto zobaczyć. Rzuciły mi się w oczy tabliczki z nazwiskami wiernych, rozpisane na ławkach na poszczególne godziny. Ciekawa jest też antresola z organami, która nie znajduje się nad wejściem do kościoła, ale bliżej środka nawy.
Potem przeszedłem przez rynek i zacząłem szukać zamku. Ostatecznie do niego dotarłem. Zamek jest wielki i dobrze zachowany. Ale zwiedzać go można raczej tylko z zewnątrz, bo w środku jest hotel (a właściwie to jakiś kompleks, bo są tam trzy hotele obok siebie, lądowisko dla helikopterów itp.; stamtąd rozpościera się niesamowity widok na dolinę Wisły).
Wnętrze kościoła w GniewieUliczka w GniewieZamek w Gniewie
Ostatnim punktem programu miał być Pelplin. Ale to było wielkie rozczarowanie. Przynajmniej tym razem. Pelplin, to jak wiadomo, jedna z najstarszych siedzib diecezji. Poza tym swój rozwój Pelplin zawdzięcza cystersom, którzy pozostawili po sobie wielki kompleks poklasztornych zabudowań. Przede wszystkim monstrualną archikatedrę, której nie powstydziłoby się żadne większe miasto. Niewiele jednak z niej zobaczyłem, bo właśnie zaczynała się msza.
Żelaznym punktem programu powinno być też muzeum diecezjalne, które słynie przede wszystkim z bezcennej kopii Biblii Gutenberga. Niestety jest nieczynne do odwołania. W dodatku nigdzie nie ma informacji, kiedy będzie otwarte, czy w ogóle jest czynne. Informacje w internecie są sprzeczne, na wiadomości nikt nie odpowiada. Pocałowałem więc klamkę.
Po nieudanej wizycie w Pelplinie ruszyłem autostradą do Gdyni.