Autobiografie”

O Tho­ma­sie Bern­har­dzie już kie­dyś napi­sa­łem kil­ka zdań. Teraz jed­nak zno­wu jest oka­zja, bo wła­śnie skoń­czy­łem czy­tać jego „Auto­bio­gra­fie”.

To nie jest rzecz jasna auto­bio­gra­fia auto­ra w ści­słym zna­cze­niu tego sło­wa. To zde­cy­do­wa­nie powieść, cho­ciaż bar­dzo spe­cy­ficz­na, jak cała twór­czość Bern­har­da. Autor opi­su­je w niej swo­je doświad­cze­nia i obser­wa­cje z cza­sów mło­do­ści i dzie­ciń­stwa. Przy­naj­mniej może­my się domy­ślać, że są to wspo­mnie­nia auto­ra, cho­ciaż rzecz jasna trud­no jed­no­znacz­nie zwe­ry­fi­ko­wać, czy to wszyst­ko autor prze­żył napraw­dę. Jeśli nawet nie wszyst­ko w tej książ­ce to opis życia auto­ra, to na pew­no duża część. W książ­kach jest mowa o rodzi­nie, wie­lo­krot­nych prze­pro­wadz­kach, szko­le, grze na skrzyp­cach, lek­cjach śpie­wu, woj­nie, rela­cjach z rówie­śni­ka­mi, pra­cy i cho­ro­bie płuc. Chy­ba po pro­stu o tym wszyst­kim, co zawa­ży­ło na póź­niej­szym życiu pisarza.

Książ­ka skła­da się wła­ści­wie z pię­ciu mniej­szych czę­ści, któ­re moż­na czy­tać nie­za­leż­nie i któ­re z resz­tą wcze­śniej były wyda­wa­ne osob­no (wcze­śniej prze­czy­ta­łem „Chłód” i „Sute­re­nę” w jakiś przed­po­to­po­wych wyda­niach). W 2019 roku Wydaw­nic­two Czar­ne wyda­ło je jako jeden tom.

Na pierw­szy rzut oka lite­ra­tu­ra Bern­har­da nie wyglą­da zachę­ca­ją­co: dłu­gie zda­nia, brak aka­pi­tów, brak dia­lo­gów, cała książ­ka jako jeden mega­roz­dział. Moż­na powie­dzieć, że to prze­pis na lite­rac­ką kata­stro­fę albo lite­ra­tu­rę dla wąskie­go gro­na mania­ków i maso­chi­stów. Ale tak nie jest. Pomi­mo tego, że autor pisze w sty­lu przy­po­mi­na­ją­cym stru­mień świa­do­mo­ści, to ta jego świa­do­mość nie jest nud­na; wręcz prze­ciw­nie jest pozy­tyw­nie zaska­ku­ją­ca i wcią­ga­ją­ca. Nar­ra­tor snu­je swą opo­wieść, naj­pierw płyn­nie oma­wia wyda­rze­nia z życia, a następ­nie robi zupeł­ny skok w bok – jakąś nie­sa­mo­wi­tą dygre­sję, by po pew­nym cza­sie powró­cić do głów­ne­go nur­tu roz­wa­żań. Ale pomi­mo tego czy­tel­nik nie gubi się fabu­le. Książ­ka jest cie­ka­wa i pomi­mo mało, na pierw­szy rzut oka, przy­stęp­nej for­my, ma się ocho­tę wie­dzieć, co zda­rzy­ło się dalej. Autor opi­su­je swo­je życie, ale tak­że czy­ni wie­le uwag natu­ry ogól­nej, dzie­li się z czy­tel­ni­kiem swo­imi spo­strze­że­nia­mi na temat spo­łe­czeń­stwa i rela­cji mię­dzy­ludz­kich. Poza tym powieść jest cie­ka­wym źró­dłem wie­dzy na temat Austrii, któ­ra nie jest u nas wca­le aż tak znana.

Tho­mas Bern­hard „Auto­bio­gra­fie” • Opis poby­tu w szpi­ta­lu w związ­ku z cho­ro­bą płuc

Wła­ści­wie nie ma tu dia­lo­gów. A jeśli są, to są to dia­lo­gi z samym sobą. W koń­cu moż­na odnieść wra­że­nie, chy­ba słusz­ne, że dla Bern­har­da tyl­ko on sam, ewen­tu­al­nie jego dzia­dek, któ­ry zajął bar­dzo istot­ne miej­sce w jego życiu, był god­nym uwa­gi roz­mów­cą. T.B. nie boi się tego przy­znać, że cała resz­ta ludzi, to po pro­stu głup­cy (ele­ganc­ko to nazywając).

T.B. wspo­mi­na swo­je dzie­ciń­stwo przed woj­ną, w cza­sie woj­ny oraz w dru­giej poło­wie lat 40. Opi­su­je bom­bar­do­wa­nia Sal­zbur­ga, w któ­rym ówcze­śnie miesz­kał. Przy­po­mi­na, jak cho­dził do szko­ły: naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej, w 1945 roku prze­ro­bio­nej na kato­lic­ką (pisze, że róż­ni­ca nie­wiel­ka). Opi­su­je swo­je rela­cje z inny­mi rówie­śni­ka­mi i nauczy­cie­la­mi. Ogól­nie rzecz bio­rąc nie są to wspo­mnie­nia budu­ją­ce. Bie­da, pato­lo­gicz­ne rela­cje z rodzi­ca­mi, czę­ste prze­pro­wadz­ki, złe wyni­ki w szko­le, brak pomy­słu na wła­sną przy­szłość, oto­cze­nie skła­da­ją­ce się z ludzi pod­łych i tępych. I w koń­cu kosz­mar­na cho­ro­ba, poby­ty w szpi­ta­lu w sali dla umie­ra­ją­cych, a na koń­cu w sanatorium-umieralni.

W książ­ce jest tak­że mowa o Austrii przed­wo­jen­nej, następ­nie wcie­lo­nej do Rze­szy nie­miec­kiej; o tym, jak w nie­miec­kiej szko­le T.B. nazy­wa­ny był „Austry­ja­kiem”. Mowa jest tak­że o hitle­row­skich wyjaz­dach waka­cyj­nych dla „trud­nych dzie­ci”, na któ­rych się zna­lazł, z powo­du nie­umie­jęt­no­ści funk­cjo­no­wa­nia w społeczeństwie.

Tho­mas Bern­hard „Auto­bio­gra­fie” • Naro­do­wo­so­cja­li­stycz­ne „kolo­nie” dla dzie­ci z „trud­nych rodzin”

Trau­ma­tycz­ne dzie­ciń­stwo nazna­czo­ne wie­lo­ma przy­kry­mi wyda­rze­nia­mi nie­wąt­pli­wie mia­ło wpływ na życie pisa­rza; nic więc dziw­ne­go, że poświę­cił mu zna­czą­ce dzie­ło. Z innych utwo­rów Bern­har­da bije pesy­mizm i brak złu­dzeń co do ludzi. Twór­czość T.B. to cie­ka­wa pozy­cja w lite­ra­tu­rze dwu­dzie­ste­go wie­ku i przy­dat­ny łącz­nik z przeszłością.

I jeszcze jedno

Jesz­cze jed­na myśl okolicznościowa:

Tak powie­dzia­łem sobie w sercu:

«Oto nagro­ma­dzi­łem i przy­spo­rzy­łem mądro­ści więcej
niż wszy­scy, co wła­da­li przede mną na Jeruzalem»,
a ser­ce me doświad­czy­ło wie­le mądro­ści i wiedzy.

I posta­no­wi­łem sobie poznać
mądrość i wie­dzę, sza­leń­stwo i głupotę.

Pozna­łem, że rów­nież i to jest pogo­nią za wiatrem,
bo w wiel­kiej mądro­ści – wie­le utrapienia,
a kto przy­spa­rza wie­dzy – przy­spa­rza i cier­pień.

 

 

Posta­no­wi­łem
przyj­rzeć się mądrości,
a tak­że sza­leń­stwu i głupocie.

Bo cze­goż jesz­cze doko­nać może człowiek,
któ­ry nastą­pi po królu,
nad to, cze­go on już dokonał?

I zoba­czy­łem,
że mądrość tak prze­wyż­sza głupotę,
jak świa­tło prze­wyż­sza ciemności.

Mędrzec ma w gło­wie swo­jej oczy,
a głu­piec cho­dzi w ciemności.

Ale pozna­łem tak samo,
że ten sam los
spo­ty­ka wszystkich.

Więc powie­dzia­łem sobie:
«Jaki los głupca,
taki i mój będzie.
I po cóż więc nabyłem
tyle mądrości?»

Rze­kłem prze­to w ser­cu, że i to jest marność.
Bo nie ma wiecz­nej pamię­ci po mędrcu
tak samo, jak i po głupcu,
gdyż już w naj­bliż­szych dniach
w nie­pa­mięć idzie wszystko;
czyż nie umie­ra mędrzec tak samo jak i głupiec?

Toteż znie­na­wi­dzi­łem życie,
gdyż przy­kre mi były wszyst­kie sprawy,
jakie się dzie­ją pod słońcem;
bo wszyst­ko mar­ność i pogoń za wia­trem.

(Koh 1, 16 – 18. 2, 12 – 17)

Księga poznania

Nie­ca­ły tydzień temu, we wto­rek, mia­łem obro­nę. W sobo­tę – abso­lu­to­rium. Jed­nym sło­wem jestem magi­strem, a stu­dia, któ­re dopie­ro co roz­po­czą­łem, mam już za sobą.

Z tej oka­zji – prze­wrot­ny cyta­cik okolicznościowy.

Choć filo­zo­fię studiowałem,
medycz­ny kunszt, arka­na prawa
i teo­lo­gię też, z zapałem
god­nym, zaiste, lep­szej sprawy,
na nic się zda­ły moje trudy —
jestem tak mądry, jak i wprzódy!

Zwą mnie magi­strem, ba, doktorem!
Od lat dzie­się­ciu za nos wodzę
po krę­tej poszu­ki­wań drodze
swych uczniów głup­ko­wa­tą sforę
i widzę, że nic nie wiem przecie.

Ta myśl, jak kamień, ser­ce gniecie!

I cóż, żem jest mędr­szy niż owe gaduły
magi­stry, dok­to­ry, pisma­ki i klechy,
że za nic mam wszel­kie moral­ne skrupuły,
nie boję się dia­bła ni kary za grzechy —
wraz z trwo­gą i radość zosta­ła odjęta,
bo księ­ga pozna­nia jest dla mnie zamknięta!

Czyż ster­tą uczo­nych książ­ko­wych mądrości
napra­wić świat zdo­łam, dać szczę­ście ludzkości?

(Goethe)

Teraz mogę sobie przed nazwi­skiem na górze stro­ny dodać „mgr” 🙂

Ubój egzaminacyjny

W ponie­dzia­łek roz­po­czę­ła się, dla mnie już ósma, sesja egza­mi­na­cyj­na. Jestem już po czte­rech, a wła­ści­wie pię­ciu egza­mi­nach. Przede mną jesz­cze jeden. Bo nie­ste­ty – jeden musia­łem pisać dwa razy. Dodam, że był to egza­min nad­zwy­czaj­nie okrop­ny. Do tej pory myśla­łem, że pra­wo ochro­ny śro­do­wi­ska było naj­gor­szym egza­mi­nem, jaki zda­wa­łem (a zda­wa­łem dwa razy), ale oka­za­ło się, że teo­ria i filo­zo­fia pra­wa może być rów­nie paskud­na. Naj­gor­sze było w tym wszyst­kim to, że – jak mi się zda­wa­ło – już przy pierw­szym podej­ściu byłem bar­dzo dobrze przy­go­to­wa­ny. No ale mia­łem pecha.

Na kpi­nę zakra­wa fakt, że z ćwi­czeń z tego przed­mio­tu mia­łem piąt­kę. Tak więc w indek­sie obok jedyn­ki z egza­mi­nu, wid­nie­je piąt­ka z ćwi­czeń. Filo­zo­fia mnie nigdy zbyt­nio nie inte­re­so­wa­ła, ale ćwi­cze­nia prze­ko­na­ły mnie, że jed­nak może być bar­dzo cie­ka­wa. Nato­miast wykład i podwój­nie zda­wa­ny egza­min raczej we mnie tę cie­ka­wość zli­kwi­do­wa­ły. Nie tyl­ko we mnie, bo wykła­dow­ca przez pół­to­ra seme­stru mówił do pra­wie pustej sali (gdy­by mówił do pustej, to był­by to już przy­pa­dek do leczenia).

Teraz został mi jesz­cze jeden egza­min; muszę więc zmu­sić się do nauki. Poni­żej zamiesz­czam omó­wie­nie jed­ne­go z wyro­ków Euro­pej­skie­go Try­bu­na­łu Praw Czło­wie­ka, któ­ry przy­go­to­wa­łem na zali­cze­nie ćwi­czeń; zosta­ło ono pozy­tyw­nie zre­cen­zo­wa­ne. Wyrok doty­czył ubo­ju rytu­al­ne­go we Fran­cji. Miłej lektury.


Omówienie wyroku
Europejskiego Trybunału Praw Człowieka
w sprawie Cha’are Shalom Ve Tsedek przeciwko Francji
wydanego 27 czerwca 2000 roku

Stro­na skar­żą­ca: Sto­wa­rzy­sze­nie reli­gij­ne Cha’are Sha­lom Ve Tsedek
Sygna­tu­ra: 2741795

Dla reli­gij­nych żydów spra­wą wiel­kiej wagi jest prze­strze­ga­nie reguł doty­czą­cych żywie­nia (tzw. koszer­ność). Wyznaw­cy juda­izmu czer­pią nor­my postę­po­wa­nia doty­czą­ce­go żyw­no­ści z reli­gij­ne­go pra­wa żydow­skie­go, przede wszyst­kim z Tory. Zgod­nie z tymi regu­ła­mi, nie­któ­re zwie­rzę­ta uzna­wa­ne są za nie­czy­ste i z tego powo­du nie mogą być spo­ży­wa­ne. Ponad­to, cał­ko­wi­cie zabro­nio­ne jest spo­ży­wa­nie krwi, „bo we krwi jest życie, i nie będziesz spo­ży­wał życia razem z cia­łem.” (Pwt 12, 23) Nie­do­pusz­czal­ne jest jedze­nie mię­sa zwie­rząt, któ­re umar­ło z przy­czyn natu­ral­nych, zabi­te przez inne zwie­rzę albo było cho­re. Mię­so nie może być łączo­ne z inny­mi pro­duk­ta­mi pocho­dze­nia zwie­rzę­ce­go (mle­kiem, śmie­ta­ną, masłem). By zacho­wać koszer­ność mię­sa, koniecz­ne jest prze­strze­ga­nie odpo­wied­nich reguł doty­czą­cych ubo­ju zwierząt.

Ubój rytu­al­ny (sze­chi­ta) prze­pro­wa­dza­ny jest w nastę­pu­ją­cy spo­sób: zwie­rzę powin­no być pobło­go­sła­wio­ne, a następ­nie zarżnię­te jed­nym głę­bo­kim cię­ciem noża; potem powin­no być pozo­sta­wio­ne do wykrwa­wie­nia. Ubo­ju doko­nu­je odpo­wied­nio prze­szko­lo­ny rze­zak (szoj­chet). Gdy zwie­rzę się wykrwa­wi, prze­pro­wa­dza się jego bada­nie; jeśli nosi ono śla­dy jakiej­kol­wiek cho­ro­by, nie jest koszer­ne. Do cza­su sprze­da­ży, mię­so pozo­sta­je pod nad­zo­rem „inspek­to­ra koszer­no­ści”. Przy­zna­je on „potwier­dze­nie koszer­no­ści”, za któ­ry jest nakła­da­ny na kupu­ją­cych opła­ta, tzw. poda­tek rabi­nicz­ny (poda­tek ubojowy).

Jak w wie­lu pań­stwach, tak­że we Fran­cji ubój rytu­al­ny jest sprzecz­ny z zasa­da­mi huma­ni­tar­ne­go trak­to­wa­nia zwie­rząt (bo zwie­rzę powin­no wcze­śniej zostać ogłu­szo­ne); jed­nak­że, pod pew­ny­mi warun­ka­mi, ubój rytu­al­ny dla żydów i muzuł­ma­nów jest dopusz­czo­ny. Zgod­nie z fran­cu­ski­mi prze­pi­sa­mi, ubój rytu­al­ny może być doko­ny­wa­ny tyl­ko przez rze­za­ków cer­ty­fi­ko­wa­nych przez związ­ki wyzna­nio­we. Związ­ki, któ­re mogą rze­za­ków wyzna­czać, są wska­zy­wa­ne przez mini­stra rol­nic­twa na wnio­sek mini­stra spraw wewnętrznych.

We Fran­cji repre­zen­ta­tyw­nym związ­kiem wyznaw­ców juda­izmu jest Pary­ski Żydow­ski Kon­sy­storz, któ­re­go organ — Połą­czo­ny Komi­tet Rabi­nicz­ny — został upraw­nio­ny do wska­zy­wa­nia osób do prze­pro­wa­dza­nia ubo­ju rytu­al­ne­go. Pary­ski Kon­sy­storz jest odga­łę­zie­niem Cen­tral­ne­go Kon­sy­sto­rza, ist­nie­ją­ce­go od począt­ku XIX wie­ku, jako orga­ni­za­cji sku­pia­ją­cej gmi­ny żydow­skie.  Cen­tral­ny Kon­sy­storz sku­pia więk­szość wyznaw­ców juda­izmu we Fran­cji, poza wyznaw­ca­mi nur­tów bar­dziej libe­ral­nych, oraz wyznaw­ca­mi nur­tów ultra-orto­dok­syj­nych, któ­rzy uwa­ża­ją, że Tora powin­na być sto­so­wa­na dosłow­nie. Źró­dłem finan­so­wa­nia orga­ni­za­cji żydow­skich jest w więk­szo­ści poda­tek ubojowy.

Skar­żą­cy Cha’are Sha­lom Ve Tse­dek jest ultra-orto­dok­syj­nym reli­gij­nym sto­wa­rzy­sze­niem. Ma ono sze­ściu­set człon­ków i oko­ło czter­dzie­stu tysię­cy sym­pa­ty­ków, spo­śród któ­rych oko­ło dwu­dzie­stu pro­wa­dzi skle­py mię­sne, restau­ra­cje i skle­py z żyw­no­ścią głę­bo­ko mro­żo­ną w Pary­żu i oko­li­cach. Sto­wa­rzy­sze­nie nie dzia­ła pod egi­dą Kon­sy­sto­rza pary­skie­go, któ­re­go wyznaw­cy są dla nie­go zbyt libe­ral­ny w spra­wach reli­gij­nych. Człon­ko­wie skar­żą­ce­go sto­wa­rzy­sze­nia chcą prze­pro­wa­dzać ubój rytu­al­ny zgod­nie z naj­bar­dziej orto­dok­syj­ny­mi regu­ła­mi. Te regu­ły wywo­dzo­ne są z XVI-wiecz­ne­go dzie­ła „Nakry­ty stół”. Zgod­nie z tymi regu­ła­mi, mię­so koszer­ne, może pocho­dzić tyl­ko od zwie­rzę­cia, któ­re nie mia­ło choć­by naj­mniej­szej ozna­ki cho­ro­by, w szcze­gól­no­ści w płu­cach. Ozna­ką cho­ro­by mogą być włók­ni­ste roz­war­stwie­nia w płu­cach i opłuc­nej. Dla­te­go też wnętrz­no­ści zwie­rzę­cia powin­ny być pod­da­ne dogłęb­nym oglę­dzi­nom. Rze­za­cy wyzna­cze­ni przez Połą­czo­ny Komi­tet Rabi­nicz­ny nie prze­pro­wa­dza­ją tak dogłęb­nych oglę­dzin, gdyż ich zda­niem, nie są one potrzeb­ne dla zacho­wa­nia koszer­no­ści. Dla­te­go też człon­ko­wie i sym­pa­ty­cy skar­żą­ce­go sto­wa­rzy­sze­nia nie uzna­ją zaświad­czeń koszer­no­ści wyda­wa­nych przez inspek­to­rów koszer­no­ści dzia­ła­ją­cych z ramie­nia Cen­tral­ne­go Konsystorza.

Nie­prze­pro­wa­dza­nie dogłęb­nych badań przez upraw­nio­nych do doko­ny­wa­nia ubo­ju rytu­al­ne­go rze­za­ków sta­ło się kan­wą kon­flik­tu mię­dzy sto­wa­rzy­sze­niem a „uzna­nym” przez pań­stwo fran­cu­skie żydow­skim związ­kiem wyzna­nio­wym. Człon­ko­wie sto­wa­rzy­sze­nia sprze­da­wa­li mię­so we wła­snych skle­pach z wysta­wio­nym przez sie­bie „zaświad­cze­niem koszer­no­ści”; sto­wa­rzy­sze­niu zarzu­ca­no nie­zgod­ne z pra­wem wyda­wa­nie takie­go zaświad­cze­nia, więc spra­wa skoń­czy­ła się na dro­dze sądowej.

Zgod­nie z fran­cu­ski­mi prze­pi­sa­mi z 1987 roku, w sytu­acji, gdy na tere­nie depar­ta­men­tu (jed­nost­ka podzia­łu tery­to­rial­ne­go) nie dzia­ła uzna­ny przez admi­ni­stra­cję zwią­zek wyzna­nio­wy, rze­za­ków może wyzna­czyć pre­fekt. W tym roku sto­wa­rzy­sze­nie zło­ży­ło wnio­sek o zezwo­le­nie wyko­ny­wa­nia ubo­ju rytu­al­ne­go przez trzech rze­za­ków dzia­ła­ją­cych z ramie­nia sto­wa­rzy­sze­nia. Jed­nak­że wyda­no decy­zję odmow­ną argu­men­tu­jąc, że taka zgo­da nie może być wyda­na przez organ admi­ni­stra­cji, gdyż na tere­nie depar­ta­men­tu dzia­ła Połą­czo­ny Komi­tet Rabi­nicz­ny, wła­ści­wy do wyzna­cza­nia rze­za­ków. Decy­zja zosta­ła pod­trzy­ma­na przez sąd admi­ni­stra­cyj­ny w dwóch instan­cjach. Sądy uzna­ły, że Komi­tet, jako repre­zen­tant wyznaw­ców juda­izmu, ma kom­pe­ten­cję do wyzna­cza­nia osób upraw­nio­nych do prze­pro­wa­dza­nia ubo­ju rytu­al­ne­go. Zda­niem sądów nie ma zna­cze­nia, że sto­wa­rzy­sze­nie Cha’are Sha­lom Ve Tse­dek, choć tak­że sku­pia­ją­ce wyznaw­ców juda­izmu, z powo­dów reli­gij­nych nie uzna­je za koszer­ne mię­sa cer­ty­fi­ko­wa­ne­go przez inspek­to­rów dzia­ła­ją­cych z ramie­nia Cen­tral­ne­go Konsystorza.

Sto­wa­rzy­sze­nie Cha’are Sha­lom Ve Tse­dek w swo­jej skar­dze zarzu­ca usta­wo­daw­cy fran­cu­skie­mu zła­ma­nie art. 9 i 14 Euro­pej­skiej Kon­wen­cji o Ochro­nie Praw Czło­wie­ka i Pod­sta­wo­wych Wol­no­ści. Arty­kuł 9 doty­czy wol­no­ści wyzna­nia, myśli i sumie­nia, a arty­kuł 14 zaka­zu dys­kry­mi­na­cji. Mówiąc w uprosz­cze­niu, pogwał­ce­nie Kon­wen­cji pole­ga na tym, że jedy­ną żydow­ską orga­ni­za­cją upraw­nio­ną do wyzna­cza­nia rze­za­ków jest, sku­pia­ją­cy więk­szość wyznaw­ców juda­izmu, Cen­tral­ny Kon­sy­storz. Nie wzię­to przy tym pod uwa­gę ist­nie­nia pomniej­szych związ­ków wyzna­nio­wych, rów­nież żydow­skich, jak np. Cha’are Sha­lom Ve Tsedek.

W niniej­szej spra­wie poja­wia­ją się pro­ble­my doty­czą­ce filo­zo­fii pra­wa; w szcze­gól­no­ści doty­czą one rela­cji mię­dzy pra­wem pań­stwo­wym a pra­wem reli­gij­nym. Ście­ra­ją się tutaj dwa porząd­ki nor­ma­tyw­ne, z któ­rych każ­dy ma swo­je racje i swo­je uza­sad­nie­nie; jed­nak nie daje porów­nać się dóbr, któ­re chro­nią. O ile pań­stwo­wy porzą­dek praw­ny zmie­rza do ochro­ny dóbr waż­nych dla wszyst­kich oby­wa­te­li: rów­no­wa­gi spo­łecz­nej, ładu publicz­ne­go, bez­pie­czeń­stwa (w tym bez­pie­czeń­stwa żyw­no­ści) — bez wzglę­du na ich poglą­dy poli­tycz­ne i reli­gij­ne, o tyle reli­gij­ne nor­my postę­po­wa­nia kie­ru­ją się celem, któ­ry nie jest celem docze­snym; doty­czą bowiem sfe­ry ducho­wej życia człowieka.

Kwe­stie obec­no­ści reli­gii w życiu spo­łecz­nym pań­stwa, w sfe­rze publicz­nej, jej wpły­wu na pra­wo­daw­stwo — były od setek lat i nadal są przed­mio­tem spo­rów. Sto­su­nek pań­stwa do związ­ków wyzna­nio­wych regu­lo­wa­ny jest przez pra­wo wyzna­nio­we. W minio­nych wie­kach czę­sto reli­gie mia­ły prze­moż­ny wpływ na życie publicz­ne, żyły wręcz w sym­bio­zie z pań­stwem. Obec­nie, w kul­tu­rze euro­pej­skiej domi­nu­je pogląd, że reli­gia powin­na być oddzie­lo­na od pań­stwa w wie­lu aspek­tach, ale przede wszyst­kim w sfe­rze praw­nej. To zna­czy nor­my dyk­to­wa­ne naka­za­mi reli­gii nie powin­ny mieć wpły­wu na nor­my praw­ne sta­no­wio­ne przez pań­stwo. Roz­dział kościo­łów od pań­stwa w róż­nych kra­jach przy­bie­ra róż­ną postać: od tzw. „pozy­tyw­ne­go roz­dzia­łu”, w któ­rym pań­stwo co praw­da jest świec­kie, ale zauwa­ża pozy­tyw­ny wpływ reli­gii na życie spo­łecz­ne (np. Niem­cy) po rady­kal­ny laicyzm, odrzu­ca­ją­cy cał­ko­wi­cie reli­gię z życia pań­stwa (np. Fran­cja). Są wresz­cie pań­stwa, gdzie roz­dzia­łem kościo­ła od pań­stwa rzą­dzi hipo­kry­zja z jed­nej, jak i z dru­giej stro­ny — pań­stwo jest teo­re­tycz­nie laic­kie, kwe­stie reli­gij­ne z pozo­ru są dla pań­stwa obo­jęt­ne, w prak­ty­ce jed­nak te dwie sfe­ry wysu­wa­ją wzglę­dem sie­bie róż­ne roszczenia.

Pozo­sta­je jed­nak aktu­al­ne nadal fun­da­men­tal­ne pyta­nie o źró­dła norm praw­nych, a w szcze­gól­no­ści: czy nor­my reli­gij­ne są źró­dłem pra­wa? Cho­dzi więc o rela­cje mię­dzy „pra­wem”, któ­re­go źró­dłem jest wyzna­nie, a pra­wem powszech­nie obo­wią­zu­ją­cym, usta­no­wio­nym przez kom­pe­tent­ny organ w spe­cjal­nej procedurze.

Za poglą­dem, że nor­my reli­gij­ne powin­ny być punk­tem wyj­ścia dla nor­my pra­wa sta­no­wio­ne­go opo­wia­da­ją się nie­któ­re nur­ty natu­ra­li­zmu praw­ni­cze­go. Kla­sycz­ny wykład tej kon­cep­cji dla kul­tu­ry euro­pej­skiej przed­sta­wił św. Tomasz w Sum­mie teo­lo­gicz­nej. Według nie­go, pra­wo powszech­nie obo­wią­zu­ją­ce mie­ści się na kil­ku szcze­blach. Pierw­szy z nich, to pra­wo wiecz­ne (lex aeter­na), czy­li „zamysł bożej mądro­ści”; dalej jest pra­wo boskie (lex divi­na) regu­lu­ją­ce sto­sun­ki mię­dzy czło­wie­kiem a Bogiem; wystę­pu­je też pra­wo natu­ral­ne (lex natu­ra­lis) w pod­sta­wo­wy spo­sób nor­mu­ją­ce zacho­wa­nia ludzi; w koń­cu wresz­cie — pra­wo ludz­kie (lex huma­na), któ­re w osta­tecz­ny spo­sób ma zmu­sić czło­wie­ka do odpo­wied­nie­go postę­po­wa­nia na wypa­dek, gdy­by nor­my wyż­sze­go rzę­du oka­za­ły się nie­wy­star­cza­ją­ce. Oczy­wi­ście pra­wo ludz­kie, powin­no być cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wa­ne pra­wu wiecz­ne­mu, boskie­mu i natu­ral­ne­mu — powin­no więc słu­żyć, wedle chrze­ści­jań­stwa, osią­gnię­ciu zbawienia.

Jasne jest jed­nak, że św. Tomasz badał rela­cje mię­dzy pra­wem ludz­kim (pań­stwo­wym) a nor­ma­mi pły­ną­cy­mi z chrze­ści­jań­stwa, a nie z juda­izmu. Chrze­ści­ja­nie, choć Torę, jako część Sta­re­go Testa­men­tu, trak­tu­ją jako świę­tą księ­gę, nie pró­bu­ją wszak jej naka­zów na co dzień dosłow­nie wypeł­niać. Ta zaś dla współ­cze­śnie żyją­cych żydów chcą­cych w spo­sób lite­ral­ny się do niej sto­so­wać cią­gle jest źró­dłem pod­sta­wo­wych norm co do tego, jak nale­ży postę­po­wać; w naj­drob­niej­szych spra­wach może regu­lo­wać ludz­kie życie, w tym kwe­stie zwią­za­ne z jedze­niem. Dla reli­gij­nych żydów jest to spra­wa wiel­kiej wagi, gdyż ich zda­niem, to zacho­wy­wa­nie naj­drob­niej­szych przy­ka­zań biblij­nych warun­ku­je ich pozy­cję w oczach Boga.

Pro­blem poja­wia się w sytu­acji, gdy pra­wo reli­gij­ne jest sprzecz­ne z sys­te­mem praw­nym obo­wią­zu­ją­cym w danym pań­stwie. Nor­my reli­gij­ne naka­zu­ją swo­im adre­sa­tom zacho­wy­wać się w okre­ślo­ny spo­sób, choć do tych pod­mio­tów adre­so­wa­ne są tak­że nor­my pra­wa sta­no­wio­ne­go, któ­re w tych samych oko­licz­no­ściach zaka­zu­ją im takie­go zacho­wa­nia. Nor­my reli­gij­ne naka­zu­ją wyznaw­com juda­izmu powie­sić zwie­rzę gło­wą do dołu i zarżnąć je jed­nym pocią­gnię­ciem noża, a następ­nie pozo­sta­wić do wykrwa­wie­nia, pod­czas gdy nor­my pra­wa usta­no­wio­ne­go przez organ pań­stwa naka­zu­ją trak­to­wać zwie­rzę­ta w spo­sób humanitarny.

Pra­wo­daw­ca usta­na­wia­jąc zasa­dę huma­ni­tar­ne­go trak­to­wa­nia zwie­rząt daje do zro­zu­mie­nia, że waż­ną dla nie­go war­to­ścią jest odpo­wied­nie odno­sze­nie się czło­wie­ka tak­że do innych istot żywych. Sta­no­wi w ten spo­sób gene­ral­ną zasa­dę, że tak­że zwie­rzę­tom, choć pozba­wio­nym rozu­mu, w tym moż­li­wo­ści prze­ży­wa­nia sta­nów inten­cjo­nal­nych,  nale­ży się z tych, czy innych przy­czyn sza­cu­nek. Ten sza­cu­nek ma się wyra­żać mię­dzy inny­mi w zobo­wią­za­niu do mini­ma­li­zo­wa­nia cier­pień zwie­rząt prze­zna­czo­nych do ubo­ju. Dla­te­go też — zasad­ni­czo ubój rytu­al­ny jest zaka­za­ny. Zwa­żyw­szy jed­nak na fakt, że oby­wa­te­la­mi Fran­cji są tak­że oso­by, któ­re z przy­czyn reli­gij­nych chcą doko­ny­wać ubo­ju w spo­sób w zasa­dzie sprzecz­ny z zasa­dą huma­ni­tar­ne­go trak­to­wa­nia zwie­rząt, usta­wo­daw­ca fran­cu­ski posta­no­wił uczy­nić dla nich wyjątek.

W sytu­acji, jak ta w oma­wia­nej spra­wie, pod­miot sta­no­wią­cy pra­wo sta­je przed dyle­ma­tem, ku któ­rym racjom się przy­chy­lić: tym, mówią­cym, że każ­dy oby­wa­tel w cywi­li­zo­wa­nym pań­stwie ma pra­wo do swo­bo­dy wyzna­wa­nia reli­gii i prze­strze­ga­nia jej wska­zań (o ile nie naru­sza to swo­bód innych) cza­sem nawet będą­cych dosyć dra­stycz­ny­mi — czy też tym, któ­rzy ponad wol­ność sumie­nia przed­kła­da­ją dobro innych istot żywych? Taki dyle­mat jest trud­ny do roz­strzy­gnię­cia, bo każ­da ze stron tego kon­flik­tu ma swo­je racje i dla tej stro­ny, zawsze jej racje będą naj­waż­niej­sze. Wszak doty­czą one kwe­stii zasad­ni­czych: wol­no­ści reli­gij­nej z jed­nej i wol­no­ści od cier­pie­nia — z dru­giej strony.

Ana­li­zo­wa­ny wyrok tej kwe­stii wła­ści­wie nie roz­strzy­ga. Trze­ba zauwa­żyć, że pra­wo­daw­ca we Fran­cji sta­rał się osią­gnąć kom­pro­mis. Ubój rytu­al­ny, jako naru­sza­ją­cy nakaz huma­ni­tar­ne­go trak­to­wa­nia zwie­rząt, jest we Fran­cji zaka­za­ny. Z jed­nym wyjąt­kiem dla żydow­skich i muzuł­mań­skich związ­ków wyzna­nio­wych. Wpro­wa­dzo­no obo­wią­zek, aby oso­by doko­nu­ją­ce ubo­ju rytu­al­ne­go wska­zy­wa­ne były przez związ­ki wyzna­nio­we — i to nie przez każ­de, ale przed orga­ni­za­cje reli­gij­ne uzna­ne przez pań­stwo i speł­nia­ją­ce okre­ślo­ne wyma­ga­nia. W ten spo­sób te związ­ki ponie­kąd wypeł­nia­ły zada­nia admi­ni­stra­cji publicz­nej, gdyż nada­wa­ły kom­pe­ten­cję okre­ślo­nym oso­bom do doko­ny­wa­nia ubo­ju według wska­zań reli­gii. Z pew­no­ścią mia­ło to zapo­biec nie­kon­tro­lo­wa­ne­mu przez niko­go ubo­jo­wi w nie­od­po­wied­nich warunkach.

Mini­ster rol­nic­twa odmó­wił sto­wa­rzy­sze­niu Cha’are Sha­lom Ve Tse­dek udzie­le­nia kom­pe­ten­cji do wska­zy­wa­nia rze­za­ków. Na pierw­szy rzut oka wyda­je się, że taka prak­ty­ka może być dys­kry­mi­nu­ją­ca, gdyż w pewien spo­sób ogra­ni­czy­ła człon­kom sto­wa­rzy­sze­nia reli­gij­ne­go moż­li­wość doko­ny­wa­nia ubo­ju według wła­snych zasad. Jed­nak­że admi­ni­stra­cja fran­cu­ska poda­ła trzy argu­men­ty za nie­na­da­niu sto­wa­rzy­sze­niu takiej kom­pe­ten­cji. Po pierw­sze, zda­niem orga­nów admi­ni­stra­cji dzia­łal­ność Cha’are Sha­lom Ve Tse­dek jest dzia­łal­no­ścią przede wszyst­kim komer­cyj­ną, a reli­gij­ną tyl­ko pośred­nio — gdyż jej głów­nym fak­tycz­nym zada­niem było dostar­cza­nie odpo­wied­nio koszer­ne­go mię­sa swo­im człon­kom (rzecz jasna, nie za dar­mo), a nie np. prze­wod­nic­two ducho­we. Po dru­gie, uzna­no że Cha’are Sha­lom Ve Tse­dek nie jest związ­kiem wystar­cza­ją­co repre­zen­ta­tyw­nym, gdyż sku­pia jedy­nie nie­wiel­ką mniej­szość żydów we Fran­cji. Po trze­cie, nie da się porów­nać sytu­acji fak­tycz­nej Cen­tral­ne­go Kon­sy­sto­rza i Cha’are Sha­lom Ve Tse­dek, gdyż pola ich dzia­łal­no­ści były inne — dla­te­go nie zacho­dzi tu dys­kry­mi­na­cja; zda­niem admi­ni­stra­cji przed­się­wzię­te środ­ki są pro­por­cjo­nal­ne do zamie­rzo­ne­go celu, gdyż skut­ki odmo­wy dla sto­wa­rzy­sze­nia doty­ka­ły, tyl­ko pośred­nio, nie­wiel­kiej licz­by człon­ków i sym­pa­ty­ków tego sto­wa­rzy­sze­nia. Dla­te­go, zda­niem peł­no­moc­ni­ka rzą­du fran­cu­skie­go, nie doszło tu do żad­nej dys­kry­mi­na­cji na tle religijnym.

Try­bu­nał zauwa­żył tak­że, że rze­za­cy dzia­ła­ją­cy z ramie­nia sto­wa­rzy­sze­nia skar­żą­ce­go mogli zwró­cić się do Połą­czo­ne­go Komi­te­tu Rabi­nicz­ne­go o zezwo­le­nie na prze­pro­wa­dza­nie ubo­ju rytu­al­ne­go, ale nie zro­bi­li tego z powo­du bra­ku poro­zu­mie­nia w kwe­stiach finan­so­wych. Stwier­dzo­no ponad­to, że zgod­nie z pra­wem we Fran­cji, zwią­zek ubie­ga­ją­cy się o nada­nie mu kom­pe­ten­cji do wska­zy­wa­nia rze­za­ków musi mieć przede wszyst­kim cha­rak­ter litur­gicz­ny; jego dzia­łal­ność nie może więc spro­wa­dzać się do dzia­łal­no­ści handlowej.

Try­bu­nał odda­lił skar­gę sto­wa­rzy­sze­nia Cha’are Sha­lom Ve Tse­dek stwier­dza­jąc, że usta­wo­daw­stwo fran­cu­skie nie naru­szy­ło pra­wa do swo­bo­dy wyzna­nia ani zasa­dy nie­dy­skry­mi­na­cji. Zauwa­żo­no, że usta­wo­daw­ca fran­cu­ski wpro­wa­dza­jąc nakaz huma­ni­tar­ne­go trak­to­wa­nia zwie­rząt wpro­wa­dził wystar­cza­ją­ce pole manew­ru dla orto­dok­syj­nych wyznaw­ców juda­izmu i isla­mu. Try­bu­nał uznał, że nakaz, aby tyl­ko uzna­ne związ­ki wyzna­nio­we wyzna­cza­ły oso­by upo­waż­nio­ne do ubo­ju rytu­al­ne­go, nie naru­sza swo­bo­dy wyzna­nia. Uzna­no, że Fran­cja wpro­wa­dza­jąc takie regu­la­cje mia­ła na wzglę­dzie zacho­wa­nie wyma­gań sani­tar­nych żyw­no­ści i dla­te­go nie­wska­za­ne jest aby ubój odby­wał się poza jakim­kol­wiek nad­zo­rem, w wąt­pli­wych warun­kach. Stwier­dzo­no tak­że, że nada­nie upraw­nie­nia do wyzna­cza­nia rze­za­ków naj­bar­dziej repre­zen­ta­tyw­nej orga­ni­za­cji żydow­skiej nie naru­sza wol­no­ści wyzna­nia żydom do niej nie­na­le­żą­cych. Zda­niem Try­bu­na­łu, róż­ni­ce w ubo­ju rytu­al­nym prze­pro­wa­dza­nym przez rze­za­ków „auto­ry­zo­wa­nych” i przez „nie­au­to­ry­zo­wa­nych” są nie­znacz­ne i spro­wa­dza­ją się jedy­nie do bada­nia orga­nów wewnętrz­nych zwie­rzę­cia. Try­bu­nał stwier­dził, że swo­bo­da wyzna­nia zosta­ła­by naru­szo­na, gdy­by zakaz ubo­ju rytu­al­ne­go cał­ko­wi­cie unie­moż­li­wił ultra-orto­dok­syj­nym człon­kom Cha’are Sha­lom Ve Tse­dek zaopa­try­wa­nie się w mię­so speł­nia­ją­ce ich wyma­ga­nia. Zauwa­żo­no jed­nak, że człon­ko­wie sto­wa­rzy­sze­nia sprze­da­wa­li w swo­ich skle­pach mię­so mro­żo­ne, speł­nia­ją­ce ich wyma­ga­nia co do koszer­no­ści, spro­wa­dzo­ne z Belgii.

Do uza­sad­nie­nia wyro­ku nie­któ­rzy sędzio­wie zgło­si­li zda­nie odręb­ne. Nie zgo­dzi­li się oni przede wszyst­kim z ostat­nim przy­to­czo­nym argu­men­tem, tj. moż­li­wo­ścią pozy­ska­nia koszer­ne­go mię­sa w inny spo­sób, niż poprzez prze­pro­wa­dza­ny przez sie­bie ubój rytu­al­ny. Ich zda­niem, koniecz­ność spro­wa­dza­nia z zagra­ni­cy mię­sa mro­żo­ne­go, może być naru­sze­niem pra­wa do swo­bo­dy wyzna­nia. Uzna­li oni ponad­to, że dzia­ła­nia usta­wo­daw­cy nie były proporcjonalne.

W swo­im wyro­ku Try­bu­nał nie ana­li­zo­wał samej sytu­acji zwie­rząt, co prze­cież w ubo­ju rytu­al­nym jest kwe­stią naj­bar­dziej kon­tro­wer­syj­ną. Zauwa­żo­no jed­nak, że fran­cu­ski pra­wo­daw­ca sta­rał się wywa­żyć „inte­re­sy” zwie­rząt z pra­wem ultra-orto­dok­syj­nych wyznaw­ców juda­izmu do swo­bod­ne­go prak­ty­ko­wa­nia reli­gii. W dzi­siej­szych cza­sach trud­no unik­nąć star­cia mię­dzy nor­ma­mi uzna­wa­ny­mi za osią­gnię­cia cywi­li­za­cyj­ne a czę­sto tra­dy­cyj­ny­mi zasa­da­mi pły­ną­cy­mi z innych sys­te­mów nor­ma­tyw­nych. Wyda­je się, że pró­ba pogo­dze­nia tych dwóch, sprzecz­nych ze sobą regu­la­cji, nie jest moż­li­wa w taki spo­sób, aby wszyst­kie stro­ny były zado­wo­lo­ne. Moż­na jed­nak szu­kać kom­pro­mi­su, co zda­niem Euro­pej­skie­go Try­bu­na­łu Praw Czło­wie­ka, we Fran­cji osią­gnię­to w zgo­dzie z pra­wa­mi człowieka.

Wady druku

Dzi­siaj mija ostat­ni week­end świę­te­go spo­ko­ju na naj­bliż­sze mie­sią­ce – bowiem za dwa dni roz­po­czy­na się nowy rok aka­de­mic­ki i przez to wię­cej będę miesz­kał w Pozna­niu niż w Kali­szu. Przede mną czwar­ty rok stu­diów. Miej­my nadzie­ję, że minie mi tak szyb­ko, jak poprzednie.

A teraz z innej becz­ki. Słu­cham sobie od paru mie­się­cy „Nar­ren­turm” Andrze­ja Sap­kow­skie­go w for­mie audiok­siąż­ki. Jest ona zre­ali­zo­wa­na dopraw­dy wspa­nia­le. Nie jest to zwy­kła książ­ka-czy­tan­ka, ale praw­dzi­wy radio­wy teatr: z akto­ra­mi, muzy­ką, efek­ta­mi spe­cjal­ny­mi. Przy­znam się kie­dyś, że kil­ka lat temu zabra­łem się za czy­ta­niem pierw­sze­go tomu Try­lo­gii Husyc­kiej, ale prze­ra­zi­ła mnie dłu­gość roz­dzia­łów i mno­gość histo­rycz­nych deta­li – tak więc zre­zy­gno­wa­łem po kil­ku­dzie­się­ciu stro­nach. Teraz, gdy słu­cham, jest zupeł­nie ina­czej. Oczy­wi­ście każ­dy roz­dział trwa przy­naj­mniej godzi­nę i wysłu­cha­nie cało­ści z pew­no­ścią zaj­mie wie­le cza­su; nie­mniej jed­nak wra­że­nia są świet­ne. Powo­li zbli­żam się do koń­ca i już nie mogę się docze­kać następ­nych części.

Czy­ta­jąc (a raczej słu­cha­jąc), natra­fi­łem na jeden frag­ment szcze­gól­nie cie­ka­wy i prze­kor­ny; jest to mia­no­wi­cie opi­nia Sam­so­na doty­czą­ca skut­ków roz­po­wszech­nie­nia dru­ku. W książ­ce Andrze­ja Sap­kow­skie­go wie­le jest myśli bar­dzo traf­nych i war­tych zapa­mię­ta­nia, ale ta nie jest raczej zbyt popularna:

– Zaiste – prze­mó­wił po chwi­li Sam­son Mio­dek, swym łagod­nym i spo­koj­nym gło­sem. – Widzę to oczy­ma duszy mojej. Maso­wa pro­duk­cja papie­ru, gęsto pokry­te­go lite­ra­mi. Każ­dy papier w set­kach, a kie­dyś, jak­by śmiesz­nie to nie zabrzmia­ło, może i w tysią­cach egzem­pla­rzy. Wszyst­ko po wie­lo­kroć powie­lo­ne i sze­ro­ko dostęp­ne. Łgar­stwa, bred­nie, oszczer­stwa, pasz­kwi­le, dono­sy, czar­na pro­pa­gan­da i schle­bia­ją­ca motło­cho­wi dema­go­gia. Każ­da pod­łość nobi­li­to­wa­na, każ­da nik­czem­ność ofi­cjal­na, każ­de kłam­stwo praw­dą. Każ­de świń­stwo cno­tą, każ­da zaplu­ta eks­tre­ma postę­po­wą rewo­lu­cją, każ­de tanie haseł­ko mądro­ścią, każ­da tan­de­ta war­to­ścią. Każ­de głup­stwo uzna­ne, każ­da głu­po­ta uko­ro­no­wa­na. Bo wszyst­ko to wydru­ko­wa­ne. Stoi na papie­rze, więc ma moc, więc obo­wią­zu­je. Zacząć to będzie łatwo, panie Guten­berg. I roz­ru­szać. A zatrzymać?

A. Sap­kow­ski „Nar­ren­turm”

Zda­wać by się mogło, że Sam­so­no­wi minu­sy prze­sło­ni­ły plu­sy. Przy­kła­da­jąc jed­nak tę opi­nię do bagna inter­ne­to­wych komen­ta­rzy, któ­re moż­na zna­leźć na wie­lu pol­skich por­ta­lach inter­ne­to­wych, wyda­je się ona nader aktualna.

Książki w internecie

Do lite­ra­tu­ry w inter­ne­cie dostęp jest dosyć łatwy. Ist­nie­je wie­le stron inter­ne­to­wych, na któ­rych moż­na zna­leźć opo­wia­da­nia, wier­sze, książ­ki. Legal­nie i nie­le­gal­nie (cho­dzi rzecz jasna o pra­wa autor­skie). Napi­sa­ne przez zna­nych pisa­rzy, jak i przez zupeł­nych ama­to­rów, któ­rzy po pro­stu chcą się swo­imi utwo­ra­mi podzie­lić z szer­szą publicz­no­ścią. Skle­pów z książ­ka­mi są pew­nie milio­ny, a na koń­cu jest alle­gro, gdzie uży­wa­ne książ­ki moż­na kupić za grosze.

Gdy cho­dzi o stro­ny inter­ne­to­we z książ­ka­mi (a raczej z wszel­kiej maści źró­dła­mi) god­ne pole­ca­nia są szcze­gól­nie dwie stro­ny inter­ne­to­we. Pierw­sza z nich, to Wol­ne Lek­tu­ry – pro­jekt fun­da­cji Nowo­cze­sna Pol­ska. Moż­na tam zna­leźć dzie­siąt­ki tek­stów lite­rac­kich, któ­re powsta­ły poprzez zeska­no­wa­nie czę­ści zbio­rów, przede wszyst­kim Biblio­te­ki Naro­do­wej. Ta stro­na inter­ne­to­wa nasta­wio­na jest na dzia­łal­ność edu­ka­cyj­ną: publi­ka­cja zasłu­gu­ją na pochwa­łę ze wzglę­du na pro­fe­sjo­nal­ną redak­cję tek­stów. Spryt­nie omi­nię­to tutaj kwe­stię praw autor­skich: dostęp­ne są książ­ki zeska­no­wa­ne z bar­dzo sta­rych egzem­pla­rzy; auto­rzy daw­no już nie żyją… dla­te­go próż­no szu­kać tutaj współ­cze­snej literatury.

Podob­nie jest w dru­gim pro­jek­cie – Polo­nie. Polo­na, to biblio­te­ka cyfro­wa jak się patrzy. Tutaj zeska­no­wa­no całe książ­ki łącz­nie z okład­ka­mi, w bar­dzo wyso­kiej roz­dziel­czo­ści, tak więc moż­na zana­li­zo­wać wszyst­ko łącz­nie z fak­tu­rą papie­ru. Do tego doda­no cie­ka­we funk­cjo­nal­no­ści, w tym inte­gra­cję z por­ta­la­mi spo­łecz­no­ścio­wy­mi. Do tego docho­dzi świet­ny, nowo­cze­sny inter­fejs użytkownika.

Piszę o tym wszyst­kim dla­te­go, że przed chwi­lą w „Dużym For­ma­cie”  (31÷2013) prze­czy­ta­łem o pro­jek­cie Google Books. O nim rzecz jasna wie­dzia­łem już wcze­śniej i z ich stro­ny inter­ne­to­wej korzy­sta­łem – dopie­ro jed­nak teraz pozna­łem kuli­sy całe­go przed­się­wzię­cia. Otóż ład­nych kil­ka lat temu przed­sta­wi­cie­le Google­’a uda­li się do kie­row­ni­ków naj­waż­niej­szych świa­to­wych biblio­tek mówiąc im, że zeska­nu­ją cały księ­go­zbiór za dar­mo i udo­stęp­nią go w inter­ne­cie. Jed­nym sło­wem – świet­ny pomysł. Dzię­ki nie­mu moż­na wydo­być sta­re publi­ka­cje (z przed kil­ku bądź kil­ku­set lat) z odmę­tów dusz­nych maga­zy­nów i udo­stęp­nić dla każ­de­go; np. śre­dnio­wiecz­ne manu­skryp­ty prze­cho­wy­wa­ne pie­czo­ło­wi­cie w klasz­tor­nych bibliotekach.

Nie­ste­ty wszyst­ko roz­bi­ło się o pisar­ską hipo­kry­zję. Urszu­la Jabłoń­ska pisze, że kie­dy James Gle­ick (jakiś ame­ry­kań­ski pisarz) dowie­dział się o pro­jek­cie Google­’a, bar­dzo mu się on spodo­bał (mate­ria­ły do pra­cy, książ­ki w zasię­gi klik­nię­cia mysz­ką). Podo­bał mu się do cza­su, gdy dowie­dział się, że jego pra­ce rów­nież są zeska­no­wa­ne i ogól­nie dostęp­ne. To po pro­stu arcy­przy­kład hipo­kry­zji i zakła­ma­nia. Niech wszy­scy mi dają, ale od moje­go wara.

Wte­dy zaczę­ły się koło­my­je z pozwa­mi, ugo­da­mi, odszko­do­wa­nia­mi, a wszyst­ko rzecz jasna toczy­ło się wokół oskar­że­nia o łama­nie praw autor­skich. Trwa­ją w zasa­dzie do dzi­siaj; wie­le ksią­żek zosta­ło usu­nię­tych z ogól­ne­go dostę­pu albo moż­na zoba­czyć tyl­ko kil­ka stron.

Pra­wa autor­skie” łama­no już w śre­dnio­wie­czu, bo ucznio­wie prze­pi­sy­wa­li książ­ki, któ­rych – z bra­ku dru­ku – nigdzie prze­cież kupić nie moż­na było. Dzi­siaj jest to znacz­nie łatwiej­sze, bo są kse­ro­ko­piar­ki, szyb­kie ska­ne­ry, apa­ra­ty &c &c i o czy­wi­ście inter­net, czy­li spraw­ca całe­go zła. Nad­cho­dzi moment, w któ­rym twór­cy tre­ści muszą się zasta­no­wić, dla kogo tak na praw­dę two­rzą: dla publicz­no­ści, czy… no wła­śnie, dla kogo?

Nowe etyczne wyzwania

Nie­ubła­ga­nie nad­szedł czas egza­mi­nów. Sesja zaczy­na się za tydzień, ale ja już za trzy dni mam swój pierw­szy egza­min. Nie będę się na ten temat roz­pi­sy­wać (bo szko­da cza­su), ale zna­la­złem coś rów­nie inte­re­su­ją­ce­go w internecie.

Kie­dyś już wspo­mnia­łem, że na stro­nie inter­ne­to­wej „New York Time­sa” znaj­du­je się rubry­ka, na któ­rej etyk odpo­wia­da na róż­ne pro­ble­my; zwy­kle jed­nak dosyć przy­ziem­ne. Kil­ka tygo­dni ktoś zadał pyta­nie zwią­za­ne z życiem uni­wer­sy­tec­kim, myślę, że dosyć waż­ne, z punk­tu widze­nia każ­de­go stu­den­ta. Pyta­nie brzmi: czy etycz­nym jest, aby jako zali­cze­nie z dwóch róż­nych przed­mio­tów dać tę samą pra­cę (tj. jakieś wypra­co­wa­nie). Cho­dzi o pro­blem tzw. auto­pla­gia­tu. Wśród naukow­ców wywo­łu­je to spo­re pro­ble­my (tro­chę to śmiesz­ne, gdy ktoś sam sie­bie cytu­je, ale tak się zda­rza) – ale z dru­giej stro­ny, stu­den­ci nie są naukow­ca­mi, więc i mia­ry do nich przy­kła­da się tro­chę inne.

W poda­nym przy­kła­dzie, czy­tel­nik stu­diu­ją­cy na uni­wer­sy­te­cie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych tak sobie dobrał przed­mio­ty i temat pra­cy, że mógł tę samą pra­cę z powo­dze­niem oddać jako zali­cze­nie na obu zaję­ciach. Rzecz jasna dla nie­któ­rych jest to „osta­tecz­ny upa­dek wszel­kich war­to­ści”, a dla innych – geniusz w czy­stej postaci.

Zarów­no dla ety­ka-spe­cja­li­sty, jak i dla prze­cięt­ne­go czło­wie­ka oczy­wi­ste jest, że coś tu śmier­dzi. Pro­blem jest tyl­ko taki, że wła­ści­wie nie wia­do­mo co.  Bowiem w grun­cie rze­czy, w ten spo­sób niko­mu nie dzie­je się żad­na krzyw­da, trud­no jest to też nazwać jakoś szcze­gól­nie nie­uczci­wym – bo do praw­dzi­we­go pla­gia­tu prze­cież nie doszło. Docho­dzi się do wnio­sku, że w grun­cie rze­czy nie jest to coś nie­etycz­ne­go – co naj­wy­żej powsta­ją pyta­nia o sens edu­ka­cji na uniwersytecie.

Ponad­to, jak poda­je autor, podob­na sytu­acja zacho­dzi, gdy ktoś nie przy­go­tu­je się do egza­mi­nu, ale zda go – na pod­sta­wie dotych­czas uzy­ska­nej wiedzy.

Ja sam pamię­tam, jak drze­wo gene­alo­gicz­ne przy­go­to­wa­ne w IV kla­sie pod­sta­wów­ki, po drob­nych prze­rób­kach wyko­rzy­sta­łem i przed­sta­wi­łem do oce­ny jesz­cze w VI kla­sie i I gimnazjum 😀

Brak jed­no­znacz­ne­go potę­pie­nia takich prak­tyk przez auto­ra odpo­wie­dzi wywo­łał dosyć ostry sprze­ciw czy­tel­ni­ków „NYT będą­cych nauczy­cie­la­mi aka­de­mic­ki­mi. Chy­ba nie spodo­ba­ła im się myśl, że mogą być w ten spo­sób robie­ni w konia – choć mnie się zda­je, że nie jest to raczej oszu­ki­wa­nie. Wie­lu z nich wyda­je się, że są naj­pięk­niej­si, naj­mą­drzej­si i naj­waż­niej­si – chcą więc, by przez pra­ce zali­cze­nio­we oddać hołd ich wyjąt­ko­wo­ści. Nie­któ­rzy czy­tel­ni­cy poczu­li się „zawie­dze­ni i obra­że­ni”. Coś mi się zda­je, że w ich mnie­ma­niu mają patent na nie­omyl­ność (cza­sa­mi spo­ty­ka­ne na uni­wer­sy­te­cie) – dla­te­go jed­no­gło­śnie zaczę­li potę­piać ety­ka. Pod­no­si­li argu­men­ty w sty­lu że „to nie­god­ne”, że „regu­la­min tego zabra­nia” &c &c.

Na szczę­ście etyk nie pozo­stał im dłużny:

The­re is a dif­fe­ren­ce betwe­en some­thing being une­thi­cal in a natu­ral sen­se and some­thing being une­thi­cal becau­se an arbi­tra­ry ethics poli­cy sta­tes that this is the case. I don’t care what the Uni­ver­si­ty of Houston has decre­ed. More­over, would the wri­ter of that let­ter agree with my respon­se if — for wha­te­ver reason — the Uni­ver­si­ty of Houston sud­den­ly amen­ded the­ir poli­cy? I don’t think he/she would. This kind of con­tra­dic­tion hap­pens all the time with this column. Legi­sla­tion does not defi­ne ethi­cal beha­vior. For exam­ple (as one com­men­ter noted), it’s ille­gal for a Uni­ted Sta­tes citi­zen to visit Cuba — but it’s not remo­te­ly unethical.

To, że coś zosta­ło zade­kre­to­wa­ne jako zabro­nio­ne, nie ozna­cza od razu – że jest nie­etycz­ne. Co wię­cej, co kogo obcho­dzi, co sobie jakiś tam uni­wer­sy­tet czy jaka kol­wiek inna jed­nost­ka wpi­sa­ła do regu­la­mi­nu? Tak dłu­go, jak nie jest to pra­wem powszech­nie obo­wią­zu­ją­cy, moż­na mieć to w głę­bo­kim poważaniu.

Dzi­siaj etyk z kolei musiał zmie­rzyć się z nowym pro­ble­mem: czy etycz­ne jest uży­wa­nie wóz­ka inwa­lidz­kie­go tyl­ko po to, by wzbu­dzić czy­jąś sym­pa­tię? Czy­tel­nik napi­sał, że zakła­da oku­la­ry na nie­któ­re spo­tka­nia tyl­ko po to, by wyglą­dać bar­dziej wia­ry­god­nie i mądrze – czy może w takim razie uży­wać wóz­ka inwa­lidz­kie­go? [może dla wzbu­dze­nia litości?]

Takie zacho­wa­nie nie jest nie­etycz­ne, choć może tro­chę dziw­ne. Zda­niem auto­ra odpo­wie­dzi, jeśli ktoś oce­nia ludzi po tym, czy noszą oku­la­ry – zasłu­gu­je na to, by być oszukiwanym.

Miesiąc detektywów

Co za zanie­dba­nie z mojej stro­ny, żeby tak rzad­ko tutaj ostat­nio zaglą­dać?! Ale tak po pro­stu wyszło.

Mógł­bym napi­sać o tysią­cach spraw, ale po co, sko­ro z inter­ne­tu wyle­wa się sze­ro­ki ściek roz­ma­itych komen­ta­rzy na każ­dy temat, jeden głup­szy od dru­gie­go, ja tej sytu­acji pogar­szać więc nie będę.

Lepiej za to napi­sać kil­ka zdań o książ­ce, jaką ostat­nio prze­czy­ta­łem, a było to: „Stu­le­cie detek­ty­wów” Jür­ge­na Thor­wal­da. Jak sam autor w posło­wiu pisze, jest to coś w rodza­ju histo­rii kry­mi­na­li­sty­ki w piguł­ce. „W piguł­ce” – bo opi­sa­nie wszyst­kie­go ze szcze­gó­ła­mi zaję­ło­by pew­nie ze sto tomów, a tu autor ogra­ni­czył się do 700 stron.

Książ­ka podzie­lo­na jest na czte­ry czę­ści: histo­rię iden­ty­fi­ka­cji, histo­rię medy­cy­ny sądo­wej, tok­sy­ko­lo­gii i bali­sty­ki. Nie brak tu tech­nicz­nych szcze­gó­łów, ale czy­tel­nik się w nich nie gubi. Roz­wój nauki poka­za­no głów­nie na pod­sta­wie kolej­nych spraw sądo­wych z całe­go świa­ta. Odna­la­złem tak­że trzy wąt­ki polskie:

  • Ludwik Teich­mann-Sta­wiar­ski z Kra­ko­wa, któ­ry w roku 1853 odkrył, że krew ludz­ka w połą­cze­niu z kwa­sem octo­wym wytwa­rza jakieś krysz­tał­ki (krysz­tał­ki hemi­ny). Nazwa­no to póź­niej „Teich­man­now­ską pró­bą heminy”.
  • Miesz­ka­ją­cy w Kra­ko­wie pro­fe­so­ro­wie Wach­holz i Horosz­kie­wicz, któ­ry zasta­na­wia­li się, jak odróż­nić uto­pie­nie od uto­nię­cia (1915) i swo­je trzy gro­sze do kry­mi­na­li­sty­ki dołożyli.
  • Pół­z­da­nio­we wtrą­ce­nie o Sobo­lew­skim, któ­ry – jak mnie­mam – „wydał pra­ce na temat bro­ni palnej.”

Lep­sze to niż nic. Zasta­na­wia­ją­ce jest też samo tłu­ma­cze­nie z ory­gi­na­łu nie­miec­kie­go: tłu­macz Karol Bunsch (pisarz, adwo­kat) i Wan­da Kra­gen (ale nie wiem, jaki jest jej udział) bar­dzo czę­sto pod posta­cią przy­pi­sów wtrą­ca się do zda­nia auto­ra książ­ki i chęt­nie go popra­wia. Nie omiesz­ka też dodać zło­śli­wych wkrę­tów pod adre­sem nie­któ­rych bohaterów…

 

A na deser: dwa zdjęcia.

Col­le­gium Maius

Aula uni­wer­sy­tec­ka w listo­pa­do­wy wieczór.

Cyryl na niedzielę

Sejm ma waka­cje, więc w zasa­dzie w mediach posu­cha. Szcze­gól­nie w tych żywią­cych się tanią 1‑dniową sen­sa­cją; tj. w tele­wi­zjach informacyjnych.

Wszyst­kie tele­wi­zje powin­ny więc dzię­ko­wać  Epi­sko­pa­to­wi Pol­ski za to, że do spół­ki z Rosyj­ską Cer­kwią Pra­wo­sław­ną na kil­ka dni zapew­nił im temat do maglo­wa­nia: mia­no­wi­cie wizy­tę patriar­chy moskiew­skie­go Cyry­la w Pol­sce. W jej trak­cie doszło do „prze­ło­mo­we­go”, „bez­pre­ce­den­so­we­go” [posłu­gu­jąc się języ­kiem tele­wi­zji] wyda­rze­nia, a mia­no­wi­cie do pod­pi­sa­nia wspól­ne­go orę­dzia. Dodam tyl­ko, że to ten sam Cyryl, któ­ry nie­daw­no został zaata­ko­wa­ny biu­stem przez ukra­iń­skie femi­nist­ki (naszym femi­nist­kom wizy­ty w ten spo­sób ubar­wić się nie chciało).

Gdy cho­dzi o treść orę­dzia, to nie jest to może coś nad­zwy­czaj­ne­go, ale zawsze miło, że przed­sta­wi­cie­le dwóch wiel­kich wyznań choć raz wyka­za­li odro­bi­nę dobrej woli. Za to abp Micha­lik zyskał sobie pew­nie jakie­goś plu­sa u czę­ści spo­łe­czeń­stwa, dla któ­rej do tej pory był tyl­ko radio­ma­ryj­nym inkwizytorem.

W tek­ście zawar­to miłość, przy­jaźń i bra­ter­stwo, ale nie daro­wa­no sobie jak zwy­kle „palą­cych pro­ble­mów”, tj. wał­ko­wa­nych od rana do wie­czo­ra abor­cji, in vitro etc.

Pod pre­tek­stem zacho­wa­nia zasa­dy świec­ko­ści lub obro­ny wol­no­ści kwe­stio­nu­je się pod­sta­wo­we zasa­dy moral­ne opar­te na Deka­lo­gu. Pro­mu­je się abor­cję, euta­na­zję, związ­ki osób jed­nej płci, któ­re usi­łu­je się przed­sta­wić jako jed­ną z form mał­żeń­stwa, pro­pa­gu­je się kon­sump­cjo­ni­stycz­ny styl życia, odrzu­ca się tra­dy­cyj­ne war­to­ści i usu­wa z prze­strze­ni publicz­nej sym­bo­le religijne.

Ład­nie to sko­men­to­wał J. Hart­man:

Sam doku­ment jest zlep­kiem pyszał­ko­wa­tych fra­ze­sów o „pojed­na­niu” (to, że wy się tam żre­cie mię­dzy sobą, nie zna­czy, że Pola­cy i Rosja­nie mają jakieś szcze­gól­ne złe rela­cje i potrzeb­ne im „pojed­na­nie”!) z typo­wy­mi poła­jan­ka­mi fun­da­men­ta­li­stów, któ­rzy wspól­nym szy­frem trwoż­li­wie egzor­cy­zmu­ją wszyst­ko, co wyda­je im się zagra­żać ich pozy­cji. Ten cały obcy świat, któ­re­go tak się boją, umie­ją okle­ić paro­ma dia­bel­ski­mi epi­te­ta­mi, w rodza­ju „pro­pa­ga­tor abor­cji i euta­na­zji”, „zde­hu­ma­ni­zo­wa­ny seku­la­ryzm” czy „ate­istycz­ny fun­da­men­ta­lizm”, lecz nic ponad­to. Umie­ją tyl­ko zatrza­snąć się na głu­cho w solip­sy­stycz­nej para­noi i sza­leń­stwie pychy, pozwa­la­ją­cej bez zaże­no­wa­nia prze­ma­wiać „do naro­dów” (ba, nie­le­d­wie „w imie­niu naro­dów”!) i robić nie­dwu­znacz­ne alu­zje, że wszyst­ko, co nie­ko­ściel­ne jest nie­mo­ral­ne, a Kościół i Cer­kiew są moral­no­ści osto­ją (a to szcze­gól­ne!). Na te wszyst­kie insy­nu­acje, pomó­wie­nia i bez­przy­kład­ne zadu­fa­nie w sobie nakła­da się jesz­cze obłud­ny szta­faż reto­ry­ki „tro­ski”. Oni są zawsze tak bar­dzo zatro­ska­ni i tak bar­dzo by nas chcie­li „ubo­ga­cić”.

Nie był­bym sobą, gdy­bym nie napi­sał, że dla przed­sta­wi­cie­li naj­bar­dziej skraj­nej pra­wi­cy przy­jazd Cyry­la jest kolej­ną oka­zją do urzą­dze­nia sobie festi­wa­lu para­noi. W koń­cu Cyryl, to agent KGB, któ­ry przy­je­chał z sadzon­ka­mi brzo­zy smoleńskiej…

Niezwykłym i nie leda piórem… czyli dzień z życia dziennikarza ekonomicznego

Jak czę­sto robię w nie­dziel­ne poran­ki, tak i w dzi­siej­szy odda­łem się lek­tu­rze „The New York Times Maga­zi­ne”. A tam – repor­taż o Joe Weisen­tha­lu wraz z gale­rią zdjęć opo­wia­da­ją­cy o jego żywo­cie w roli dziennikarza-blogera.

Otóż Joe wsta­je przed świ­tem, a kła­dzie się spać póź­ną nocą. Przed więk­szość dnia wle­pia gały w moni­tor: tele­fo­nu, lap­to­pa albo bate­rię ekra­nów przy swo­im biur­ku w pra­cy. Jest bowiem dzien­ni­ka­rzem w jakimś ame­ry­kań­skim por­ta­lu infor­ma­cyj­nym zaj­mu­ją­cym się wszyst­kim, co zwią­za­ne z eko­no­mią. Coś jak nasze TVN CNBC, tyle, że chy­ba jesz­cze  bar­dziej ogłu­pia­ją­ce. No i w internecie.

Joe rano budzi się z prze­ra­ża­ją­cą myślą, że być może kie­dy spał, zda­rzy­ło się coś, co wpły­nę­ło na ryn­ki. Lito­ści!

During the cour­se of an ave­ra­ge 16-hour day, Weisen­thal wri­tes 15 posts, ran­ging from charts with a few lines of expla­na­to­ry text to seve­ral hun­dred words of clo­se­ly reaso­ned ana­ly­sis. He mana­ges near­ly a dozen repor­ters, deman­ding and redi­rec­ting sto­ry ide­as. He fid­dles inces­san­tly with the look and con­tents of the site. And all the whi­le he holds a run­ning conver­sa­tion with the rough­ly 19,000 people who fol­low his Twit­ter alter ego, the Stal­wart. He spars, jokes, asks and answers questions, adver­ti­ses his work and, in the spi­rit of our time, reports on his meals, his whe­re­abo­uts and wha­te­ver else is on his mind.

Potem zaczy­na się cało­dzien­na infor­ma­cyj­na bie­gun­ka: z jed­nej stro­ny śle­dze­nie tabel, wykre­sów, depesz agen­cji infor­ma­cyj­nych, z jed­nym okiem na tele­wi­zo­rze a dru­gim na moni­to­rze – z dru­giej stro­ny z pisa­niem kil­ku­na­stu postów dzien­nie („na gorą­co”). A wła­ści­wie nie pisa­nie, tyl­ko wyrzu­ce­nie ich z sie­bie, choć nazwał­bym to raczej mniej elegancko.

Joe, jak na raso­we­go pra­co­ho­li­ka przy­sta­ło, dzień zaczy­na od espres­so z wiel­kie­go kub­ka. Jego die­ta też jest cie­ka­wa: naj­pierw był wege­ta­ria­ni­nem, potem wega­nem, a teraz je głów­nie mię­so. Gdy cho­dzi o poglą­dy na eko­no­mię, naj­pierw uwa­ża­no go za kon­ser­wa­ty­stę, a teraz za libe­ra­ła, choć w sumie nie wiem, czy ma to jakie­kol­wiek znaczenie.

Sły­nie z traf­nych pro­gnoz, choć rów­nie czę­sto się myli. Nie­ustan­nie obdzie­la swy­mi myśla­mi rze­sze słu­cha­czy, poprzez twe­ete­ra (żało­sne narzę­dzie), face­bo­oka, czy w koń­cu swo­je­go blo­ga. I w rze­czy­wi­sto­ści jest akto­rem, bo sła­wę i poklask uwiel­bia. Nie wzię­ło się z to z przy­pad­ku – począt­ko­wo chciał być dramatopisarzem.

Teraz mu się to uda­je, bo jego wpi­sy śle­dzą milio­ny ludzi w Sta­nach cze­ka­jąc na to, co tym razem go olśni­ło i jak on olśni eko­no­micz­nych igno­ran­tów. Jest akto­rem, a jego sce­ną jest  inter­net. Gra całą dobę (z prze­rwa­mi na toa­le­tę). W jed­nej spra­wie potra­fi zmie­nić zda­nie 3 razy w cią­gu dnia. Gdy dosta­je raport z dany­mi makro­eko­no­micz­ny­mi na począt­ku pisze, że są „złe”, potem, że jed­nak „nie aż tak”, aż w koń­cu, że „cacy”.

Świet­nie; jego blo­ga czy­ta­ją finan­si­ści, ban­kow­cy i inni eko­no­mi­ści, a potem na ich pod­sta­wie podej­mu­ją decy­zję. Czy­li już wiem, skąd jest kryzys.

Żyje­my w spo­łe­czeń­stwie infor­ma­cyj­nym. Kar­mi­my się infor­ma­cja­mi i cią­gle chce­my wię­cej; nie­usta­nie jeste­śmy nie­na­sy­ce­ni. Nie cho­dzi tu tyl­ko o tanią sen­sa­cję w sty­lu „Fak­tu”. Chce­my być poin­for­mo­wa­ni i up-to-date.  Dla­te­go co 10 minut spraw­dza­my wia­do­mo­ści na stro­nie „Gaze­ty”, TVN24 i itp.

Dla­te­go inter­net wci­ska się nam wszę­dzie: do kom­pu­te­rów, do tele­fo­nów, w domu, na uczel­ni i ostat­nio tak­że w auto­bu­sie; w toa­le­cie… żeby mieć złud­ne poczu­cie poinformowania.

Komen­ta­rze pod tek­stem nie są przy­chyl­ne: „trud­no wyobra­zić sobie życie rów­nie nie­szczę­śli­we i puste”. Gdy komuś to odpo­wia­da, to prze­cież może to robić. Cza­sem chy­ba jed­nak powi­nien sobie kabel od inter­ne­tu z zadka wyciągnąć.

Nie ma ciszy w bloku

Tytuł tego wpi­su został zaczerp­nię­ty z felie­to­nu Syl­wii Chut­nik z naj­now­sze­go nume­ru „Poli­ty­ki”. Świet­nie się skła­da, bo od kie­dy miesz­kam w blo­ku (1,5 roku), to mam ocho­tę o tym napi­sać, ale dopie­ro teraz poczu­łem się wystar­cza­ją­co zmo­bi­li­zo­wa­ny. Tym bar­dziej, że jak się oka­zu­je, w prze­ży­wa­niu swych bole­ści nie jestem sam.

Ja w prze­ci­wień­stwo do Miro­na Bia­ło­szew­skie­go nie jestem (jesz­cze!) ogar­nię­ty obse­syj­ną manią śle­dze­nia wszel­kich dźwię­ków dobie­ga­ją­cych spo­za blo­ko­we­go miesz­ka­nia. A prze­cież takie miesz­ka­nie jest jak pudeł­ko zapa­łek. Maleń­kie – w porów­na­niu do całe­go budyn­ku. A tych maleń­kich pude­łek znaj­du­ją się set­ki – uło­żo­ne jed­no na dru­gim i obok sie­bie; połą­czo­ne szy­ba­mi wen­ty­la­cyj­ny­mi i pio­nem kana­li­za­cyj­nym; prze­dzie­lo­ne ścia­na­mi jak kart­ką papieru.

Dźwię­ki trza­ska­ją­ce­go nie­do­mknię­te­go okna, trza­ska­nia drzwia­mi, czy czy­je­goś bez­sen­sow­ne­go glę­dze­nia na klat­ce scho­do­wej to napraw­dę nic w porów­na­niu z inny­mi odgło­sa­mi. Naj­wię­cej sły­chać w toa­le­cie: czy­jąś pral­kę, roz­mo­wy, czy­jeś plu­ska­nie się w wan­nie. Chy­ba nie­je­den dok­to­rat moż­na by na ten temat napi­sać. A CBA nie musi chy­ba mieć pozwo­le­nia na pod­słuch: wystar­czy gumo­we ucho agenta.

To wszyst­ko nic. Choć miesz­ka­nie w blo­ku ma wie­le zalet, ma też zasad­ni­czą wadę. Ta wada pole­ga na tym, że w pudał­kach nad nami, pod nami, z lewej i z pra­wej też ktoś miesz­ka! Może to być na przy­kład świa­dek koron­ny (o czym pisze dzi­siej­sza „Wybor­cza”).

Pół bie­dy, jeśli sie­dzi cicho; zda­rza się to rzad­ko. A wszyst­kie­mu win­ne wstręt­ne pudło, któ­re­mu na imię telewizor.

Nie­ste­ty więk­szość ludzi nie zna umia­ru w gło­śno­ści i nie bie­rze pod uwa­gę tego, że sąsiad nie chce go słu­chać. Ktoś mógł­by powie­dzieć „cisza noc­na – wte­dy ma być cisza”. Ale to nie ma nic do rze­czy! To, że jest taki wyna­la­zek jak cisza noc­na i że (zgod­nie z regu­la­mi­nem) remon­ty moż­na prze­pro­wa­dzać od 8 do 20, i że nale­ży wcze­śniej powia­do­mić sąsia­dów… to wszyst­ko nic nie zna­czy. Bo tak, czy owak, w świe­tle pra­wa cywil­ne­go (art. 23 KC) zakłó­ca­nie komuś spo­ko­ju w jaki­kol­wiek spo­sób: poprzez emi­to­wa­nie hała­su, smro­du czy zwy­kłe obra­ża­nie są taki­mi samy­mi naru­sze­nia­mi dóbr oso­bi­stych. Jed­nym sło­wem ist­nie­nie ciszy noc­nej nie ozna­cza, że poza nią, moż­na sobie robić co się chce.

Szko­da tyl­ko, że bliź­ni nasi mają w pogar­dzie kodeks cywilny.

Sąsie­dzi z moje­go blo­ku hała­su­ją nagmin­nie; ale co tam – zatycz­ki do uszu pian­ko­we, tyl­ko 1,9 zł. Naj­le­piej ich nie wycią­gać. Gdy­bym umiał, zro­bił­bym kar­czem­ną awan­tu­rę, ale nie umiem, więc cho­dzę od apte­ki do apte­ki w poszu­ki­wa­niu zatyczek.

Film, książka i koncert

Rok zakoń­czy­łem kul­tu­ral­nie, kul­tu­ral­nie mogę więc go też zacząć.

Nie­bez­piecz­na metoda

(1) Po pierw­sze w śro­dę byłem na fil­mie „Nie­bez­piecz­na meto­da”. Nie wiem, co mam o nim napi­sać, bo recen­zje ma śred­nio pochleb­ne – mnie jed­nak się podo­bał; było to dobrze zain­we­sto­wa­ne 15 zł, tym bar­dziej, że pro­jek­cja odby­ła się w kinie stu­dyj­nym, z sze­ścio­ma inny­mi oso­ba­mi na widow­ni. Tro­chę mnie to dzi­wi­ło: nie jest to może film kaso­wy, ze wzglę­du na tema­ty­kę (wyma­ga deli­kat­ne­go wysi­le­nia mózgow­ni­cy, nie ma tu nie­bie­skich stwo­rów ani kosmo­su); akto­rzy, któ­rzy w nim zagra­li, to jed­nak nie tru­pa pro­win­cjo­nal­ne­go teatru: Keira Kni­gh­tley, Vig­go Mor­ten­sen. A jed­nak film prze­szedł zupeł­nie bez echa, choć jego zwia­stun widzia­łem już ze trzy mie­sią­ce temu.

Film opo­wia­da o trzech oso­bach: Freu­dzie, Jun­gu i jesz­cze jakieś pan­nie Spiel­re­in, któ­ra naj­pierw jest pacjent­ką tego dru­gie­go, a potem sama sta­je się leka­rzem. Gdy­by ktoś chciał dowie­dzieć się cze­goś o psy­cho­ana­li­zie, to się raczej zawie­dzie, bo infor­ma­cje przed­sta­wio­ne w fil­mie są raczej szcząt­ko­we; co gor­sza – auto­rzy nawią­zu­ją do kon­flik­tu pomię­dzy Jun­giem i Freu­dem, ale wła­ści­wie nie wia­do­mo skąd on się wziął. Dla mnie – dogma­tycz­ne spo­ry przed­sta­wio­ne w fil­mie były męt­ne i nie­zro­zu­mia­łe. Dener­wu­ją­ce są też prze­sko­ki cza­so­we w akcji.

Za to Keira Kni­gh­tley (zna­na choć­by z wyjąt­ko­wo sła­bej ekra­ni­za­cji „Dumy i uprze­dze­nia”) świet­nie – w moim odczu­ciu – gra oso­bę cho­rą psy­chicz­nie; ata­ki histe­rii w jej wyko­na­niu są wyjąt­ko­wo wiarygodne.

Umber­to Eco – „Cmen­tarz w Pradze”

(2) W pew­nej mie­rze wią­że się to z dru­gą rze­czą, o któ­rej chcia­łem napi­sać: tj. o książ­ce Umber­to Eco „Cmen­tarz w Pra­dze”. Podob­no recen­zje nie zawsze były na jej temat pochleb­ne, ale nie wiem, bo ich nie czy­ta­łem, bo po co się zra­żać; tak czy owak Eco pozo­sta­je dla mnie zna­ko­mi­tym pisa­rzem, choć może z jego ksią­żek bije lek­kie zadęcie.

Opo­wieść jest dosyć nie­kon­wen­cjo­nal­na i mogę to stwier­dzić, choć nie prze­czy­ta­łem jesz­cze 200 stron. Jak na razie – mamy tu trzech nar­ra­to­rów i dla każ­de­go jest prze­wi­dzia­na inna czcion­ka. Przy­znam, że począt­ko­wo myśla­łem, że jest to błąd skła­du. Głów­nym boha­te­rem jest fał­szerz doku­men­tów Simo­ni­ni, o dosyć dziw­nych poglą­dach, choć nie zawsze moż­na to zro­zu­mieć, bo wyma­ga to choć­by jakiejś zna­jo­mo­ści histo­rii Włoch. Sam się w tym tro­chę gubię. I to jest chy­ba sła­bość ksią­żek Eco; wyda­je się, że chwi­la­mi jest w nich za dużo „eru­dy­cyj­no­ści”, co zwy­kle jest dobre, ale nie w książ­kach dla zwy­kłe­go zja­da­cze chle­ba. Tak czy owak, czy­ta się dobrze, choć nie ukry­wam – nie wszyst­ko jest zro­zu­mia­łe. Jed­nak, gdy czy­ta­łem „Imię róży”, mia­łem takie samo wrażenie.

Moim zda­niem, książ­ka war­ta jest pole­ce­nia. Dla zachę­ty – jak fał­szerz opi­su­je swo­ją profesję:

— Nie zro­zum mnie źle, dro­gi Simo­ne – tłu­ma­czył zwra­ca­jąc się już do nie­go per ty. – Ja nie spo­rzą­dzam doku­men­tów fał­szy­wych, lecz kopie doku­men­tów auten­tycz­nych, któ­re zgi­nę­ły lub któ­re przez pro­sty przy­pa­dek nigdy nie powsta­ły, ale któ­re mogły i powin­ny były powstać.

(3) I jesz­cze coś z zupeł­nie innej becz­ki. Wczo­raj byłem na kon­cer­cie nowo­rocz­nym w Fil­har­mo­nii Kali­skiej. Było jesz­cze wię­cej atrak­cji niż zwy­kle, w tym oczy­wi­ście „Marsz Radeckiego”.

J. Strauss – Uwer­tu­ra do ope­ry ” Zemsta nietoperza”
A. Dvo­rak – 4 tań­ce słowiańskie
M. Ravel – Tzigane
J. Strauss – Czar­dasz z ope­ry „Rit­ter Pasman”
J. Brahms – 3 tań­ce węgierskie
P. Sara­sa­te – Melo­die cygańskie

Losy Szwejka podczas wakacji

Wła­śnie skoń­czy­łem czy­tać dru­gą gru­bą książ­kę w te waka­cje. Poprzed­nia, to Bie­sy. Teraz przy­szedł czas na coś znacz­nie lżej­sze­go: Losy dobre­go żoł­nie­rza Szwej­ka cza­su woj­ny świa­to­wej Jaro­sla­va Haška. Obie książ­ki pocho­dzą z serii Wydaw­nic­twa Znak „50 na 50”. Co waż­ne, a o czym nie wspo­mnia­łem przy Bie­sach, nowe wyda­nia zosta­ły na nowo prze­tłu­ma­czo­ne. Jak wyja­śnia tłu­macz Szwej­ka, Anto­ni Kroh, w przed­mo­wie – jak się oka­zu­je – Pola­cy zna­li książ­kę Haška pod błęd­nym tytu­łem. Teraz ten błąd został naprawiony.

Tra­dy­cyj­nie, pozwo­lę sobie umie­ścić kil­ka naj­cie­kaw­szych fragmentów:

Sędzio­wiePowra­ca­ły wiel­kie cza­sy rzym­skie­go pano­wa­nia nad Jero­zo­li­mą. Więź­niów pro­wa­dzo­no na par­ter i sta­wia­no przed Piła­ta­mi 1914 roku. A sędzio­wie śled­czy, współ­cze­śni Piła­ci, zamiast god­nie umyć ręce, posy­ła­li po papry­kę i pil­zneń­skie piwo do Teis­si­ga i prze­ka­zy­wa­li pro­ku­ra­tu­rze wciąż nowe i nowe oskrażenia.

Tutaj roz­wie­wa­ła się wszel­ka logi­ka, a zwy­cię­żał §, dła­wił §, dur­niał §, pie­nił się §, śmiał się §, wygra­żał §, zabi­jał § i nie wyba­czał. Byli to żon­gle­rzy ustaw, poże­ra­cze kodek­sów i oskar­żo­nych, tygry­sy austriac­kiej dżun­gli, odmie­rza­ją­cy skok na ofia­rę nume­ra­mi paragrafów.

Wyją­tek czy­ni­ło kil­ku panów (podob­nie jak na komen­dzie poli­cji), któ­rzy pra­wa nie trak­to­wa­li zbyt serio; zawsze znaj­dzie się psze­ni­ca pośród kąkolu.

 

Wię­zien­na kapli­caW wię­zie­niu gar­ni­zo­no­wym, jak we wszyst­kich aresz­tach i kozach, miej­sco­wa kapli­ca cie­szy­ła się wiel­kim powo­dze­niem. Nie cho­dzi­ło o to, by przy­mu­so­we odwie­dzi­ny wię­zien­nej kapli­cy zbli­ża­ły ludzi do Boga, żeby więź­nio­wie przy­swo­ili sobie odro­bi­nę moral­no­ści. O takich głu­po­tach nie ma nawet co wspominać.

Nabo­żeń­stwa i kaza­nia były pierw­szo­rzęd­ną roz­gryw­ką, roz­pra­sza­ją­cą nudę gar­ni­zo­nu. Nie o to szło, by jed­nać się z Bogiem, ale że po dro­dze, na kory­ta­rzu czy na podwó­rzu, moż­na było zna­leźć oga­rek papie­ro­sa albo cyga­ra. Boga cał­ko­wi­cie odsu­wał na bok mały pet wala­ją­cy się bez­na­dziej­nie w splu­wacz­ce albo gdzie w pyle na zie­mi. Ta malut­ka śmier­dzą­ca rzecz zwy­cię­ża­ła Boga i zba­wie­nie duszy.

A do tego kaza­nie, ta zaba­wa, bre­we­rie. Kape­lan polo­wy Otto Katz był mimo wszyst­ko cza­ru­ją­cym czło­wie­kie. Jego kaza­nia były nie­zwy­kle fascy­nu­ją­ce, uciesz­ne, uwal­nia­ją­ce od wię­zien­nej mono­to­nii. Tak pięk­nie glę­dził o nie­skoń­czo­nej łasce bożej, krze­pił zde­pra­wo­wa­nych więź­niów i mężów błą­dzą­cych. Tak pięk­nie pysko­wał z ambo­ny i od ołta­rza. Umiał tak wspa­nia­le wrzesz­czeć swo­je: «Ite, mis­sa est», odpra­wiać nabo­żeń­stwo w nie­kon­wen­cjo­nal­ny spo­sób, prze­wra­cać porzą­dek mszy świę­tej, wymy­ślać, gdy był już cał­kiem pija­ny, zupeł­nie nowe modli­twy i nową mszę świę­tą, swój obrzęd, coś, cze­go jesz­cze nie było.

No i ten cyrk, gdy od cza­su do cza­su omsknął się z i prze­wró­cił z kie­li­chem, naj­święt­szym sakra­men­tem albo msza­łem, i gło­śno oskar­ża­jąc mini­stran­ta z kom­pa­nii kar­nej, że mu umyśl­nie pod­sta­wił nogę, natych­miast przed naj­wyż­szym maje­sta­tem wrze­piał mu kar­cer i zwią­zy­wa­nie w kij.

Mar­ny los uczci­we­go zna­laz­cy- Nie szko­dzi – stwier­dził Szwejk – (…) Gdy­by­śmy to gdzieś ogło­si­li, uczci­wy zna­laz­ca chciał­by od nas nagro­dę. Gdy­by to były pie­nią­dze, chy­ba nie tra­fił­by się uczci­wy zna­laz­ca, acz­kol­wiek są jesz­cze tacy ludzie. U nas w Budzie­jo­wi­cach w regi­men­cie był żoł­nierz, takie pokor­ne cie­ląt­ko, ten pew­ne­go razu zna­lazł na uli­cy sześć­set koron i oddał poli­cji, w gaze­tach pisa­li o nim jako o uczci­wym zna­laz­cy i tyl­ko miał z tego wstyd. Nie chcie­li z nim roz­ma­wiać, każ­dy mówił: «Ty paca­nie jeden, cóżeś ty zro­bił za głu­po­tę. Chy­ba do śmier­ci będzie ci łyso, jeśli masz choć tro­chę hono­ru w ser­cu». Miał dziew­czy­nę, prze­sta­ła z nim gadać (…) Wbił to sobie w gło­wę, zmi­zer­niał, aż wresz­cie rzu­cił się pod pociąg.

Pie­kło i nie­boTo zna­czy, zamiast zwy­kłych kotłów z siar­ką na bied­nych grzesz­ni­ków cze­ka­ją szyb­ko­wa­ry, kotły wyso­ko­ci­śnie­nio­we, grzesz­ni­cy sma­żą się na mar­ga­ry­nie, na roż­nach elek­trycz­nych, przez milio­ny lat jeż­dżą po nich wal­ce dro­go­we, a den­ty­ści powo­du­ją zgrzy­ta­nie zębów spe­cjal­nym sprzę­tem, szloch nagry­wa się na gra­mo­fo­ny, a pły­ty wysy­ła się na górę, do raju, dla roz­we­se­le­nia spra­wie­dli­wych. W raju try­ska­ją roz­py­la­cze wody koloń­skiej, a orkie­stra tak dłu­go gra Brahm­sa, że już by ksiądz wolał pie­kło i czy­ściec. Anioł­ki mają w tyłecz­kach śmi­gieł­ka od aero­pla­nów, żeby nie musia­ły tyle machać skrzydełkami.

c.d.n.

Biesy wakacyjne

Eks­per­ci biją na alarm: do koń­ca waka­cji pozo­stał już tyl­ko mie­siąc! Aku­rat – dla mnie są to pra­wie dwa mie­sią­ce, he he he he. Lubię takie peł­ne pato­su zwro­ty à la „Fak­ty” albo „Piotr Kraś­ko na żywo z wnę­trza wulkanu…”

Wróć­my jed­nak do waka­cji. Trze­ba przy­znać, że dłu­go­ter­mi­no­wa pro­gno­za pogo­dy na razie się speł­nia: to zna­czy w lip­cu mia­ło lać – no i leje. Ponoć w sierp­niu ma być upal­nie; zoba­czy­my… Na szczę­ście ja na razie sie­dzę w domu i kon­tem­plu­ję Dr Hau­sa oraz Ally McBe­al, więc deszcz mi nie straszny.

Czy­tam sobie rów­nież książ­ki. Ostat­nio prze­czy­ta­łem „Bie­sy” Fio­do­ra Dosto­jew­sie­go. Nie spo­sób nie oprzeć się i nie zamie­ścić kil­ku cytacików.

Sto­su­nek do religii

(…) War­wa­ro Pie­trow­no, w tym sen­sie, że im gorzej, tym lepiej. To jak w reli­gii: im gorzej się żyje czło­wie­ko­wi, albo im bied­niej­szy i bar­dziej zahu­ka­ny jest lud, tym upar­ciej myśli o nagro­dzie w raju, a jeże­li przy tym jesz­cze uwi­ja się sto tysię­cy kapła­nów, pod­nie­ca­ją­cych tę mrzon­kę i spe­ku­lu­ją­cych na niej, to… rozu­miem panią, War­wa­ro Pie­trow­no, może pani być pewna.

Talent bez­ta­len­cia

(…) zawsze dużo mówię, to zna­czy dużo słów, i śpie­szę się, więc nigdy nic mi nie wycho­dzi. A dla­cze­go dużo mówię i nic mi nie wycho­dzi? Bo nie umiem mówić. Ci, któ­rzy umie­ją dobrze mówić, mówią krót­ko. Więc to wła­śnie jest moje bez­ta­len­cie – praw­da? Ale sko­ro już mam ten natu­ral­ny talent bez­ta­len­cia, dla­cze­go nie miał­bym się nim posłu­żyć sztucz­nie? Więc się posłu­gu­ję. Co praw­da, jak się tu wybie­ra­łem, naj­pierw mia­łem zamiar mil­czeć; ale prze­cież mil­czeć wiel­ki talent, a więc mnie nie przy­stoi, a po dru­gie, mil­czeć to jest ryzy­ko; no, więc osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­łem, że naj­le­piej prze­cież mówić, ale wła­śnie jak bez­ta­len­cie, to zna­czy dużo, dużo, dużo, bar­dzo śpie­szyć się z argu­men­ta­mi, a pod koniec zawsze pogu­bić się we wła­snych argu­men­tach, żeby słu­chacz odszedł bez koń­ca, roz­kła­da­jąc ręce, a naj­le­piej, żeby splunął.

Entu­zjazm administracyjny

- Entu­zjazm admi­ni­stra­cyj­ny? Nie wiem, co to takie­go. / (…) niech pani posta­wi jakąś naj­mar­niej­szą kre­atu­rę, żeby sprze­da­wa­ła choć­by jakieś tam głu­pie bile­ty kole­jo­we, a tak kre­atu­ra natych­miast poczu­je się w pra­wie spo­glą­dać na panią z miną Jowi­sza, kie­dy podej­dzie pani po bilet, [żeby oka­zać pani swo­ją wła­dzę]. Że niby ja ci poka­żę, kto tu rzą­dzi… I to wła­śnie docho­dzi w nich do admi­ni­stra­cyj­ne­go entuzjazmu.

Opra­wa książek

(…) czy­tać i opra­wiać książ­ki – to dwa, i ogrom­ne, okre­sy roz­wo­ju. Z począt­ku poma­lut­ku uczy się czy­tać, ma się rozu­mieć, przez całe wie­ki, ale książ­kę przy tym wyświech­ta, wybru­dzi, bo nie uwa­ża jej za coś poważ­ne­go. Opra­wa ozna­cza już sza­cu­nek dla książ­ki, ozna­cza, że czło­wiek nie dość, że polu­bił czy­tać, ale też potrak­to­wał to poważ­nie. Rosja jesz­cze nie weszła w ten okres. A Euro­pa już od daw­na opra­wia książki.

Wpływ wód­ki

Kie­dy popro­si­cie pań­stwo pro­ste­go czło­wie­ka, żeby coś dla was zro­bił, jeśli zechce, a może, usłu­ży sta­ran­nie i dobro­dusz­nie; lecz jeśli popro­si­cie go, by przy­niósł wódecz­kę – nawet zwy­kła mu spo­koj­na dobro­dusz­ność przej­dzie rap­tem w jakąś pośpiesz­ną, rado­sną usłuż­ność, w jakąś nie­mal bra­ter­ską o was dba­łość. Na tego, kto idzie po wód­kę – cho­ciaż pić ją będzie­cie wy, a nie on, cze­go jest z góry świa­dom – spły­wa jak gdy­by cząst­ka wasze­go przy­szłe­go ukontentowania.

Powyż­sze cyta­ty pocho­dzą z: Fio­dor Dosto­jew­ski Bie­sy, Wydaw­nic­two Znak, Kra­ków 2010. tłum. Adam Pomorski

Jeszcze raz o kartach

Parę dni temu napi­sa­łem o dosyć kon­tro­wer­syj­nej spra­wie pro­wi­zji za uży­wa­nie kart płat­ni­czych – pro­wi­zji rzecz jasna pobie­ra­nych przez fir­my typu Visa i Master­card, któ­rych pazer­ność jest znacz­nie więk­sza, niż przy­pusz­cza­łem. Moż­na o tym poczy­tać na ban­ko­wym blo­gu Macie­ja Sam­ci­ka.

Każ­dy z nas spo­tkał się chy­ba z sabo­ta­żem sprze­daw­ców, pole­ga­ją­cym na znie­chę­ca­niu klien­tów do pła­ce­nia kar­tą. Sprze­daw­cy w skle­pach i punk­tach usłu­go­wych wolą gotów­kę, bo od trans­ak­cji opła­co­nych bile­ta­mi Naro­do­we­go Ban­ku Pol­skie­go nie muszą pła­cić ban­kom pro­wi­zji (m.in. słyn­nej opła­ty inter­chan­ge). Stąd też w skle­pach „Żab­ka” ter­mi­na­le do płat­no­ści bez­go­tów­ko­wych zwy­kle są „nie­czyn­ne”, zaś w wie­lu punk­tach sprze­daw­cy, widząc w ręce klien­ta kar­tę, pyta­ją, czy na pew­no ów klient nie ma ocho­ty zapła­cić gotów­ką. Znam nawet wła­ści­cie­la skle­pu, któ­ry udzie­la 4% raba­tu każ­de­mu, kto zapła­ci gotów­ką zamiast kartą.

To powin­no dać do myśle­nia pazer­nym ban­kow­com i sze­fom orga­ni­za­cji płat­ni­czych Visa i Master­Card, kąpią­cym się w skarb­cach peł­nych bank­no­tów. Na opła­tach pobie­ra­nych od skle­pów Visa, Master­Card i ban­ki zara­bia­ją rocz­nie okrą­gły miliard złotych.

Wię­cej tutaj.

Rocznicowy cyrk smoleński

Ufff… Zbio­ro­wym wysił­kiem prze­trwa­li­śmy jakoś śmier­cio­no­śne i obłą­kań­cze miste­rium obcho­dów rocz­ni­cy kata­stro­fy w Smo­leń­sku. Jak ktoś nie włą­czał tele­wi­zo­ra, to miał szan­sę, że ciśnie­nie nie wzro­śnie mu nad­mier­nie oglą­da­jąc wypo­wia­da­ne w ilu­mi­na­cyj­nej eks­ta­zie sło­wa Kaczyń­skie­go, że „«zosta­li zdra­dze­ni o świ­cie»”. Na uli­cę (ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem Kra­kow­skie­go Przed­mie­ścia) wylę­gły zastę­py pre­nu­me­ra­to­rów „Gaze­ty Pol­skiej” z jej redak­to­rem naczel­nym gło­szą­cym róż­no­ra­kie para­no­idal­ne tezy.

Poja­wił się nowy pro­jekt pomni­ka, naresz­cie taki, któ­ry ewen­tu­al­nie moż­na­by przy­jąć. Ja od począt­ku jestem prze­ciw­ni­kiem sta­wia­nia pomni­ków, a w szcze­gól­no­ści pod Pała­cem Pre­zy­denc­kim. Uwa­żam, że z miej­sca urzę­do­wa­nia pre­zy­den­ta nie moż­na robić mau­zo­leum. Adam Małysz zadał pyta­nie, któ­re wie­lu cisnę­ło się na usta: jak to moż­li­we, że czci się zmar­łe­go w miej­scu jego pracy?

Ofia­ry kata­stro­fy mają już całą masę tablic ku czci, pomnik na Powąz­kach (jak naj­bar­dziej zasłu­żo­ny) i Wawel nie­mal­że na wła­sność. Pro­jekt świetl­nych kolumn jest nie­zły, bo jest wła­ści­wie pierw­szym pomy­słem, któ­ry nie nosi zna­mion szwan­ko­wa­nia mózgu jego pro­jek­tan­tów… to zna­czy, nie­zu­peł­nie. Był­by to pomnik będą­cy raczej insta­la­cją arty­stycz­ną, a sym­bo­li­ka jest umiar­ko­wa­na, nie ma nad­mia­ru pato­su. Tak więc, jak napi­sa­ła D. Jarec­ka „wszy­scy ode­tchnę­li”… Ale niezupełnie:

Pro­mie­nie mia­ły­by wycho­dzić z reflek­to­rów umiesz­czo­nych w chod­ni­ku, a każ­dy reflek­tor – zapo­wia­da autor pro­jek­tu – opra­wio­ny był­by w rodzaj ryn­gra­fu z nazwi­skiem zmar­łe­go. A ja uwa­żam, że tam, gdzie ryn­graf, musi być miecz. A tam, gdzie miecz, musi być tak­że i honor, i zemsta. Szy­chal­ski mówi też, że inspi­ro­wał się słu­pa­mi świa­teł na miej­scu nowo­jor­skie­go Gro­und Zero. Jak wia­do­mo, była to for­ma upa­mięt­nie­nia ofiar zama­chu. Stąd już pro­sta dro­ga do kon­klu­zji, jaką widzia­łam na jed­nej z flag powie­wa­ją­cych w cza­sie rocz­ni­co­wej demon­stra­cji przed Pała­cem Pre­zy­denc­kim: „To był zamach”. For­ma świetl­ne­go pomni­ka jest może i nowo­cze­sna, ale treść, jaką nie­sie, już mniej: wal­ka, odwet, atak.

Wię­cej… http://wyborcza.pl/1,75968,9436740,Pomnik_mgly.html#ixzz1JZS8NOIs

Jak już poświę­cam cały post na ten cyrk, to będę to cią­gnąć dalej.

W „Poli­ty­ce” zamiesz­czo­no cie­ka­wą rela­cję wyda­rzeń z Kra­kow­skie­go Przedmieścia:

Jak moż­na było prze­wi­dy­wać, Kra­kow­skie Przed­mie­ście w War­sza­wie zosta­ło zaanek­to­wa­ne na spe­cy­ficz­ne naro­do­we teatrum, z ory­gi­nal­ną dra­ma­tur­gią, rekwi­zy­ta­mi, akto­ra­mi i suflerami. (…)

W sobo­tę, o godz. 14 star­sza pani robi pierw­szy ołta­rzyk z przy­wią­za­nych do latar­ni por­tre­tów śp. pre­zy­den­ta z mał­żon­ką. Roz­da­je zdję­cia z ubie­gło­rocz­nej żało­by. Pod ołta­rzyk dołą­cza­ją kolej­ne panie, wita­jąc się jak sta­re znajome. (…)

Tłum prze­no­si się pod amba­sa­dę [Rosji]. (…) Tu – jest – Polska! (…)

Tym­cza­sem pod pała­cem na Kra­kow­skim ludzie szep­cą róża­niec. Mło­da kobie­ta przy­no­si worek meda­li­ków z Mat­ką Boską. Jest akcja – nale­ży po cichu obło­żyć nimi teren wokół pała­cu, wci­ska­jąc meda­li­ki mię­dzy szpa­ry chod­ni­ka. Obo­wią­zu­je cał­ko­wi­ty zakaz han­dlu zniczami. (…)

Zbli­ża się sym­bo­licz­na godz. 8.41. Księ­ża przed kościo­łem udzie­la­ją komu­nii. Ludzie klę­ka­ją na chodnikach. (…)

«Od powie­trza, gło­du, ognia, woj­ny TVN‑u i PO – wybaw nas Panie.»

Źró­dło: A. Dąbrow­ska, J. Dzia­dul, J. Cie­śla, E. Giet­ka, W. Mar­kie­wicz, R. Socha „Taka nasza pamięć” [w:] „Poli­ty­ka” nr 16 (2803), 16 kwiet­nia 2011

Do tego wszyst­kie­go docho­dzi jesz­cze afe­ra z tabli­cą w miej­scu kata­stro­fy. Dla mnie jest jasne, że MSZ nic w tej spra­wie nie zro­bi­ło, aby przy­pad­kiem nie ura­zić rodzin ofiar, któ­re w dużej mie­rze hoł­du­ją mono­po­lo­wi na żało­bę. Wia­do­mo, że jeśli pol­skie służ­by coś by z tym zro­bi­ły, zaraz zosta­ły­by uzna­ne za „wro­gów RP”, „zaprzań­ców” etc. etc.

Oto bowiem dwie smo­leń­skie wdo­wy, panie Kur­ty­ko­wa i Mer­to­wa, nale­żą­ce do gro­na tych kil­ku demon­stru­ją­cych nie­ustan­ne nie­za­do­wo­le­nie ze wszyst­kie­go, co robią Rosja­nie i pań­stwo pol­skie oraz mają wła­sne pomy­sły, ucho­dzą pra­wie za naro­do­we boha­ter­ki, a przed­mio­tem ata­ku są wszy­scy inni. Przede wszyst­kim oczy­wi­ście Rosja­nie, któ­rych ska­za­no za wywo­ła­nie skan­da­lu, zanim kto­kol­wiek zapy­tał, skąd ta tabli­ca w Smo­leń­sku się wzię­ła, ale tak­że nasze Mini­ster­stwo Spraw Zagra­nicz­nych. Kry­ty­ka MSZ jest oczy­wi­ście słusz­na, bowiem jeże­li przez kil­ka mie­się­cy ze zwy­czaj­ne­go stra­chu przed smo­leń­ski­mi wdo­wa­mi, kie­ru­ją­cy­mi się podob­no „odru­chem ser­ca” (to nad­zwy­czaj­nie mod­ne okre­śle­nie zacho­wa­nia Pań, któ­re spro­ku­ro­wa­ły ten skan­dal) lub z dość roz­po­wszech­nio­ne­go w Pol­sce myśle­nia, że prze­cież „jakoś to będzie” i lepiej awan­tu­ry w kra­ju nie wywo­ły­wać, nie robi się nic, to uspra­wie­dli­wie­nia nie ma. Oczy­wi­ście, jaka mogła­by być awan­tu­ra, gdy­by to Pola­cy usu­nę­li tabli­cę, wyobra­zić sobie nie­trud­no. Przy­kła­dów kon­flik­tów wła­ści­wie bez powo­du mamy aż nadmiar.

Źro­dło: Skrót myślo­wy – Blog J. Paradowskiej

Loch dla przyrządów kuchennych

Skoń­czy­łem wła­śnie czy­tać kolej­ną cie­ka­wą książ­kę (nie­cie­ka­wych prze­cież nie czy­tam). Był to Kot alche­mi­ka Wal­te­ra Moer­sa; z pew­no­ścią jest to pierw­sza, ale nie ostat­nia książ­ka tego auto­ra, któ­rą prze­czy­ta­łem, bo po Kocie mam ocho­tę na następ­ne. Nie będę roz­wo­dzić się, o czym jest ta książ­ka, jacy są jej boha­te­ro­wie etc. Przed­sta­wię jed­nak krót­ki cytat, któ­ry dobit­nie wyra­ża zda­nie auto­ra na temat sztu­ki kulinarnej 🙂

Oto (…) lochy bez­sen­sow­nych instru­men­tów kuchen­nych. Taki loch ist­nie­je zapew­ne w każ­dej dobrze urzą­dzo­nej kuch­ni. Są w nim prze­trzy­my­wa­ni niczym więź­nio­wie wyjąt­ko­wo nie­bez­piecz­ni pacjen­ci domu wariatów. (…)

Któ­ryż kuchacz (…) nie jest w posia­da­niu takie­go noży­ka prze­kształ­ca­ją­ce­go rzod­kiew­ki w minia­tu­ro­we róże?! Naby­te­go na nie­dziel­nym tar­gu w chwi­li nie­po­czy­tal­no­ści, kie­dy po pro­stu nie jesteś sobie w sta­nie wyobra­zić życia bez noży­ka do minia­tu­ro­wych różyczek. (…)

Albo ten tutaj, któ­ry zmie­nia ziem­nia­ka w pię­cio­me­tro­wą spi­ra­lę! Albo ta tutaj pra­ska do wyci­ska­nia soku z kala­re­py! Albo ta patel­nia, na któ­rej upie­czesz kwa­dra­to­we naleśniki. (…)

Co skła­nia do zaku­pu takich rze­czy? Co zro­bić z ziem­nia­cza­nej tasiem­ki, któ­rą dało­by się 0zdobić salę balo­wą? Jakiż głos obłę­du pod­po­wia­da, że być może zja­wią się kie­dyś u nas goście opa­no­wa­ni wil­czym ape­ty­tem na pię­cio­me­tro­we ziem­nia­ki, kwa­dra­to­we nale­śni­ki i sok z kalarepy? (…)

Trzy­mam je niczym śre­dnio­wiecz­ni ksią­żę­ta gło­dzą­cy swych prze­ciw­ni­ków w wieżach.

W. Moers „Kot alche­mi­ka”, Wro­cław 2007

Teraz zabie­ram się za „Ręko­pis zna­le­zio­ny w Saragossie”.

Park Sołacki wczesną wiosną

Minął wła­śnie tydzień od cza­su, gdy odwie­dzi­łem dumę Pozna­nia – Park Sołac­ki. Pod koniec lute­go nie pre­zen­tu­je się on tak oka­za­le, jak latem (latem jest super). Ale i tak jest tam miej­sce, by sobie miło pospacerować.

Sołacz jako dziel­ni­ca Pozna­nia też jest pięk­ny sam w sobie. Kto tam nie był, a ma moż­li­wość, niech nad­ro­bi zale­gło­ści. Jest to dziel­ni­ca peł­na uro­ku, gdzie sto­ją maje­sta­tycz­nie sta­re wil­le pośród wyso­kich drzew. Samo­cho­dów nie­wie­le, tyl­ko od cza­su do cza­su prze­je­dzie jakiś tramwaj.

Ser­ce rośnie, patrząc na te czasy!
Mało przed tym gołe były lasy,
Śnieg na zie­mi wysszej łok­cia leżał,
A po rze­kach wóz nacięż­szy zbieżał.

Teraz drze­wa liście na się wzięły,
Polne łąki pięk­nie zakwitnęły;
Lody zeszły, a po czy­stej wodzie
Idą stat­ki i cio­sa­ne łodzie.

Jan Kocha­now­ski ~ Pieśń II

 

PS. Dzi­siaj mia­łem tro­chę cza­su, by „powal­czyć” ze swo­ją stro­ną. Zak­tu­ali­zo­wa­łem nie­co dział o muzyce.

Już w domciu

Gdy w czwar­tek wra­ca­łem w cen­trum do swo­je­go lokum, nic się nie wyko­le­iło. A szkoda.

Teraz jestem już w Kali­szu, a podróż, jaką zafun­do­wa­ły mi Prze­wo­zy Regio­nal­ne do spół­ki z PKP zapa­mię­tam na dłu­go. Pociąg oczy­wi­ście o poło­wę za mały, ścisk wiel­ki (sta­łem do Kotli­na); na dwor­cu w Pozna­niu brak infor­ma­cji i bie­ga­nie pomię­dzy pero­na­mi. Jed­nym sło­wem podróż pocią­giem przy­po­mi­na raczej wywóz­kę bydła do rzeźni.

Dwa tygo­dnie byłem odcię­ty od tele­wi­zo­ra. Teraz włą­czam, a tam, oczy­wi­ście gęba Jaro­sła­wa. Nie­daw­ne pisa­łem o tym, że Rydzyk został ska­za­ny za nada­wa­nie reklam na ante­nie roz­gło­śni kościo­ła toruń­sko­ka­to­lic­kie­go, ale – jako oso­ba nie­by­wa­le spryt­na – już zwą­chał spi­sek maso­nów i anty­chry­sta. Ostat­nia odro­bin­kę uci­chła spra­wa kata­stro­fy, ale – niech nikt się nie łudzi – straż­ni­cy pań­stwa czu­wa­ją. J. Gosiew­ska ostat­nio oświad­czy­ła, że tak napraw­dę, to nie wia­do­mo, kto leży w trum­nie.

I na koniec to, co prze­czy­ta­łem w ostat­nie „Poli­ty­ce”:

(…) czy­li Jaro­sław K., któ­ry zro­bi dowol­ny pożar, na dowol­ny temat i w dowol­nym miej­scu. Niech go Napie­ral­ski spraw­dzi. Wystar­czy szep­nąć: – No, Zale­wu Zegrzyń­skie­go toby pan pre­zes nie sfaj­czył. I tyl­ko przez Błasz­cza­ka albo Hof­ma­na dodat­ko­wo prze­ka­zać, że w Zale­wie Zegrzyń­skim co dzień kąpie się Bar­to­szew­ski, żeby mieć czy­ste sumie­nie. Za tydzień mamy pod Zegrzem Pusty­nię Gobi.
Wię­cej pod adre­sem http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/felietony/1513802,1,pies-czyli-kot.read#ixzz1GMogRyW3

Źró­dło: S. Tym „Obia­dek” [w:] „Poli­ty­ka” nr 11 (2798), 12 mar­ca 2011

Rydzyk zapłaci

Nie­by­wa­łe, cud się stał. Wresz­cie ktoś zauwa­żył, że Radio Mary­ja popeł­nia prze­stęp­stwa w ete­rze. Ku mojej satys­fak­cji Ojciec Dyrek­tor bek­nie za to, że na ante­nie wzy­wa do nie­le­gal­nych zbió­rek pie­nię­dzy, czy­li jed­nym sło­wem cyc­ka pie­nią­dze od słu­cha­czy, któ­rych naj­pierw pod­da­je pra­niu mózgu.

Kara jest śmiesz­nie niska. Z resz­tą są waż­niej­sze spra­wy. Kie­dy orga­ny ści­ga­nia zro­bią coś z anty­se­mi­ty­zmem, szo­wi­ni­zmem, zbo­cze­nia­mi ide­olo­gicz­ny­mi i nawo­ły­wa­niem do prze­mo­cy na ante­nie roz­gło­śni kościo­ła toruń­sko-kato­lic­kie­go? KRRiT dzia­ła bar­dzo opie­sza­le. A prze­cież na te wszyst­kie prze­wi­nie­nia są praw­dzi­we, nama­cal­ne dowo­dy – a nie jakiś byty męt­ne jak wywo­dy redemptorysty.

Kogo to inte­re­su­je, niech pokli­ka tutaj: kse­no­fo­bia i anty­se­mi­tyzmsze­rze­nie nie­na­wi­ścijesz­cze raz kse­no­fo­biamate­ria­ły do posłu­cha­nia (np. anty­se­mi­tyzm).

Najnowsze rewelacje

Mia­łem o tym nie pisać, bo po co sam mam się dener­wo­wać i jesz­cze innych wpro­wa­dzać w zły nastrój. Trud­no jed­nak­że prze­mil­czeć naj­now­sze rewe­la­cje prze­wod­ni­czą­ce­go kościo­ła toruńsko-katolickiego.

- Otóż ja sły­sza­łem, nie mogę powie­dzieć, kogo to doty­czy z tych rodzin ludzi, wyglą­da wszyst­ko na to, że byli zamor­do­wa­ni, że to był zamach, tak to wyglą­da. Bo gdy­by nie był, to dla­cze­go kry­ją – mówił o. Tade­usz Rydzyk w nocy z sobo­ty na nie­dzie­lę. – Jasno powie­dzieć wszyst­ko. Bar­dzo praw­do­po­dob­ne to jest, że to było spe­cjal­ne zamor­do­wa­nie. Zresz­tą mówi się, że to było pro­wa­dze­nie na śmierć, że był tak ten samo­lot pro­wa­dzo­ny. Mówi się o tym.

Źró­dło: http://glosrydzyka.blox.pl/2010/12/O‑Rydzyk-o-katastrofie-smolenskiej-specjalne.html

Nie jest to nic nowe­go, ale uro­je­nia redemp­to­ry­sty osią­gnę­ły kolej­ny, zna­czą­cy pułap.

Cie­szy mnie wia­do­mość, że rów­nież w łonie Kościo­ła są oso­by, któ­re widzą, że jest to pro­blem. Ostat­nio w „Gaze­cie Wybor­czej” opu­bli­ko­wa­no list domi­ni­ka­ni­na o. Ludwi­ka Wiśniew­skie­go skie­ro­wa­ny do nun­cja­tu­ry, w któ­rym nie owi­ja­jąc w baweł­nę pisze to, o czym wszy­scy od daw­na wie­dzą, ale o tym nie mówią: o podzia­le w epi­sko­pa­cie, nie­roz­wią­za­nym pro­ble­mie toruń­skie­go kon­cer­nu medial­ne­go i (a to się wią­że jed­no z dru­gim) kse­no­fo­bii, szo­wi­niź­mie nie­któ­rych duchownych.

Pies czyli kot – „Tylko się urwać”

Pies czy­li kot | Tyl­ko się urwać – Polityka.pl.

W arty­ku­le, do któ­re­go łącze zamiesz­czo­ne jest powy­żej, zna­la­złem cie­ka­we prze­my­śle­nie na temat tele­wi­zyj­nych pro­gra­mów infor­ma­cyj­nych, któ­re od rana do nocy rosz­czą sobie pra­wo do powia­da­mia­nia nas o wszyst­kich fak­tach, czę­sto nie­istot­nych, ale i tak zakla­sy­fi­ko­wa­nych jako „wia­do­mo­ści dnia”.

Tele­wi­zja sta­ła się dodat­ko­wym oknem w domu. Za oknem śnieg, w tele­wi­zyj­nym oknie też śnieg, tyle że pięk­niej omó­wio­ny. Każ­de­go – żeby było demo­kra­tycz­nie – prze­chod­nia tere­no­wy spra­woz­daw­ca pyta o oce­nę sta­nu zaśnie­że­nia i odśnie­że­nia. I każ­dy mówi mu to samo, a ja słu­cham i wzdy­cham (…). Dodat­ko­wo wszyst­kie te roz­mo­wy «prze­pa­sa­ne jak­by wstę­gą, mie­dzą» set­ka­mi iden­tycz­nych reklam. Jest jak w raju – spo­kój, cisza i ado­ra­cja. Wsta­jesz i wiesz – obie­cu­je sta­cja. Ja doświad­czam reali­za­cji tej obiet­ni­cy, wzmoc­nio­nej wyzna­niem Sokra­te­sa – wsta­ję i wiem, że nic nie wiem.

Źró­dło: Sta­ni­sław Tym Tyl­ko się urwać [w:] „Poli­ty­ka” nr 50 (2786), 11 grud­nia 2010 [dostęp onli­ne]

Imputowanie inteligencji

Takie oto zna­la­złem przed chwi­lą w sie­ci war­te zauwa­że­nia cyta­ci­ki. Doty­czą one tego, co zro­bić, by powięk­szyć swo­ją inte­li­gen­cję. Nale­ży żuć gumę i…

Bada­cze z Bay­lor Col­le­ge of Medi­ci­ne w Houston (w sta­nie Tek­sas, w USA) odkry­li pozy­tyw­ny wpływ żucia gumy na wyni­ki w nauce dzię­ki eks­pe­ry­men­to­wi. Po 14 tygo­dniach ucznio­wie, któ­rzy żuli przez cały ten okres gumę na lek­cjach, mie­li lep­sze wyni­ki w stan­dar­do­wych testach mate­ma­tycz­nych i uzy­ski­wa­li wyż­sze oce­ny koń­co­we, niż resz­ta rówieśników.

Zna­le­zio­ne na Bel­fer­Blog [za:] link

Zbaw­cza może być tak­że pene­tra­cja wła­sne­go nosa:

Zauwa­ży­łem, że nie tyl­ko żucie gumy potra­fi roz­ru­szać mózg (…). Na przy­kład dosko­na­ły wpływ na inte­li­gen­cję ma dłu­ba­nie w nosie. (…) Ze swo­ich stu­diów pamię­tam, że naj­in­te­li­gent­niej­szy pro­fe­sor (…) miał zwy­czaj pod­czas wykła­du lepić poci­ski z tego, co wydłu­bał z nosa.

Źró­dło: http://chetkowski.blog.polityka.pl/?p=1161