Drugiego dnia w Gdyni postanowiłem, żeby obejrzeć nieco bardziej przemysłowe okolice miasta, tzn. port. Mało gdzie można wejść, chociaż można przejść się nad basenem portowym koło budynku Dworca Morskiego i tam się właśnie udałem. Poprzednim razem byłem tam w 2019 roku, czyli w czasie mojej pierwszej wizyty w Trójmieście.
Port jest bardzo ciekawy dla kogoś, kto na co dzień mieszka daleko od morza.
Potem pojechałem jeszcze do centrum miasta, żeby przejść się modernistycznymi ulicami.
Wczoraj, za drugim podejściem, udało mi się dojechać do Gdyni, w do której przybyłem wczesnym popołudniem. Mróz jest nadal. To dla mnie jednak nie problem. Tradycyjnie wybrałem się na spacer wzdłuż plaży w kierunku Orłowa. Pierwszy raz widziałem częściowo zamarznięte morze.
Dwa dni temu w sobotę, gdy wyruszyłem w drogę, termometr pokazywał kilkanaście stopni mrozu. Takiej zimy nie było u nas od kilku już lat. Moim pierwszym zaplanowanym przystankiem był Grudziądz, do którego chciałem wrócić na 1 dzień po czterech latach (dwa lata temu też na chwilę do niego wstąpiłem). Po drodze zatrzymałem się w Strzelnie, żeby zobaczyć romańskie kolumny, niestety zimno było tak dojmujące, że trudno było wytrzymać.
Pojechałem więc szybko w dalszą drogę do Bydgoszczy, w której nie byłem od 14 lat. Nie da się ukryć, że przynajmniej 10 stopni mrozu nie ułatwiały zwiedzania. Przeszedłem się jednak pod centrum, które robi pozytywne wrażenie. Na pewno przy lepszej pogodzie jest jeszcze ładniejsze.
Ruszyłem w dalszą drogę do Grudziądza. I niestety dojechałem, poszedłem nawet do grudziądzkich term, ale wtedy byłem zmuszony przedwcześnie zakończyć wycieczkę z powodu awarii samochodu.
Pisałem już niedawno wspomnienie ze Spiszu, który odwiedziłem we wrześniu 2025 roku (mam wrażenie, że to było parę dni temu, a to już parę miesięcy!) Zanim więc wybiorę się ponownie w okolice Gdyni na zimową nadmorską wyprawę, to napiszę jeszcze parę słów o tym, jak było w górach na wyjeździe wakacyjnym we wrześniu.
Kolejny raz odwiedziłem Zawoję i to na długo, bo bawiłem w niej pełnych 5 dni. Jadąc do Zawoi po raz trzeci z rzędu odwiedziłem Pszczynę, w której tym razem zwiedziałem skansen, w którym wcześniej nie byłem. Uwielbiam skanseny!
Wnętrza zabytkowych chatU pszczyńskiego fotografa bez zmian Nieznany u nas zwyczaj dziękowania za udział w pogrzebiePszczyński pałac
Dodatkowo, trochę jeszcze pobłądziłem po parku zamkowym i po centrum miasteczka.
Jadąc do Zawoi postanowiłem, że tym razem pojadę trasą trochę bardziej konwencjonalną, tzn. przez Wadowice, a nie – jak prowadzi nawigacja – przez Żywiec i przez bezdroża Żywiecczyzny. Dzięki temu mogłem odwiedzić zaporę na Jeziorze Mucharskim, które wygląda z trasy bardzo malowniczo i od lat mnie intrygowało. Wody w zbiorniku przybywa w żółwim tempie, ale już jest jej trochę więcej, niż przed laty. Jak to zwykle bywa w Polsce, osoba chcąca odwiedzić zaporę dostaje sprzeczne komunikaty. Z jednej strony, przy zaporze jest parking dla turystów. Ale z drugiej – płoty, kraty, druty kolczaste i kamery. I wielkie napisy „zakaz wstępu”. Ale jest też furtka. Której zamknięciu zapobiega sznurek – tak, furtka trzymająca się na sznurku. I przez tę furtkę przelazłem. Okazało się, że w zasadzie zaporę można swobodnie zwiedzać i byli tam spacerowicze.
Zapora na Jeziorze MucharskimRzut okiem na Beskid Mały
Moje wrażenia z Zawoi to temat na oddzielny wpis, do którego przymierzam się od miesięcy. Zawoja się zmienia i nie są to zmiany na lepsze. Z resztą dotyczy to nie tylko Zawoi.
Góry jednak są tak samo piękne, jak zawsze.
Pierwsze spojrzenie na góry w ZawoiRodzina na swoim
Wypoczynek w Zawoi trwał pięć dni, więc żeby zrobić oddech od górskich wycieczek, jednego dnia pojechałem kawałek na północ. Odwiedziłem Kalwarię Zebrzydowską (w której nie byłem od 2017 roku) i Lanckoronę (w której nie byłem od 2020 roku).
Zakamarki Kalwarii ZebrzydowskiejRynek w Lanckoronie
Z Zawoi ruszyłem na południe, do naszych zatatrzańskich sąsiadów. Wrażenia ze Słowacji, jak również ze słowackich gór, mam bardzo pozytywne (już o tym pisałem). Choć trzeba przyznać, że infrastruktura turystyczna w słowackich górach jest bardziej rozwinięta i nie jestem do końca przekonany, czy to dobrze.
W stronę Słowackiego RajuHornad
Ze Słowacji udałem się do Szczawnicy, w której nigdy jeszcze nie byłem. Chociaż wyjazd w Pieniny planowałem już w 2015 roku, gdy byłem w Tatrach (nie chce się wierzyć, że to było ponad 10 lat temu…). Na miejscu jednak zorientowałem się, że w gruncie rzeczy Szczawnica nie leży w Pieninach, a wyjście w góry stamtąd nie jest aż takie proste.
Szczawnica pozostawiła we mnie mocno mieszane uczucia. Nie przypuszczałem bowiem, że Szczawnica jest czymś w rodzaju Zakopanego, tyle że na mniejsza skalę. Moja wizyta w tym mieście (czy to w ogóle jest miasto?) rozpoczęła się od godziny stania w korku przed rondem w Krościenku nad Dunajcem. I w zasadzie jest to już wystarczający powód, żeby nigdy więcej tam nie pojechać, choć same Pieniny są z pewnością piękne. W samej Szczawnicy nie było wiele lepiej: koszmarny ruch samochodowy, korki, hałas, roboty drogowe. Nie wiem, jakim cudem miejscowość może mieć status uzdrowiska, skoro od samego ruchu ulicznego można się tam rozchorować. W szczególności, że cały ruch koncentruje się na głównej drodze idącej przez całą miejscowość, całkowicie ją paraliżując. Gorzej, niż w Zakopanym.
Pierwsze wrażenie było więc zdecydowanie negatywne. Nie sądziłem też, że będzie tam aż takie natężenie stonki turystycznej, której gdy tylko mogę, to unikam.
Tak zwana „stara Szczawnica”, czy „stare uzdrowisko” jest bardzo ładne, ale to dosłownie kilka budynków zgromadzonych wokół niewielkiego placyku i przylegającej uliczki. A poza tym – jest tragedia. Ceny noclegów bardzo wysokie. Jest tam pełno hoteli z noclegami po 500 czy 1000 zł za noc, natomiast żeby znaleźć coś przystępniejszego, to był duży problem. Ja nocowałem w takim pseudo pensjonacie (z „willą” w nazwie) – cena nie była jakaś bardzo zła, ale za to pokój był nienadzwyczajny. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że nie wiedziałem tak naprawdę, co rezerwuję. Był to mikroskopijny pokój, w którym poza łóżkiem i taboretem nie było nic. Nie było okna, tylko drzwi balkonowe wychodzące na coś w rodzaju wspólnego balkonu. Nigdy więcej (chociaż akurat lokalizacja nie była zła).
Po górach wędrowałem, ale bardzo niewiele, bo nie miałem już siły. Natomiast drugiego dnia padał deszcz. W Pieniny w ogóle nie poszedłem, bo stwierdziłem, że dojazd samochodem do jakiegoś punktu wypadowego jest nie na moje nerwy. Poszedłem więc raz czy dwa na obrzeża Beskidu Sądeckiego, który aż tam sięga.
Chyba główną atrakcją Szczawnicy i okolic jest przełom Dunajca, który jest rzeczywiście bardzo piękny i atrakcyjny. Wzdłuż Dunajca biegnie ścieżka rowerowa, którą można pojechać na Słowację, do miejscowości Czerwony Klasztor.
Wypożyczyłem więc rower elektryczny (który okazał się tym owianym złą sławą nielegalnym „chińczykiem”) i ruszyłem wzdłuż Dunajca. I naprawdę było warto, bo widoki są niesamowite. Natomiast jazda na rowerze elektrycznym jest przeżyciem zupełnie surrealistycznym, gdy można bez żadnego wysiłku podjechać pod stromą górę.
DunajecRedyk
Mój wyjazd nie skończył się w Szczawnicy, bowiem ostatnim miłym akcentem była wizyta w okolicach Ojcowskiego Parku Narodowego, które poprzednim razem odwiedziłem w 2023 roku (lubię jednak tam wracać). Jechałem przez Nowy Sącz (wstąpiłem tam do Miasteczka Galicyjskiego), co było prawdziwym drogowym koszmarem.
Natomiast Ojcowski Park Narodowy mnie nie zawiódł. Pierwszego dnia popołudniu pojechałem do Doliny Będkowskiej, jednak była to wycieczka tylko powierzchowna, bo nie miałem za dużo czasu. Następnego dnia odwiedziłem ponownie OPN. Szkoda, że była to sobota.
Brama KrakowskaDolina Sąspówki
Ostatniego dnia przed powrotem do Kalisza zwiedzałem okolice Olkusza w poszukiwaniu tworzącego się „pojezierza olkuskiego”. Widziałem wyschnięte koryto Sztoły, a także zalaną obwodnicę Bolesławia.
W tym sezonie właście przechodzimy drugi atak zimy. Choć oczywiście ten atak trzeba przyjmować z przymróżeniem oka, bo jest to nic w porównaniu do zim sprzed lat. Znowu tej zimy spadł śnieg i znowu temperatura spadła poniżej zera. Pierwszy atak zimy miał miejsce na przełomie listopada i grudnia: wtedy również spadła odrobina śniegu i również był przez parę dni mróz (prawdziwe śniegi to były w 2009 roku).
Niemniej jednak nie mogłem w taką pogodę nie pojechać do lasu – nie można zmarnować okazji, żeby zobaczyć urokliwe leśne zakątki przyprószone śniegiem.
Już dwa miesiące temu wróciłem z mojej dorocznej wyprawy górskiej letnio-jesiennej, ale nie mogłem się zebrać, żeby coś tu napisać. Była tylko krótka notka z Zawoi. Może to dlatego, że chciałbym o wielu miejscach napisać, a to wymaga czasu.
No to może zacznę od kilku słów na temat Spiszu. Pierwszy raz na Słowacji byłem ponad 3 lata temu, gdy będąc w Zawoi pojechałem na jeden dzień zwiedzić Zamek Orawski. Wtedy po raz pierwszy wykiełkowała we mnie myśl, by może pojechać w góry słowackie. Tę myśl zrealizowałem rok później odwiedzając na krótko Małą Fatrę. W tym roku postanowiłem, że co prawda też będę trzymać się północnej Słowacji i granicy z Polską, to jednak pojadę trochę dalej, a mianowicie do Słowackiego Raju, który rajem jest nazywany nieprzypadkowo. Te okolice to tym razem szeroko rozumiany Spisz (który obok Orawy jest tą krainą geograficzną, której nazwę każdy słyszał w szkole na historii, ale pewnie z niczym konkretnym się nie kojarzy). Niewielki fragment Spiszu (jak i niewielki fragment Orawy) znajduje się w Polsce. Na polskim Spiszu jest zamek w Niedzicy, który oryginalnie był zamkiem węgierskim, chroniącym północną granicę Królestwa Węgier (a kawałek od niego jest zamek w Czorsztynie, który chronił południową granicę Królestwa Polskiego).
Skoro zwiedzanie Orawy zacząłem od Zamku Orawskiego, to zwiedzanie Spiszu musiałem zacząć od Zamku Spiskiego.
Który jednak trochę mnie rozczarował. Chociaż imponuje rozmiarami, to jednak – w przeciwieństwie do Zamku Orawskiego – są to tylko ruiny. Coś w stylu jak Zamek Ogrodzieniec. Chociaż jednak Zamek w Ogrodzieńcu choć mniejszy, to chyba jest lepiej zachowany.
Jednak na Spisz wybrałem się przede wszystkim ze względu na walory przyrodnicze, a konkretnie góry – celem mojej wyprawy był bowiem przede wszystkim Park Narodowy Słowacki Raj. Słowacja może się szczycić wieloma pasmami górskimi, a Słowacki Raj jest podobno jednym z ciekawszych.
Nie wiem, do czego to porównać. Bo w Słowackim Raju w zasadzie nie chodzi o góry, tylko o doliny, skały, rzeki, potoki, wodospady i ciekawe ukształtowanie terenu. To coś takiego, jak Adrspach, tyle że na wiele większą skalę. Albo Ojcowski Park Narodowy. Słowacki Raj wyrasta zupełnie z niczego. Nagle pojawia się na horyzoncie. I wciąga.
Wędruje się tam w zasadzie nie po górach (chociaż też można), ale po dolinach strumieni i rzek. Wchodzi się po drabinach, stalowych stopniach i łańcuchach stopniowo w górę. Za największą atrakcję uchodzi Sucha Bela. Chociaż przyznam, że nie zrobiła na mnie takiego wrażenia – prawdopodobnie z tego powodu, że potok właściwie wysechł.
Uliczka w HrabusicachW stronę Słowackiego RajuHornadW oddali widać wędrowców nad potokiemWąwóz klasztornyStare zabudowania w Słowackim RajuSchroniskoSucha Bela. Jakieś ofermy zaraz wejdą na drabinęTu powinien być strumieńSzlaków obfitość
Spisz to także ciekawe wsie i miasteczka. Jedno z ładniejszych miejsc, to Kapituła Spiska, czyli centrum słowackiego życia religijnego (przynajmniej w tym regionie). Odwiedziłem także Lewoczę – miasteczko z zabytkowym starym miastem wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Kapituła SpiskaKapituła Spiska w remoncieWidok na Zamek SpiskiLewoczaRynek w LewoczyWejście do bazyliki w Lewoczy
Ze Spiszu jest rzut beretem w Tatry. Jak wiadomo, Tatry w ⅔ znajdują się w Słowacji. Tam rzecz jasna nie pojechałem, chociaż kto wie, może w przyszłości… Bramą w słowackie Tatry jest miasto Poprad.
Tatry górują nad niepozornym wjazdem do Popradu
Tatry tworzą niesamowity widok, gdy widzi się je z daleka. W samym Popradzie nie ma niczego ciekawego poza Spiską Sobotą – urokliwym miasteczkiem, stanowiącym obecnie część Popradu.
Spiska Sobota (obecnie część Popradu)Znowu Tatry nad Popradem. Miasto jest zapadłą dziurą, ale widok na góry jest niesamowity.Rynek w Popradzie
Zapomniałem jeszcze napisać, że opuszczając Słowacki Raj, wstąpiłem do Jaskini Lodowej. Jaskinia jest niesamowita, chociaż całokształt doświadczenia z nią związanego budzi raczej moje mieszane uczucia, a to za sprawę beznadziejnego przewodnika…
W jaskini w zasadzie nie wolno robić zdjęć (a przynajmniej nie za darmo), ale kilka zdjęć jednak zrobiłem i czuję się usprawiedliwiony, biorąc pod uwagę, jak kiepska była jakość przewodnika.
Zwykle do Doliny Baryczy wybierałem się wiosną (tzn. w maju). Ale już w tamtym roku po raz pierwszy pojechałem nad Stawy Milickie w listopadzie. W tym roku tę wycieczkę powtórzyłem.
Jaz na Baryczy, która w tym miejscu nie jest już tylko strumieniem
Pogoda nie była idealna, bo trochę mżyło. Jednak i tak było bardzo malowniczo. Lasy, łąki, pola i rozlewiska są o tej porze roku wyjątkowo tajemnicze i pociągające. Na stawach pluskają się ptaki, które co chwile wydają różne dziwne dźwięki.
Czarny PotokŚródpolna aleja drzewStaw bez wodyOdciski setek łapek na przybrzeżnym błotkuNagrobek?
Po tygodniach suszy nadeszły letnie ulewne deszcze i znaczące ochłodzenie. Gdy w końcu przestało padać, postanowiłem się wybrać na choćby krótką wieczorną przejażdżkę rowerową. Z mojej pasji do jeżdżenia na rowerze niewiele zostało, ale to temat na osobną opowieść. Nie da się ukryć, że jeżdżę teraz na rowerze znacznie mniej, niż dawniej.
W latach szkolnych, jeszcze na studiach, czy nawet jeszcze przez pierwsze lata po studiach, jeździłem na rowerze dużo i często – głównie na intensywne wyprawy krajobrazowe (choć były to w kółko te same krajobrazy w tych samych ulubionych miejscach), które liczyły po 20 – 30 km.
Dzisiaj pojechałem do miejsca, które jest niedaleko mojego domu, ale w którym narodziła się, myślę że ponad 15 lat temu, wygasła obecnie pasja do dalekich wypraw rowerowych. To ciekawe miejsce nad niedalekim zalewem, gdzie piaszczyste plaże przeplatają się z polami, łąkami i rachitycznym lasem. To w tamtym miejscu po raz pierwszy zacząłem się sam wypuszczać na dalsze wyjazdy rowerowe.
Dzisiaj przyjechałem tam ponownie po latach. Nie wiem, jak dawno nie byłem w tych okolicach, ale może to być nawet 5 – 6 lat! W miejsce, gdzie dawniej jeździłem codziennie!
Niby wiele się nie zmieniło, ale jednak pewne zmiany zaszły. Na przykład łąka, którą dawniej można było spokojnie przebyć na rowerze, obecnie jest całkowicie zarośnięta.
Muszę tam wrócić i spróbować przejechać znowu na rowerze w te miejsca, gdzie jakieś 15 – 18 lat temu tak często odwiedzałem.
Wielokrotnie wspominałem już o krótkich wycieczkach do Doliny Baryczy. W tym roku odwiedziłem już okolice Antonina, a także Kompleks Potasznia. Bardzo udaną wycieczkę w tamte okolice zaliczyłem jesienią poprzedniego roku. Prawda jest jednak taka, że przy wycieczkach jednodniowych jadę w takie miejsce, które nie jest dalej, niż godzina drogi samochodem.
Tym razem miałem niepowtarzalną okazję zahaczyć o Dolinę Baryczy wracając z wycieczki w Góry Sowie. Od dłuższego czasu myślałem o odwiedzeniu okolic Milicza, ale zawsze było to za daleko albo zbyt nie po drodze. Teraz nadarzyła się okazja. W końcu Milicz i jego okolice to prawdziwe centrum Doliny Baryczy, bo to właśnie od Milicza biorą swą nazwę całe Stawy Milickie.
Pierwszego dnia popołudniu odwiedziłem Rudę Sułowską. To miejsce jest o tyle ciekawe, że można zrobić tam przyjemną wycieczkę w formie pętli wokół stawów. Stawy mają bowiem ten minus, że w wiele miejsc nie można wejść ze względu na hodowlę.
Ruda Sułowska
Drugiego dnia pojechałem na niedługi spacer po Miliczu. Potem udałem się do Rudy Milickiej. Wtedy niestety znacznie pogorszyła się pogoda i zaczęło wkrótce padać. Do tego niestety okazało się, że szlak jest częściowo zamknięty (ale to inna historia). Niestety, ale chociaż Milicz szczycie się bycia „rowerową stolicą Dolnego Śląska”, to dla turysty pieszego stawy milickie w tych okolicach nie są tak ciekawe. W wiele miejsc nie można wejść, a czasami szlak prowadzi drogą wzdłuż stawów, ale samych stawów nie widać, co trochę traci sens wizyty.
W Rudzie Milickiej akurat trudno o spacer wokół stawów.
Pałac w Miliczu (obecnie szkoła)Zamek w MiliczuRuda Milicka
Podsumowując, można powiedzieć, że stawy mimo wszystko trochę nie są tego warte, żeby jechać tam specjalnie – szczególnie, jeśli nie ma się roweru. Stwierdzam, że Kompleks Potasznia pod względem turystycznym jest dla mnie ciekawszy.
Poza tym, wiosenny krajobraz stawów jest dosyć monotonny. Wczesną wiosną lub jesienią jest trochę ciekawiej.
W trakcie wycieczki w Góry Sowie odwiedziłem 3 ważne obiekty historyczne. Były to: Twierdza Srebrna Góra (w Srebrnej Górze), Twierdza kłodzka (w Kłodzku) oraz Zespół Pocysterski w Lubiążu (czyli opactwo cystersów w Lubiążu, niedaleko Legnicy). Planowałem też odwiedzić na dłużej Kłodzko, ale prawda była taka, że po zwiedzeniu twierdzy, na dalsze wędrówki po mieście nie miałem już siły.
Twierdza Srebrna Góra została zbudowana w apogeum pruskiego absolutyzmu w XVIII wieku nie wiadomo do końca po co. To znaczy wiadomo – miała być jedną z linii obrony Śląska przed wrogą wówczas Austrią. W gruncie rzeczy twierdza nigdy nie została wykorzystana, chociaż poświęcono olbrzymie środki na jej budowę i późniejsze utrzymanie. Nie będę się tu rozpisywał o historii, bo można sobie łatwo znaleźć informacje w internecie.
Całe założenie twierdzy nigdy nie zostało ukończone – miała być znacznie większa, niż to, co ostatecznie zbudowano. Dość powiedzieć, że w celu jej posadowienia wysadzono w powietrze czubek góry, na którym zaczęto wznosić twierdzę. Twierdza jest położona rzeczywiście bardzo wysoko – ale paradoksalnie z dołu jest właściwie niewidoczna (pewnie tak miało być). Miała chronić Przełęcz i cały Śląsk przed atakiem od południa.
Jest stosunkowo dobrze zachowana; nigdy nie została zdobyta. Jedyne jej oblężenie w czasie wojen napoleońskich skończyło się, zanim się zaczęło na dobre.
Twierdza Srebrna Góra widoczna z sąsiednich wzniesieńWejście do twierdzyWejście do głównej części, czyli donjonuEkspozycja „jak zbudowano twierdzę”Jedno z narzędzi tortur stosowanych na żołnierzachZrujnowany szpitalDziedziniec donjonuWidok na Srebrną Górę z twierdzy
Następnego dnia odwiedziłem twierdzę kłodzką. Byłem w niej wiele lat temu, tzn. w okolicach IV klasy podstawówki i pamiętałem, że bardzo mi się wtedy podobała. Twierdza kłodzka jest historycznie o wiele starsza. Jest właściwie tak stara, jak samo Kłodzko, które do Polski trafiło (wraz z całą Kotliną Kłodzką) dopiero w 1945 roku. Obecna twierdza, wielokrotnie przebudowywana, powstała na miejscu znacznie wcześniejszego średniowiecznego zamku obronnego.
W chodnikach kontrminowych
Zwiedzanie składa się z dwóch części: górnej części twierdzy z ekspozycją historyczną oraz labiryntu. Czym jest labirynt, nie będę zdradzać (ale jest to ta część, którą odwiedzaliśmy w podstawówce). Powiem tylko, że zdecydowanie warto zejść do podziemi. Górna część jest również ciekawa, chociaż nie dostarcza aż takich wrażeń. Można się jednak sporo dowiedzieć o historii. W okresie powojennym twierdza ulegała dewastacji, czego ślady są niestety widoczne do dzisiaj. Natomiast cały czas trwają prace nad przywróceniem jej świetności. W górnej części twierdzy znajduje się również ciekawa ekspozycja dotycząca okresu drugiej wojny światowej, kiedy w twierdzy swą siedzibę miała fabryka AEG, zatrudniająca robotników przymusowych (wówczas produkowała części uzbrojenia, dzisiaj zmywarki).
Wejście do twierdzy kłodzkiejTunel nie wiadomo dokądSucha fosaWidok na Kłodzko
Ostatniego dnia, tzn. w dniu, w którym przemieszczałem się z Gór Sowich w kierunku Doliny Baryczy, odwiedziłem Lubiąż. Nie planowałem w ogóle odwiedzać tych okolic. Ostatecznie jednak stwierdziłem, że nie wiadomo, kiedy następnym razem będę mieć okazję być w tej okolicy, dlatego stwierdziłem, że mogę trochę drogi nadłożyć. Poprzednim razem w okolicach Legnicy byłem jesienią 2019 roku.
Opactwo cysterskie to właściwie dobrze zakonserwowana ruina. Placówek cysterskich były kiedyś w Polsce dziesiątki (choćby w Ołoboku pod Kaliszem). Do dzisiaj niektóre z nich są zachowane w lepszym lub gorszym stanie. Klasztor w Lubiążu to drugi największy tego typu zespół w Europie (po Escorialu). Terenem obecnie zarządza Fundacja Lubiąż, która małymi krokami od 30 lat stara się uratować od upadku zabudowania klasztorne; tego obiektu nikt nie chce, ani Skarb Państwa, ani jednostki samorządu terytorialnego, ze względu na konieczne nakłady.
Lubiąż choć piękny i robiący gigantyczne wrażenie, znajduje się kompletnie pośrodku niczego. Turystów jest tam niewielu, bo trudno tam dotrzeć. Bez samochodu nie ma jak. Żadne autobusy tam nie dojeżdżają. Chociaż region Odry Środkowej słynie również z dużych walorów przyrodniczych.
Historia klasztoru sięga czasów, gdy Śląskiem władali Piastowie. Wtedy jeden z nich sprowadził w te okolice cystersów, którzy władali tymi terenami przez kolejne 600 lat. Klasztor wielokrotnie popadał w ruinę, a następnie podnosił się z niej, by stać się jeszcze potężniejszy. U szczytu potęgi w XVII lub w XVIII wieku postawiono monstrualny pałac opata, który zajmuje dużą część dzisiejszego kompleksu. Bogactwo cystersów kłuło w oczy państwo pruskie, co skończyło się kasatą zakonu cystersów.
Dzisiaj możemy mieć jedynie pewne wyobrażenie, jak klasztor wyglądał w czasach świetności. Nie zachowały się żadne obrazy, a zdjęć wtedy nie było. Po klasztorze obecnie hula wiatr; to, co ocalało, zostało rozproszone po innych obiektach sakralnych lub muzeach. Za to dzisiaj klasztor służy za scenografię do filmów grozy.
Tu malarz uczył się malować freskiWnętrze dawnego pałacu opataWejście do sali balowejWnętrze kościołaPrzejście z kościoła do klasztoruKrata oddzielająca część klauzurową kościołaZabudowane krużganki w klasztorzeSklepienie w kaplicyDawny wirydarz PiecWnętrze jednej z mnisich celRefektarz letniDawne zabudowania gospodarczeRzut okiem na Odrę