Nad rzeką w styczniu

Krót­ki stycz­nio­wy atak zimy posta­no­wi­łem uczcić spa­ce­rem na łąki i pola leżą­ce nad Pro­sną. Rze­ka zimą wyglą­da bar­dzo ładnie.

Wspomnienie z gór

Pisa­łem już nie­daw­no wspo­mnie­nie ze Spi­szu, któ­ry odwie­dzi­łem we wrze­śniu 2025 roku (mam wra­że­nie, że to było parę dni temu, a to już parę mie­się­cy!) Zanim więc wybio­rę się ponow­nie w oko­li­ce Gdy­ni na zimo­wą nad­mor­ską wypra­wę, to napi­szę jesz­cze parę słów o tym, jak było w górach na wyjeź­dzie waka­cyj­nym we wrześniu.

Kolej­ny raz odwie­dzi­łem Zawo­ję i to na dłu­go, bo bawi­łem w niej peł­nych 5 dni. Jadąc do Zawoi po raz trze­ci z rzę­du odwie­dzi­łem Psz­czy­nę, w któ­rej tym razem zwie­dzia­łem skan­sen, w któ­rym wcze­śniej nie byłem. Uwiel­biam skanseny!

Dodat­ko­wo, tro­chę jesz­cze pobłą­dzi­łem po par­ku zam­ko­wym i po cen­trum miasteczka.

Jadąc do Zawoi posta­no­wi­łem, że tym razem poja­dę tra­są tro­chę bar­dziej kon­wen­cjo­nal­ną, tzn. przez Wado­wi­ce, a nie – jak pro­wa­dzi nawi­ga­cja – przez Żywiec i przez bez­dro­ża Żywiec­czy­zny. Dzię­ki temu mogłem odwie­dzić zapo­rę na Jezio­rze Muchar­skim, któ­re wyglą­da z tra­sy bar­dzo malow­ni­czo i od lat mnie intry­go­wa­ło. Wody w zbior­ni­ku przy­by­wa w żół­wim tem­pie, ale już jest jej tro­chę wię­cej, niż przed laty. Jak to zwy­kle bywa w Pol­sce, oso­ba chcą­ca odwie­dzić zapo­rę dosta­je sprzecz­ne komu­ni­ka­ty. Z jed­nej stro­ny, przy zapo­rze jest par­king dla tury­stów. Ale z dru­giej – pło­ty, kra­ty, dru­ty kol­cza­ste i kame­ry. I wiel­kie napi­sy „zakaz wstę­pu”. Ale jest też furt­ka. Któ­rej zamknię­ciu zapo­bie­ga sznu­rek – tak, furt­ka trzy­ma­ją­ca się na sznur­ku. I przez tę furt­kę prze­la­złem. Oka­za­ło się, że w zasa­dzie zapo­rę moż­na swo­bod­nie zwie­dzać i byli tam spacerowicze.

Moje wra­że­nia z Zawoi to temat na oddziel­ny wpis, do któ­re­go przy­mie­rzam się od mie­się­cy. Zawo­ja się zmie­nia i nie są to zmia­ny na lep­sze. Z resz­tą doty­czy to nie tyl­ko Zawoi.

Góry jed­nak są tak samo pięk­ne, jak zawsze.

Wypo­czy­nek w Zawoi trwał pięć dni, więc żeby zro­bić oddech od gór­skich wycie­czek, jed­ne­go dnia poje­cha­łem kawa­łek na pół­noc. Odwie­dzi­łem Kal­wa­rię Zebrzy­dow­ską (w któ­rej nie byłem od 2017 roku) i Lanc­ko­ro­nę (w któ­rej nie byłem od 2020 roku).

Z Zawoi ruszy­łem na połu­dnie, do naszych zata­trzań­skich sąsia­dów. Wra­że­nia ze Sło­wa­cji, jak rów­nież ze sło­wac­kich gór, mam bar­dzo pozy­tyw­ne (już o tym pisa­łem). Choć trze­ba przy­znać, że infra­struk­tu­ra tury­stycz­na w sło­wac­kich górach jest bar­dziej roz­wi­nię­ta i nie jestem do koń­ca prze­ko­na­ny, czy to dobrze.

Ze Sło­wa­cji uda­łem się do Szczaw­ni­cy, w któ­rej nigdy jesz­cze nie byłem. Cho­ciaż wyjazd w Pie­ni­ny pla­no­wa­łem już w 2015 roku, gdy byłem w Tatrach (nie chce się wie­rzyć, że to było ponad 10 lat temu…). Na miej­scu jed­nak zorien­to­wa­łem się, że w grun­cie rze­czy Szczaw­ni­ca nie leży w Pie­ni­nach, a wyj­ście w góry stam­tąd nie jest aż takie proste.

Szczaw­ni­ca pozo­sta­wi­ła we mnie moc­no mie­sza­ne uczu­cia. Nie przy­pusz­cza­łem bowiem, że Szczaw­ni­ca jest czymś w rodza­ju Zako­pa­ne­go, tyle że na mniej­sza ska­lę. Moja wizy­ta w tym mie­ście (czy to w ogó­le jest mia­sto?) roz­po­czę­ła się od godzi­ny sta­nia w kor­ku przed ron­dem w Kro­ścien­ku nad Dunaj­cem. I w zasa­dzie jest to już wystar­cza­ją­cy powód, żeby nigdy wię­cej tam nie poje­chać, choć same Pie­ni­ny są z pew­no­ścią pięk­ne. W samej Szczaw­ni­cy nie było wie­le lepiej: kosz­mar­ny ruch samo­cho­do­wy, kor­ki, hałas, robo­ty dro­go­we. Nie wiem, jakim cudem miej­sco­wość może mieć sta­tus uzdro­wi­ska, sko­ro od same­go ruchu ulicz­ne­go moż­na się tam roz­cho­ro­wać. W szcze­gól­no­ści, że cały ruch kon­cen­tru­je się na głów­nej dro­dze idą­cej przez całą miej­sco­wość, cał­ko­wi­cie ją para­li­żu­jąc. Gorzej, niż w Zakopanym.

Pierw­sze wra­że­nie było więc zde­cy­do­wa­nie nega­tyw­ne. Nie sądzi­łem też, że będzie tam aż takie natę­że­nie ston­ki tury­stycz­nej, któ­rej gdy tyl­ko mogę, to unikam.

Tak zwa­na „sta­ra Szczaw­ni­ca”, czy „sta­re uzdro­wi­sko” jest bar­dzo ład­ne, ale to dosłow­nie kil­ka budyn­ków zgro­ma­dzo­nych wokół nie­wiel­kie­go pla­cy­ku i przy­le­ga­ją­cej ulicz­ki. A poza tym – jest tra­ge­dia. Ceny noc­le­gów bar­dzo wyso­kie. Jest tam peł­no hote­li z noc­le­ga­mi po 500 czy 1000 zł za noc, nato­miast żeby zna­leźć coś przy­stęp­niej­sze­go, to był duży pro­blem. Ja noco­wa­łem w takim pseu­do pen­sjo­na­cie (z „wil­lą” w nazwie) – cena nie była jakaś bar­dzo zła, ale za to pokój był nie­na­dzwy­czaj­ny. Na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie mogę dodać, że nie wie­dzia­łem tak napraw­dę, co rezer­wu­ję. Był to mikro­sko­pij­ny pokój, w któ­rym poza łóż­kiem i tabo­re­tem nie było nic. Nie było okna, tyl­ko drzwi bal­ko­no­we wycho­dzą­ce na coś w rodza­ju wspól­ne­go bal­ko­nu. Nigdy wię­cej (cho­ciaż aku­rat loka­li­za­cja nie była zła).

Po górach wędro­wa­łem, ale bar­dzo nie­wie­le, bo nie mia­łem już siły. Nato­miast dru­gie­go dnia padał deszcz. W Pie­ni­ny w ogó­le nie posze­dłem, bo stwier­dzi­łem, że dojazd samo­cho­dem do jakie­goś punk­tu wypa­do­we­go jest nie na moje ner­wy. Posze­dłem więc raz czy dwa na obrze­ża Beski­du Sądec­kie­go, któ­ry aż tam sięga.

Chy­ba głów­ną atrak­cją Szczaw­ni­cy i oko­lic jest prze­łom Dunaj­ca, któ­ry jest rze­czy­wi­ście bar­dzo pięk­ny i atrak­cyj­ny. Wzdłuż Dunaj­ca bie­gnie ścież­ka rowe­ro­wa, któ­rą moż­na poje­chać na Sło­wa­cję, do miej­sco­wo­ści Czer­wo­ny Klasztor.

Wypo­ży­czy­łem więc rower elek­trycz­ny (któ­ry oka­zał się tym owia­nym złą sła­wą nie­le­gal­nym „chiń­czy­kiem”) i ruszy­łem wzdłuż Dunaj­ca. I napraw­dę było war­to, bo wido­ki są nie­sa­mo­wi­te. Nato­miast jaz­da na rowe­rze elek­trycz­nym jest prze­ży­ciem zupeł­nie sur­re­ali­stycz­nym, gdy moż­na bez żad­ne­go wysił­ku pod­je­chać pod stro­mą górę.

Mój wyjazd nie skoń­czył się w Szczaw­ni­cy, bowiem ostat­nim miłym akcen­tem była wizy­ta w oko­li­cach Ojcow­skie­go Par­ku Naro­do­we­go, któ­re poprzed­nim razem odwie­dzi­łem w 2023 roku (lubię jed­nak tam wra­cać). Jecha­łem przez Nowy Sącz (wstą­pi­łem tam do Mia­stecz­ka Gali­cyj­skie­go), co było praw­dzi­wym dro­go­wym koszmarem.

Nato­miast Ojcow­ski Park Naro­do­wy mnie nie zawiódł. Pierw­sze­go dnia popo­łu­dniu poje­cha­łem do Doli­ny Będ­kow­skiej, jed­nak była to wyciecz­ka tyl­ko powierz­chow­na, bo nie mia­łem za dużo cza­su. Następ­ne­go dnia odwie­dzi­łem ponow­nie OPN. Szko­da, że była to sobota.

Ostat­nie­go dnia przed powro­tem do Kali­sza zwie­dza­łem oko­li­ce Olku­sza w poszu­ki­wa­niu two­rzą­ce­go się „poje­zie­rza olku­skie­go”. Widzia­łem wyschnię­te kory­to Szto­ły, a tak­że zala­ną obwod­ni­cę Bole­sła­wia.

Zala­na obwod­ni­ca Bolesławia

Las zimą

W tym sezo­nie wła­ście prze­cho­dzi­my dru­gi atak zimy. Choć oczy­wi­ście ten atak trze­ba przyj­mo­wać z przy­mró­że­niem oka, bo jest to nic w porów­na­niu do zim sprzed lat. Zno­wu tej zimy spadł śnieg i zno­wu tem­pe­ra­tu­ra spa­dła poni­żej zera. Pierw­szy atak zimy miał miej­sce na prze­ło­mie listo­pa­da i grud­nia: wte­dy rów­nież spa­dła odro­bi­na śnie­gu i rów­nież był przez parę dni mróz (praw­dzi­we śnie­gi to były w 2009 roku).

Nie­mniej jed­nak nie mogłem w taką pogo­dę nie poje­chać do lasu – nie moż­na zmar­no­wać oka­zji, żeby zoba­czyć uro­kli­we leśne zakąt­ki przy­pró­szo­ne śniegiem.

Rok temu w tym miej­scu też było pięk­nie, choć śnie­gu nie było.

Za to 4 lata temu śnie­gu było cał­kiem sporo.

Wspomnienie ze Spiszu

Już dwa mie­sią­ce temu wró­ci­łem z mojej dorocz­nej wypra­wy gór­skiej let­nio-jesien­nej, ale nie mogłem się zebrać, żeby coś tu napi­sać. Była tyl­ko krót­ka not­ka z Zawoi. Może to dla­te­go, że chciał­bym o wie­lu miej­scach napi­sać, a to wyma­ga czasu.

No to może zacznę od kil­ku słów na temat Spi­szu. Pierw­szy raz na Sło­wa­cji byłem ponad 3 lata temu, gdy będąc w Zawoi poje­cha­łem na jeden dzień zwie­dzić Zamek Oraw­ski. Wte­dy po raz pierw­szy wykieł­ko­wa­ła we mnie myśl, by może poje­chać w góry sło­wac­kie. Tę myśl zre­ali­zo­wa­łem rok póź­niej odwie­dza­jąc na krót­ko Małą Fatrę. W tym roku posta­no­wi­łem, że co praw­da też będę trzy­mać się pół­noc­nej Sło­wa­cji i gra­ni­cy z Pol­ską, to jed­nak poja­dę tro­chę dalej, a mia­no­wi­cie do Sło­wac­kie­go Raju, któ­ry rajem jest nazy­wa­ny nie­przy­pad­ko­wo. Te oko­li­ce to tym razem sze­ro­ko rozu­mia­ny Spisz (któ­ry obok Ora­wy jest tą kra­iną geo­gra­ficz­ną, któ­rej nazwę każ­dy sły­szał w szko­le na histo­rii, ale pew­nie z niczym kon­kret­nym się nie koja­rzy). Nie­wiel­ki frag­ment Spi­szu (jak i nie­wiel­ki frag­ment Ora­wy) znaj­du­je się w Pol­sce. Na pol­skim Spi­szu jest zamek w Nie­dzi­cy, któ­ry ory­gi­nal­nie był zam­kiem węgier­skim, chro­nią­cym pół­noc­ną gra­ni­cę Kró­le­stwa Węgier (a kawa­łek od nie­go jest zamek w Czorsz­ty­nie, któ­ry chro­nił połu­dnio­wą gra­ni­cę Kró­le­stwa Polskiego).

Sko­ro zwie­dza­nie Ora­wy zaczą­łem od Zam­ku Oraw­skie­go, to zwie­dza­nie Spi­szu musia­łem zacząć od Zam­ku Spi­skie­go.

Któ­ry jed­nak tro­chę mnie roz­cza­ro­wał. Cho­ciaż impo­nu­je roz­mia­ra­mi, to jed­nak – w prze­ci­wień­stwie do Zam­ku Oraw­skie­go – są to tyl­ko ruiny. Coś w sty­lu jak Zamek Ogro­dzie­niec. Cho­ciaż jed­nak Zamek w Ogro­dzień­cu choć mniej­szy, to chy­ba jest lepiej zachowany. 

Jed­nak na Spisz wybra­łem się przede wszyst­kim ze wzglę­du na walo­ry przy­rod­ni­cze, a kon­kret­nie góry – celem mojej wypra­wy był bowiem przede wszyst­kim Park Naro­do­wy Sło­wac­ki Raj. Sło­wa­cja może się szczy­cić wie­lo­ma pasma­mi gór­ski­mi, a Sło­wac­ki Raj jest podob­no jed­nym z ciekawszych. 

Nie wiem, do cze­go to porów­nać. Bo w Sło­wac­kim Raju w zasa­dzie nie cho­dzi o góry, tyl­ko o doli­ny, ska­ły, rze­ki, poto­ki, wodo­spa­dy i cie­ka­we ukształ­to­wa­nie tere­nu. To coś takie­go, jak Adr­spach, tyle że na wie­le więk­szą ska­lę. Albo Ojcow­ski Park Naro­do­wy. Sło­wac­ki Raj wyra­sta zupeł­nie z nicze­go. Nagle poja­wia się na hory­zon­cie. I wciąga. 

Wędru­je się tam w zasa­dzie nie po górach (cho­ciaż też moż­na), ale po doli­nach stru­mie­ni i rzek. Wcho­dzi się po dra­bi­nach, sta­lo­wych stop­niach i łań­cu­chach stop­nio­wo w górę. Za naj­więk­szą atrak­cję ucho­dzi Sucha Bela. Cho­ciaż przy­znam, że nie zro­bi­ła na mnie takie­go wra­że­nia – praw­do­po­dob­nie z tego powo­du, że potok wła­ści­wie wysechł.

Spisz to tak­że cie­ka­we wsie i mia­stecz­ka. Jed­no z ład­niej­szych miejsc, to Kapi­tu­ła Spi­ska, czy­li cen­trum sło­wac­kie­go życia reli­gij­ne­go (przy­naj­mniej w tym regio­nie). Odwie­dzi­łem tak­że Lewo­czę – mia­stecz­ko z zabyt­ko­wym sta­rym mia­stem wpi­sa­nym na listę świa­to­we­go dzie­dzic­twa UNESCO.

Ze Spi­szu jest rzut bere­tem w Tatry. Jak wia­do­mo, Tatry w ⅔ znaj­du­ją się w Sło­wa­cji. Tam rzecz jasna nie poje­cha­łem, cho­ciaż kto wie, może w przy­szło­ści… Bra­mą w sło­wac­kie Tatry jest mia­sto Poprad.

Tatry góru­ją nad nie­po­zor­nym wjaz­dem do Popradu

Tatry two­rzą nie­sa­mo­wi­ty widok, gdy widzi się je z dale­ka. W samym Popra­dzie nie ma nicze­go cie­ka­we­go poza Spi­ską Sobo­tą – uro­kli­wym mia­stecz­kiem, sta­no­wią­cym obec­nie część Popradu.

Zapo­mnia­łem jesz­cze napi­sać, że opusz­cza­jąc Sło­wac­ki Raj, wstą­pi­łem do Jaski­ni Lodo­wej. Jaski­nia jest nie­sa­mo­wi­ta, cho­ciaż cało­kształt doświad­cze­nia z nią zwią­za­ne­go budzi raczej moje mie­sza­ne uczu­cia, a to za spra­wę bez­na­dziej­ne­go przewodnika…

W jaski­ni w zasa­dzie nie wol­no robić zdjęć (a przy­naj­mniej nie za dar­mo), ale kil­ka zdjęć jed­nak zro­bi­łem i czu­ję się uspra­wie­dli­wio­ny, bio­rąc pod uwa­gę, jak kiep­ska była jakość przewodnika.

Jesienny powrót do Doliny Baryczy

Zwy­kle do Doli­ny Bary­czy wybie­ra­łem się wio­sną (tzn. w maju). Ale już w tam­tym roku po raz pierw­szy poje­cha­łem nad Sta­wy Milic­kie w listo­pa­dzie. W tym roku tę wyciecz­kę powtórzyłem.

Jaz na Bary­czy, któ­ra w tym miej­scu nie jest już tyl­ko strumieniem

Pogo­da nie była ide­al­na, bo tro­chę mży­ło. Jed­nak i tak było bar­dzo malow­ni­czo. Lasy, łąki, pola i roz­le­wi­ska są o tej porze roku wyjąt­ko­wo tajem­ni­cze i pocią­ga­ją­ce. Na sta­wach plu­ska­ją się pta­ki, któ­re co chwi­le wyda­ją róż­ne dziw­ne dźwięki.

W Beskid Żywiecki przez Zawoję po raz kolejny

Po dwóch latach prze­rwy zno­wu odwie­dzi­łem babio­gór­skie okolice. 

Cza­to­ża
Hala Kamiń­skie­go
Cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tego regio­nu piwniczki

Nie­ste­ty Zawo­ja się zmie­nia i raczej nie są to zmia­ny na lep­sze. Ale o tym jesz­cze będzie oka­zja napisać. 

Na rowerze nad zalew (w dawno nieodwiedzane miejsce)

Po tygo­dniach suszy nade­szły let­nie ulew­ne desz­cze i zna­czą­ce ochło­dze­nie. Gdy w koń­cu prze­sta­ło padać, posta­no­wi­łem się wybrać na choć­by krót­ką wie­czor­ną prze­jażdż­kę rowe­ro­wą. Z mojej pasji do jeż­dże­nia na rowe­rze nie­wie­le zosta­ło, ale to temat na osob­ną opo­wieść. Nie da się ukryć, że jeż­dżę teraz na rowe­rze znacz­nie mniej, niż dawniej.

W latach szkol­nych, jesz­cze na stu­diach, czy nawet jesz­cze przez pierw­sze lata po stu­diach, jeź­dzi­łem na rowe­rze dużo i czę­sto – głów­nie na inten­syw­ne wypra­wy kra­jo­bra­zo­we (choć były to w kół­ko te same kra­jo­bra­zy w tych samych ulu­bio­nych miej­scach), któ­re liczy­ły po 20 – 30 km.

Dzi­siaj poje­cha­łem do miej­sca, któ­re jest nie­da­le­ko moje­go domu, ale w któ­rym naro­dzi­ła się, myślę że ponad 15 lat temu, wyga­sła obec­nie pasja do dale­kich wypraw rowe­ro­wych. To cie­ka­we miej­sce nad nie­da­le­kim zale­wem, gdzie piasz­czy­ste pla­że prze­pla­ta­ją się z pola­mi, łąka­mi i rachi­tycz­nym lasem. To w tam­tym miej­scu po raz pierw­szy zaczą­łem się sam wypusz­czać na dal­sze wyjaz­dy rowerowe.

Dzi­siaj przy­je­cha­łem tam ponow­nie po latach. Nie wiem, jak daw­no nie byłem w tych oko­li­cach, ale może to być nawet 5 – 6 lat! W miej­sce, gdzie daw­niej jeź­dzi­łem codziennie!

Niby wie­le się nie zmie­ni­ło, ale jed­nak pew­ne zmia­ny zaszły. Na przy­kład łąka, któ­rą daw­niej moż­na było spo­koj­nie prze­być na rowe­rze, obec­nie jest cał­ko­wi­cie zarośnięta.

Muszę tam wró­cić i spró­bo­wać prze­je­chać zno­wu na rowe­rze w te miej­sca, gdzie jakieś 15 – 18 lat temu tak czę­sto odwiedzałem.

Pró­bo­wa­łem zna­leźć jakiś archi­wal­ny wpis o tym miej­scu, ale nie wiem czy jest coś poza tą wzmian­ką sprzed 16 lat.

Dolina Baryczy w maju

Wie­lo­krot­nie wspo­mi­na­łem już o krót­kich wyciecz­kach do Doli­ny Bary­czy. W tym roku odwie­dzi­łem już oko­li­ce Anto­ni­na, a tak­że Kom­pleks Potasz­nia. Bar­dzo uda­ną wyciecz­kę w tam­te oko­li­ce zali­czy­łem jesie­nią poprzed­nie­go roku. Praw­da jest jed­nak taka, że przy wyciecz­kach jed­no­dnio­wych jadę w takie miej­sce, któ­re nie jest dalej, niż godzi­na dro­gi samochodem.

Tym razem mia­łem nie­po­wta­rzal­ną oka­zję zaha­czyć o Doli­nę Bary­czy wra­ca­jąc z wyciecz­ki w Góry Sowie. Od dłuż­sze­go cza­su myśla­łem o odwie­dze­niu oko­lic Mili­cza, ale zawsze było to za dale­ko albo zbyt nie po dro­dze. Teraz nada­rzy­ła się oka­zja. W koń­cu Milicz i jego oko­li­ce to praw­dzi­we cen­trum Doli­ny Bary­czy, bo to wła­śnie od Mili­cza bio­rą swą nazwę całe Sta­wy Milickie.

Pierw­sze­go dnia popo­łu­dniu odwie­dzi­łem Rudę Sułow­ską. To miej­sce jest o tyle cie­ka­we, że moż­na zro­bić tam przy­jem­ną wyciecz­kę w for­mie pętli wokół sta­wów. Sta­wy mają bowiem ten minus, że w wie­le miejsc nie moż­na wejść ze wzglę­du na hodowlę.

Dru­gie­go dnia poje­cha­łem na nie­dłu­gi spa­cer po Mili­czu. Potem uda­łem się do Rudy Milic­kiej. Wte­dy nie­ste­ty znacz­nie pogor­szy­ła się pogo­da i zaczę­ło wkrót­ce padać. Do tego nie­ste­ty oka­za­ło się, że szlak jest czę­ścio­wo zamknię­ty (ale to inna histo­ria). Nie­ste­ty, ale cho­ciaż Milicz szczy­cie się bycia „rowe­ro­wą sto­li­cą Dol­ne­go Ślą­ska”, to dla tury­sty pie­sze­go sta­wy milic­kie w tych oko­li­cach nie są tak cie­ka­we. W wie­le miejsc nie moż­na wejść, a cza­sa­mi szlak pro­wa­dzi dro­gą wzdłuż sta­wów, ale samych sta­wów nie widać, co tro­chę tra­ci sens wizyty.

W Rudzie Milic­kiej aku­rat trud­no o spa­cer wokół stawów.

Pod­su­mo­wu­jąc, moż­na powie­dzieć, że sta­wy mimo wszyst­ko tro­chę nie są tego war­te, żeby jechać tam spe­cjal­nie – szcze­gól­nie, jeśli nie ma się rowe­ru. Stwier­dzam, że Kom­pleks Potasz­nia pod wzglę­dem tury­stycz­nym jest dla mnie ciekawszy.

Poza tym, wio­sen­ny kra­jo­braz sta­wów jest dosyć mono­ton­ny. Wcze­sną wio­sną lub jesie­nią jest tro­chę ciekawiej.

Twierdze i klasztory

W trak­cie wyciecz­ki w Góry Sowie odwie­dzi­łem 3 waż­ne obiek­ty histo­rycz­ne. Były to: Twier­dza Srebr­na Góra (w Srebr­nej Górze), Twier­dza kłodz­ka (w Kłodz­ku) oraz Zespół Pocy­ster­ski w Lubią­żu (czy­li opac­two cyster­sów w Lubią­żu, nie­da­le­ko Legni­cy). Pla­no­wa­łem też odwie­dzić na dłu­żej Kłodz­ko, ale praw­da była taka, że po zwie­dze­niu twier­dzy, na dal­sze wędrów­ki po mie­ście nie mia­łem już siły.

Twier­dza Srebr­na Góra zosta­ła zbu­do­wa­na w apo­geum pru­skie­go abso­lu­ty­zmu w XVIII wie­ku nie wia­do­mo do koń­ca po co. To zna­czy wia­do­mo – mia­ła być jed­ną z linii obro­ny Ślą­ska przed wro­gą wów­czas Austrią. W grun­cie rze­czy twier­dza nigdy nie zosta­ła wyko­rzy­sta­na, cho­ciaż poświę­co­no olbrzy­mie środ­ki na jej budo­wę i póź­niej­sze utrzy­ma­nie. Nie będę się tu roz­pi­sy­wał o histo­rii, bo moż­na sobie łatwo zna­leźć infor­ma­cje w inter­ne­cie.

Całe zało­że­nie twier­dzy nigdy nie zosta­ło ukoń­czo­ne – mia­ła być znacz­nie więk­sza, niż to, co osta­tecz­nie zbu­do­wa­no. Dość powie­dzieć, że w celu jej posa­do­wie­nia wysa­dzo­no w powie­trze czu­bek góry, na któ­rym zaczę­to wzno­sić twier­dzę. Twier­dza jest poło­żo­na rze­czy­wi­ście bar­dzo wyso­ko – ale para­dok­sal­nie z dołu jest wła­ści­wie nie­wi­docz­na (pew­nie tak mia­ło być). Mia­ła chro­nić Prze­łęcz i cały Śląsk przed ata­kiem od południa.

Jest sto­sun­ko­wo dobrze zacho­wa­na; nigdy nie zosta­ła zdo­by­ta. Jedy­ne jej oblę­że­nie w cza­sie wojen napo­le­oń­skich skoń­czy­ło się, zanim się zaczę­ło na dobre.

Następ­ne­go dnia odwie­dzi­łem twier­dzę kłodz­ką. Byłem w niej wie­le lat temu, tzn. w oko­li­cach IV kla­sy pod­sta­wów­ki i pamię­ta­łem, że bar­dzo mi się wte­dy podo­ba­ła. Twier­dza kłodz­ka jest histo­rycz­nie o wie­le star­sza. Jest wła­ści­wie tak sta­ra, jak samo Kłodz­ko, któ­re do Pol­ski tra­fi­ło (wraz z całą Kotli­ną Kłodz­ką) dopie­ro w 1945 roku. Obec­na twier­dza, wie­lo­krot­nie prze­bu­do­wy­wa­na, powsta­ła na miej­scu znacz­nie wcze­śniej­sze­go śre­dnio­wiecz­ne­go zam­ku obronnego.

W chod­ni­kach kontrminowych

Zwie­dza­nie skła­da się z dwóch czę­ści: gór­nej czę­ści twier­dzy z eks­po­zy­cją histo­rycz­ną oraz labi­ryn­tu. Czym jest labi­rynt, nie będę zdra­dzać (ale jest to ta część, któ­rą odwie­dza­li­śmy w pod­sta­wów­ce). Powiem tyl­ko, że zde­cy­do­wa­nie war­to zejść do pod­zie­mi. Gór­na część jest rów­nież cie­ka­wa, cho­ciaż nie dostar­cza aż takich wra­żeń. Moż­na się jed­nak spo­ro dowie­dzieć o histo­rii. W okre­sie powo­jen­nym twier­dza ule­ga­ła dewa­sta­cji, cze­go śla­dy są nie­ste­ty widocz­ne do dzi­siaj. Nato­miast cały czas trwa­ją pra­ce nad przy­wró­ce­niem jej świet­no­ści. W gór­nej czę­ści twier­dzy znaj­du­je się rów­nież cie­ka­wa eks­po­zy­cja doty­czą­ca okre­su dru­giej woj­ny świa­to­wej, kie­dy w twier­dzy swą sie­dzi­bę mia­ła fabry­ka AEG, zatrud­nia­ją­ca robot­ni­ków przy­mu­so­wych (wów­czas pro­du­ko­wa­ła czę­ści uzbro­je­nia, dzi­siaj zmywarki).

Ostat­nie­go dnia, tzn. w dniu, w któ­rym prze­miesz­cza­łem się z Gór Sowich w kie­run­ku Doli­ny Bary­czy, odwie­dzi­łem Lubiąż. Nie pla­no­wa­łem w ogó­le odwie­dzać tych oko­lic. Osta­tecz­nie jed­nak stwier­dzi­łem, że nie wia­do­mo, kie­dy następ­nym razem będę mieć oka­zję być w tej oko­li­cy, dla­te­go stwier­dzi­łem, że mogę tro­chę dro­gi nad­ło­żyć. Poprzed­nim razem w oko­li­cach Legni­cy byłem jesie­nią 2019 roku.

Opac­two cyster­skie to wła­ści­wie dobrze zakon­ser­wo­wa­na ruina. Pla­có­wek cyster­skich były kie­dyś w Pol­sce dzie­siąt­ki (choć­by w Oło­bo­ku pod Kali­szem). Do dzi­siaj nie­któ­re z nich są zacho­wa­ne w lep­szym lub gor­szym sta­nie. Klasz­tor w Lubią­żu to dru­gi naj­więk­szy tego typu zespół w Euro­pie (po Esco­ria­lu). Tere­nem obec­nie zarzą­dza Fun­da­cja Lubiąż, któ­ra mały­mi kro­ka­mi od 30 lat sta­ra się ura­to­wać od upad­ku zabu­do­wa­nia klasz­tor­ne; tego obiek­tu nikt nie chce, ani Skarb Pań­stwa, ani jed­nost­ki samo­rzą­du tery­to­rial­ne­go, ze wzglę­du na koniecz­ne nakłady.

Lubiąż choć pięk­ny i robią­cy gigan­tycz­ne wra­że­nie, znaj­du­je się kom­plet­nie pośrod­ku nicze­go. Tury­stów jest tam nie­wie­lu, bo trud­no tam dotrzeć. Bez samo­cho­du nie ma jak. Żad­ne auto­bu­sy tam nie dojeż­dża­ją. Cho­ciaż region Odry Środ­ko­wej sły­nie rów­nież z dużych walo­rów przyrodniczych.

Histo­ria klasz­to­ru się­ga cza­sów, gdy Ślą­skiem wła­da­li Pia­sto­wie. Wte­dy jeden z nich spro­wa­dził w te oko­li­ce cyster­sów, któ­rzy wła­da­li tymi tere­na­mi przez kolej­ne 600 lat. Klasz­tor wie­lo­krot­nie popa­dał w ruinę, a następ­nie pod­no­sił się z niej, by stać się jesz­cze potęż­niej­szy. U szczy­tu potę­gi w XVII lub w XVIII wie­ku posta­wio­no mon­stru­al­ny pałac opa­ta, któ­ry zaj­mu­je dużą część dzi­siej­sze­go kom­plek­su. Bogac­two cyster­sów kłu­ło w oczy pań­stwo pru­skie, co skoń­czy­ło się kasa­tą zako­nu cystersów.

Dzi­siaj może­my mieć jedy­nie pew­ne wyobra­że­nie, jak klasz­tor wyglą­dał w cza­sach świet­no­ści. Nie zacho­wa­ły się żad­ne obra­zy, a zdjęć wte­dy nie było. Po klasz­to­rze obec­nie hula wiatr; to, co oca­la­ło, zosta­ło roz­pro­szo­ne po innych obiek­tach sakral­nych lub muze­ach. Za to dzi­siaj klasz­tor słu­ży za sce­no­gra­fię do fil­mów grozy.

Góry Sowie

Góry Sowie to nie Tatry, ani nie Beskid Żywiec­ki. Jed­nak jest to już kon­kret­ne pasmo gór­skie, w prze­ci­wień­stwie cho­ciaż­by do Ślę­zy i jej oko­lic, któ­re choć malow­ni­cze, to jed­nak nie zapew­nia­ją aż tylu typo­wo gór­skich atrak­cji. Góry Sowie zro­bi­ły na mnie pozy­tyw­ne wra­że­nie, choć byłem w nich za krót­ko, żeby powie­dzieć o nich coś więcej.

Na naj­waż­niej­szą atrak­cję, czy­li Wiel­ką Sowę, nie posze­dłem. Wyni­ka­ło to przede wszyst­kim z mojej bazy noc­le­go­wej – nie chcia­ło mi się dale­ko nigdzie dojeż­dżać na szlak. Dla mnie jest prio­ry­te­tem, żeby jak naj­mniej cza­su tra­cić na wsze­la­kie dojazdy.

Dla­te­go pierw­sze­go dnia wybra­łem się na Prze­łęcz Woli­bor­ską (15 minut samo­cho­dem ze Srebr­nej Góry) i tam po pro­stu posze­dłem szla­kiem przed sie­bie, w kie­run­ku schro­ni­ska. Zale­ży mi, żeby nie wra­cać tą samą dro­gą, tyl­ko robić pętlę do punk­tu, z któ­re­go wysze­dłem. Nie zawsze jest to moż­li­we, ale w Górach Sowich uda­ło mi się jakoś sen­sow­nie tra­sę zapla­no­wać. Wyciecz­ka była dosyć dłu­ga, bo w sumie było to ok. 16 – 18 kilo­me­trów, ale nie aż tak bar­dzo wyczer­pu­ją­ca. Masze­ro­wa­ło się przy­jem­nie. Nie było wie­lu momen­tów z ostry­mi wznie­sie­nia­mi. Raczej szło się łagod­nie pod górę.

Kolej­ny dzień to już była cał­ko­wi­cie moja autor­ska impre­sja na temat wędrów­ki gór­skiej. Nie chcia­ło mi się nigdzie dojeż­dżać, z resz­tą zale­ża­ło mi na cza­sie (tego dnia mia­łem zapla­no­wa­ną jesz­cze wizy­tę w Kłodz­ku), dla­te­go wybra­łem krót­szą gór­ską wędrów­kę z samej Srebr­nej Góry. Miną­łem twier­dzę, a dalej sze­dłem, jak szlak pro­wa­dził. Po dro­dze nie było schro­ni­ska, ale to nie szko­dzi. I tak zro­bi­łem ład­ną pętlę, któ­rą zakoń­czy­łem w sąsied­niej wsi. Na koń­cu była dodat­ko­wa atrak­cja w posta­ci prze­ła­jo­we­go mar­szu przez łąkę, żeby dotrzeć do Srebr­nej Góry. Na tra­sie mia­łem moment zwąt­pie­nia, kie­dy trze­ba było prze­mie­rzyć ok. 100 metro­wy bar­dzo błot­ni­sty odci­nek, idą­cy dodat­ko­wo w dół. Ale nie takie prze­szko­dy poko­ny­wa­łem na Babiej Górze.

Szla­ki ozna­ko­wa­ne są śred­nio. Cza­sa­mi ma się lek­kie wąt­pli­wo­ści, dokąd iść. Bar­dzo poma­ga mapa w komórce.

Dużym plu­sem był brak ludzi. Mogę na pal­cach u jed­nej ręki poli­czyć sytu­ację, gdy spo­ty­ka­łem innych pie­chu­rów. Cza­sa­mi nawet cał­kiem miło jest spo­tkać kogoś na szlaku.

Po sąsiedz­ku są Góry Bardz­kie. Może następ­nym razem uda mi się je odwiedzić?


Ostat­nie gór­skie wyjazdy:

Ślę­ża 2024

Zawo­ja i oko­li­ce 2023

Tatry 2023

Przez Oleśnicę do Srebrnej Góry

Odkąd w 2022 roku pierw­szy raz od wie­lu lat byłem w Sude­tach, zno­wu zaczął pocią­gać mnie ten kie­ru­nek. W tam­tym roku w maju wybra­łem się na 1 dzień na bar­dzo przy­jem­ną wyciecz­kę do Sobót­ki. Od razu wte­dy pomy­śla­łem, że dobrze było­by poje­chać w te góry, któ­re widać ze Ślę­ży. A widać, jak mi się zda­je, Góry Sowie.

W Górach Sowich nigdy przed­tem chy­ba nie byłem, cho­ciaż byłem w oko­li­cach (wie­le lat temu w Kotli­nie Kłodz­kiej i w Górach Orlic­kich po cze­skiej stro­nie). Tym­cza­sem Góry Sowie to pasmo gór­skie, któ­re jest naj­bli­żej poło­żo­ne od Kali­sza i naj­szyb­ciej moż­na w nie dojechać.

Począt­ko­wo nie pla­no­wa­łem noco­wać w Srebr­nej Górze, ponie­waż pod wzglę­dem tury­sty­ki pie­szej nie jest aż tak korzyst­nie poło­żo­na. Jed­nak nie ma tam zbyt wiel­kie­go wybo­ru atrak­cyj­nych noc­le­gów w korzyst­nych cenach; coś sen­sow­ne­go uda­ło mi się wła­śnie zna­leźć w Srebr­nej Górze, któ­ra leży w prze­łę­czy Srebr­nej, oddzie­la­ją­cej Góry Sowie od Gór Bardzkich.

Swo­im zwy­cza­jem nie poje­cha­łem jed­nak pro­sto do Srebr­nej Góry, bo musia­łem coś odwie­dzić po dro­dze. Wybór padł na Ole­śni­cę, koło któ­rej wie­lo­krot­nie prze­jeż­dża­łem w dro­dze na Dol­ny Ślą­ska, a któ­rej dotych­czas nigdy nie uda­ło mi się odwiedzić.

Głów­na atrak­cja Ole­śni­cy, czy­li zamek/pałac ksią­żąt ole­śnic­kich, był w remon­cie, ale przy­naj­mniej mogłem go zoba­czyć z zewnątrz. Ponad godzi­nę krą­ży­łem po cen­trum mia­sta, któ­re spra­wia­ło pozy­tyw­ne wrażenie.

Z Ole­śni­cy ruszy­łem dro­gą na połu­dnie. Choć ruch był duży, to jecha­ło się spraw­nie, bo na dro­dze nie było cię­ża­ró­wek (nie­dzie­la). Do Srebr­nej Góry dotar­łem oko­ło 14.00, mia­łem więc jesz­cze cał­kiem spo­ro czasu.

Srebr­na Góra to wieś – w prze­ci­wień­stwie do Sobót­ki, któ­ra choć mała, to jest mia­stecz­kiem. Jest tu wła­ści­wie jed­na uli­ca. Ludzi nie za wie­lu, 2 – 3 skle­py (w tym super­mar­ket), wszę­dzie pod górę. I jed­na wiel­ka atrak­cja – czy­li Twier­dza. Na szczę­ście jesz­cze przed sezo­nem. Nazwa Srebr­na Góra odno­si się do sre­bra, któ­re było tu wydo­by­wa­ne przed wie­ka­mi. Wieś była daw­niej waż­nym ośrod­kiem górniczym.

Jed­nak dużym plu­sem Srebr­nej Góry jest mno­gość ście­żek, któ­ry­mi moż­na wędro­wać na krót­sze i dłuż­sze spa­ce­ry (nie mam tu na myśli wędró­wek gór­skich z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, bo to inna kwe­stia). Zawsze się znaj­dzie miej­sce, gdzie moż­na roz­pro­sto­wać nogi, cho­ciaż nie­rzad­ko jest pod górę.

Od razu pierw­sze­go dnia ruszy­łem śla­da­mi daw­nej kolei sowio­gór­skiej. Kolej ta powsta­ła jesz­cze w XIX wie­ku i zapew­nia­ła trans­port do Srebr­nej Góry (z tego, co czy­ta­łem, była to kolej zęba­ta). Kolej zli­kwi­do­wa­no w oko­li­cach I woj­ny świa­to­wej. Ale pozo­stał po niej ślad w posta­ci impo­nu­ją­cych wia­duk­tów kole­jo­wych, po któ­rych moż­na się przejść.

Jeszcze kilka chwil w Lizbonie

Kate­dra w Lizbonie

Mie­siąc temu wró­ci­łem z krót­kiej wyciecz­ki do Lizbo­ny. To dobry moment, żeby na chwi­lę się tam jesz­cze przenieść.

Ostat­nie­go dnia mia­łem jesz­cze tro­chę cza­su, ponie­waż samo­lot do War­sza­wy mia­łem dopie­ro popo­łu­dniu. Wyko­rzy­sta­łem ten czas, żeby jesz­cze tro­chę pozwie­dzać cen­trum. Mię­dzy inny­mi jecha­łem bar­dzo zna­ną miej­ską win­dą San­ta Justa. Słu­ży­ła do poko­ny­wa­nia znacz­nych róż­nic pozio­mów w mie­ście. Win­da jest oble­ga­na przez tury­stów, co jest dużą wadą. Po wyj­ściu z win­dy zaraz są ruiny klasz­to­ru, w któ­rych urzą­dzo­no muzeum archeologiczne.

W Lizbo­nie byłem jesz­cze w wie­lu innych miej­scach, któ­rych nie opi­sa­łem, a któ­re uwi­docz­ni­łem na zdjęciach.

Żeby dobrze poznać mia­sto, trze­ba by w nim zamiesz­kać. Nie da się poznać mia­sta w dwa dni. Taka krót­ka wyciecz­ka może sta­no­wić co naj­wy­żej zachę­tę, żeby przy­je­chać ponow­nie. Nie­ste­ty takie wyjaz­dy mają też i wady. Na przy­kład trud­no wejść w jakie­kol­wiek inte­rak­cje z tubyl­ca­mi. Dla­te­go bar­dzo dobrze wspo­mi­nać mój wyjazd do Salo­nik (maj 2018), ponie­waż wte­dy nie tyl­ko zwie­dza­łem mia­sto (któ­re z pew­no­ścią jest o wie­le mniej atrak­cyj­ne od Lizbo­ny), ale przede wszyst­kim mia­łem oka­zję poznać jego miesz­kań­ców, zoba­czyć jak pra­cu­ją i żyją na co dzień.

Teraz myśla­mi krą­żę już tyl­ko wokół krót­kie­go wyjaz­du w góry, któ­ry nastą­pi za mie­siąc. Rok temu byłem na podob­nej, krót­kiej wyciecz­ce w maju.

Nad Tagiem