Krótki styczniowy atak zimy postanowiłem uczcić spacerem na łąki i pola leżące nad Prosną. Rzeka zimą wygląda bardzo ładnie.




wycieczki, krajobrazy, zdjęcia i inne głupoty
Krótki styczniowy atak zimy postanowiłem uczcić spacerem na łąki i pola leżące nad Prosną. Rzeka zimą wygląda bardzo ładnie.



Pisałem już niedawno wspomnienie ze Spiszu, który odwiedziłem we wrześniu 2025 roku (mam wrażenie, że to było parę dni temu, a to już parę miesięcy!) Zanim więc wybiorę się ponownie w okolice Gdyni na zimową nadmorską wyprawę, to napiszę jeszcze parę słów o tym, jak było w górach na wyjeździe wakacyjnym we wrześniu.
Kolejny raz odwiedziłem Zawoję i to na długo, bo bawiłem w niej pełnych 5 dni. Jadąc do Zawoi po raz trzeci z rzędu odwiedziłem Pszczynę, w której tym razem zwiedziałem skansen, w którym wcześniej nie byłem. Uwielbiam skanseny!








Dodatkowo, trochę jeszcze pobłądziłem po parku zamkowym i po centrum miasteczka.
Jadąc do Zawoi postanowiłem, że tym razem pojadę trasą trochę bardziej konwencjonalną, tzn. przez Wadowice, a nie – jak prowadzi nawigacja – przez Żywiec i przez bezdroża Żywiecczyzny. Dzięki temu mogłem odwiedzić zaporę na Jeziorze Mucharskim, które wygląda z trasy bardzo malowniczo i od lat mnie intrygowało. Wody w zbiorniku przybywa w żółwim tempie, ale już jest jej trochę więcej, niż przed laty. Jak to zwykle bywa w Polsce, osoba chcąca odwiedzić zaporę dostaje sprzeczne komunikaty. Z jednej strony, przy zaporze jest parking dla turystów. Ale z drugiej – płoty, kraty, druty kolczaste i kamery. I wielkie napisy „zakaz wstępu”. Ale jest też furtka. Której zamknięciu zapobiega sznurek – tak, furtka trzymająca się na sznurku. I przez tę furtkę przelazłem. Okazało się, że w zasadzie zaporę można swobodnie zwiedzać i byli tam spacerowicze.




Moje wrażenia z Zawoi to temat na oddzielny wpis, do którego przymierzam się od miesięcy. Zawoja się zmienia i nie są to zmiany na lepsze. Z resztą dotyczy to nie tylko Zawoi.
Góry jednak są tak samo piękne, jak zawsze.













Wypoczynek w Zawoi trwał pięć dni, więc żeby zrobić oddech od górskich wycieczek, jednego dnia pojechałem kawałek na północ. Odwiedziłem Kalwarię Zebrzydowską (w której nie byłem od 2017 roku) i Lanckoronę (w której nie byłem od 2020 roku).










Z Zawoi ruszyłem na południe, do naszych zatatrzańskich sąsiadów. Wrażenia ze Słowacji, jak również ze słowackich gór, mam bardzo pozytywne (już o tym pisałem). Choć trzeba przyznać, że infrastruktura turystyczna w słowackich górach jest bardziej rozwinięta i nie jestem do końca przekonany, czy to dobrze.



Ze Słowacji udałem się do Szczawnicy, w której nigdy jeszcze nie byłem. Chociaż wyjazd w Pieniny planowałem już w 2015 roku, gdy byłem w Tatrach (nie chce się wierzyć, że to było ponad 10 lat temu…). Na miejscu jednak zorientowałem się, że w gruncie rzeczy Szczawnica nie leży w Pieninach, a wyjście w góry stamtąd nie jest aż takie proste.
Szczawnica pozostawiła we mnie mocno mieszane uczucia. Nie przypuszczałem bowiem, że Szczawnica jest czymś w rodzaju Zakopanego, tyle że na mniejsza skalę. Moja wizyta w tym mieście (czy to w ogóle jest miasto?) rozpoczęła się od godziny stania w korku przed rondem w Krościenku nad Dunajcem. I w zasadzie jest to już wystarczający powód, żeby nigdy więcej tam nie pojechać, choć same Pieniny są z pewnością piękne. W samej Szczawnicy nie było wiele lepiej: koszmarny ruch samochodowy, korki, hałas, roboty drogowe. Nie wiem, jakim cudem miejscowość może mieć status uzdrowiska, skoro od samego ruchu ulicznego można się tam rozchorować. W szczególności, że cały ruch koncentruje się na głównej drodze idącej przez całą miejscowość, całkowicie ją paraliżując. Gorzej, niż w Zakopanym.
Pierwsze wrażenie było więc zdecydowanie negatywne. Nie sądziłem też, że będzie tam aż takie natężenie stonki turystycznej, której gdy tylko mogę, to unikam.
Tak zwana „stara Szczawnica”, czy „stare uzdrowisko” jest bardzo ładne, ale to dosłownie kilka budynków zgromadzonych wokół niewielkiego placyku i przylegającej uliczki. A poza tym – jest tragedia. Ceny noclegów bardzo wysokie. Jest tam pełno hoteli z noclegami po 500 czy 1000 zł za noc, natomiast żeby znaleźć coś przystępniejszego, to był duży problem. Ja nocowałem w takim pseudo pensjonacie (z „willą” w nazwie) – cena nie była jakaś bardzo zła, ale za to pokój był nienadzwyczajny. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że nie wiedziałem tak naprawdę, co rezerwuję. Był to mikroskopijny pokój, w którym poza łóżkiem i taboretem nie było nic. Nie było okna, tylko drzwi balkonowe wychodzące na coś w rodzaju wspólnego balkonu. Nigdy więcej (chociaż akurat lokalizacja nie była zła).
Po górach wędrowałem, ale bardzo niewiele, bo nie miałem już siły. Natomiast drugiego dnia padał deszcz. W Pieniny w ogóle nie poszedłem, bo stwierdziłem, że dojazd samochodem do jakiegoś punktu wypadowego jest nie na moje nerwy. Poszedłem więc raz czy dwa na obrzeża Beskidu Sądeckiego, który aż tam sięga.







Chyba główną atrakcją Szczawnicy i okolic jest przełom Dunajca, który jest rzeczywiście bardzo piękny i atrakcyjny. Wzdłuż Dunajca biegnie ścieżka rowerowa, którą można pojechać na Słowację, do miejscowości Czerwony Klasztor.
Wypożyczyłem więc rower elektryczny (który okazał się tym owianym złą sławą nielegalnym „chińczykiem”) i ruszyłem wzdłuż Dunajca. I naprawdę było warto, bo widoki są niesamowite. Natomiast jazda na rowerze elektrycznym jest przeżyciem zupełnie surrealistycznym, gdy można bez żadnego wysiłku podjechać pod stromą górę.






Mój wyjazd nie skończył się w Szczawnicy, bowiem ostatnim miłym akcentem była wizyta w okolicach Ojcowskiego Parku Narodowego, które poprzednim razem odwiedziłem w 2023 roku (lubię jednak tam wracać). Jechałem przez Nowy Sącz (wstąpiłem tam do Miasteczka Galicyjskiego), co było prawdziwym drogowym koszmarem.
Natomiast Ojcowski Park Narodowy mnie nie zawiódł. Pierwszego dnia popołudniu pojechałem do Doliny Będkowskiej, jednak była to wycieczka tylko powierzchowna, bo nie miałem za dużo czasu. Następnego dnia odwiedziłem ponownie OPN. Szkoda, że była to sobota.






Ostatniego dnia przed powrotem do Kalisza zwiedzałem okolice Olkusza w poszukiwaniu tworzącego się „pojezierza olkuskiego”. Widziałem wyschnięte koryto Sztoły, a także zalaną obwodnicę Bolesławia.

W tym sezonie właście przechodzimy drugi atak zimy. Choć oczywiście ten atak trzeba przyjmować z przymróżeniem oka, bo jest to nic w porównaniu do zim sprzed lat. Znowu tej zimy spadł śnieg i znowu temperatura spadła poniżej zera. Pierwszy atak zimy miał miejsce na przełomie listopada i grudnia: wtedy również spadła odrobina śniegu i również był przez parę dni mróz (prawdziwe śniegi to były w 2009 roku).
Niemniej jednak nie mogłem w taką pogodę nie pojechać do lasu – nie można zmarnować okazji, żeby zobaczyć urokliwe leśne zakątki przyprószone śniegiem.









Rok temu w tym miejscu też było pięknie, choć śniegu nie było.
Za to 4 lata temu śniegu było całkiem sporo.
Już dwa miesiące temu wróciłem z mojej dorocznej wyprawy górskiej letnio-jesiennej, ale nie mogłem się zebrać, żeby coś tu napisać. Była tylko krótka notka z Zawoi. Może to dlatego, że chciałbym o wielu miejscach napisać, a to wymaga czasu.
No to może zacznę od kilku słów na temat Spiszu. Pierwszy raz na Słowacji byłem ponad 3 lata temu, gdy będąc w Zawoi pojechałem na jeden dzień zwiedzić Zamek Orawski. Wtedy po raz pierwszy wykiełkowała we mnie myśl, by może pojechać w góry słowackie. Tę myśl zrealizowałem rok później odwiedzając na krótko Małą Fatrę. W tym roku postanowiłem, że co prawda też będę trzymać się północnej Słowacji i granicy z Polską, to jednak pojadę trochę dalej, a mianowicie do Słowackiego Raju, który rajem jest nazywany nieprzypadkowo. Te okolice to tym razem szeroko rozumiany Spisz (który obok Orawy jest tą krainą geograficzną, której nazwę każdy słyszał w szkole na historii, ale pewnie z niczym konkretnym się nie kojarzy). Niewielki fragment Spiszu (jak i niewielki fragment Orawy) znajduje się w Polsce. Na polskim Spiszu jest zamek w Niedzicy, który oryginalnie był zamkiem węgierskim, chroniącym północną granicę Królestwa Węgier (a kawałek od niego jest zamek w Czorsztynie, który chronił południową granicę Królestwa Polskiego).
Skoro zwiedzanie Orawy zacząłem od Zamku Orawskiego, to zwiedzanie Spiszu musiałem zacząć od Zamku Spiskiego.
Który jednak trochę mnie rozczarował. Chociaż imponuje rozmiarami, to jednak – w przeciwieństwie do Zamku Orawskiego – są to tylko ruiny. Coś w stylu jak Zamek Ogrodzieniec. Chociaż jednak Zamek w Ogrodzieńcu choć mniejszy, to chyba jest lepiej zachowany.









Jednak na Spisz wybrałem się przede wszystkim ze względu na walory przyrodnicze, a konkretnie góry – celem mojej wyprawy był bowiem przede wszystkim Park Narodowy Słowacki Raj. Słowacja może się szczycić wieloma pasmami górskimi, a Słowacki Raj jest podobno jednym z ciekawszych.
Nie wiem, do czego to porównać. Bo w Słowackim Raju w zasadzie nie chodzi o góry, tylko o doliny, skały, rzeki, potoki, wodospady i ciekawe ukształtowanie terenu. To coś takiego, jak Adrspach, tyle że na wiele większą skalę. Albo Ojcowski Park Narodowy. Słowacki Raj wyrasta zupełnie z niczego. Nagle pojawia się na horyzoncie. I wciąga.
Wędruje się tam w zasadzie nie po górach (chociaż też można), ale po dolinach strumieni i rzek. Wchodzi się po drabinach, stalowych stopniach i łańcuchach stopniowo w górę. Za największą atrakcję uchodzi Sucha Bela. Chociaż przyznam, że nie zrobiła na mnie takiego wrażenia – prawdopodobnie z tego powodu, że potok właściwie wysechł.
















Spisz to także ciekawe wsie i miasteczka. Jedno z ładniejszych miejsc, to Kapituła Spiska, czyli centrum słowackiego życia religijnego (przynajmniej w tym regionie). Odwiedziłem także Lewoczę – miasteczko z zabytkowym starym miastem wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO.


















Ze Spiszu jest rzut beretem w Tatry. Jak wiadomo, Tatry w ⅔ znajdują się w Słowacji. Tam rzecz jasna nie pojechałem, chociaż kto wie, może w przyszłości… Bramą w słowackie Tatry jest miasto Poprad.

Tatry tworzą niesamowity widok, gdy widzi się je z daleka. W samym Popradzie nie ma niczego ciekawego poza Spiską Sobotą – urokliwym miasteczkiem, stanowiącym obecnie część Popradu.














Zapomniałem jeszcze napisać, że opuszczając Słowacki Raj, wstąpiłem do Jaskini Lodowej. Jaskinia jest niesamowita, chociaż całokształt doświadczenia z nią związanego budzi raczej moje mieszane uczucia, a to za sprawę beznadziejnego przewodnika…
W jaskini w zasadzie nie wolno robić zdjęć (a przynajmniej nie za darmo), ale kilka zdjęć jednak zrobiłem i czuję się usprawiedliwiony, biorąc pod uwagę, jak kiepska była jakość przewodnika.





Zwykle do Doliny Baryczy wybierałem się wiosną (tzn. w maju). Ale już w tamtym roku po raz pierwszy pojechałem nad Stawy Milickie w listopadzie. W tym roku tę wycieczkę powtórzyłem.
Pogoda nie była idealna, bo trochę mżyło. Jednak i tak było bardzo malowniczo. Lasy, łąki, pola i rozlewiska są o tej porze roku wyjątkowo tajemnicze i pociągające. Na stawach pluskają się ptaki, które co chwile wydają różne dziwne dźwięki.























Po dwóch latach przerwy znowu odwiedziłem babiogórskie okolice.



Niestety Zawoja się zmienia i raczej nie są to zmiany na lepsze. Ale o tym jeszcze będzie okazja napisać.
Po tygodniach suszy nadeszły letnie ulewne deszcze i znaczące ochłodzenie. Gdy w końcu przestało padać, postanowiłem się wybrać na choćby krótką wieczorną przejażdżkę rowerową. Z mojej pasji do jeżdżenia na rowerze niewiele zostało, ale to temat na osobną opowieść. Nie da się ukryć, że jeżdżę teraz na rowerze znacznie mniej, niż dawniej.
W latach szkolnych, jeszcze na studiach, czy nawet jeszcze przez pierwsze lata po studiach, jeździłem na rowerze dużo i często – głównie na intensywne wyprawy krajobrazowe (choć były to w kółko te same krajobrazy w tych samych ulubionych miejscach), które liczyły po 20 – 30 km.
Dzisiaj pojechałem do miejsca, które jest niedaleko mojego domu, ale w którym narodziła się, myślę że ponad 15 lat temu, wygasła obecnie pasja do dalekich wypraw rowerowych. To ciekawe miejsce nad niedalekim zalewem, gdzie piaszczyste plaże przeplatają się z polami, łąkami i rachitycznym lasem. To w tamtym miejscu po raz pierwszy zacząłem się sam wypuszczać na dalsze wyjazdy rowerowe.
Dzisiaj przyjechałem tam ponownie po latach. Nie wiem, jak dawno nie byłem w tych okolicach, ale może to być nawet 5 – 6 lat! W miejsce, gdzie dawniej jeździłem codziennie!
Niby wiele się nie zmieniło, ale jednak pewne zmiany zaszły. Na przykład łąka, którą dawniej można było spokojnie przebyć na rowerze, obecnie jest całkowicie zarośnięta.
Muszę tam wrócić i spróbować przejechać znowu na rowerze w te miejsca, gdzie jakieś 15 – 18 lat temu tak często odwiedzałem.







Próbowałem znaleźć jakiś archiwalny wpis o tym miejscu, ale nie wiem czy jest coś poza tą wzmianką sprzed 16 lat.
Wielokrotnie wspominałem już o krótkich wycieczkach do Doliny Baryczy. W tym roku odwiedziłem już okolice Antonina, a także Kompleks Potasznia. Bardzo udaną wycieczkę w tamte okolice zaliczyłem jesienią poprzedniego roku. Prawda jest jednak taka, że przy wycieczkach jednodniowych jadę w takie miejsce, które nie jest dalej, niż godzina drogi samochodem.
Tym razem miałem niepowtarzalną okazję zahaczyć o Dolinę Baryczy wracając z wycieczki w Góry Sowie. Od dłuższego czasu myślałem o odwiedzeniu okolic Milicza, ale zawsze było to za daleko albo zbyt nie po drodze. Teraz nadarzyła się okazja. W końcu Milicz i jego okolice to prawdziwe centrum Doliny Baryczy, bo to właśnie od Milicza biorą swą nazwę całe Stawy Milickie.
Pierwszego dnia popołudniu odwiedziłem Rudę Sułowską. To miejsce jest o tyle ciekawe, że można zrobić tam przyjemną wycieczkę w formie pętli wokół stawów. Stawy mają bowiem ten minus, że w wiele miejsc nie można wejść ze względu na hodowlę.




Drugiego dnia pojechałem na niedługi spacer po Miliczu. Potem udałem się do Rudy Milickiej. Wtedy niestety znacznie pogorszyła się pogoda i zaczęło wkrótce padać. Do tego niestety okazało się, że szlak jest częściowo zamknięty (ale to inna historia). Niestety, ale chociaż Milicz szczycie się bycia „rowerową stolicą Dolnego Śląska”, to dla turysty pieszego stawy milickie w tych okolicach nie są tak ciekawe. W wiele miejsc nie można wejść, a czasami szlak prowadzi drogą wzdłuż stawów, ale samych stawów nie widać, co trochę traci sens wizyty.
W Rudzie Milickiej akurat trudno o spacer wokół stawów.










Podsumowując, można powiedzieć, że stawy mimo wszystko trochę nie są tego warte, żeby jechać tam specjalnie – szczególnie, jeśli nie ma się roweru. Stwierdzam, że Kompleks Potasznia pod względem turystycznym jest dla mnie ciekawszy.
Poza tym, wiosenny krajobraz stawów jest dosyć monotonny. Wczesną wiosną lub jesienią jest trochę ciekawiej.
W trakcie wycieczki w Góry Sowie odwiedziłem 3 ważne obiekty historyczne. Były to: Twierdza Srebrna Góra (w Srebrnej Górze), Twierdza kłodzka (w Kłodzku) oraz Zespół Pocysterski w Lubiążu (czyli opactwo cystersów w Lubiążu, niedaleko Legnicy). Planowałem też odwiedzić na dłużej Kłodzko, ale prawda była taka, że po zwiedzeniu twierdzy, na dalsze wędrówki po mieście nie miałem już siły.

Twierdza Srebrna Góra została zbudowana w apogeum pruskiego absolutyzmu w XVIII wieku nie wiadomo do końca po co. To znaczy wiadomo – miała być jedną z linii obrony Śląska przed wrogą wówczas Austrią. W gruncie rzeczy twierdza nigdy nie została wykorzystana, chociaż poświęcono olbrzymie środki na jej budowę i późniejsze utrzymanie. Nie będę się tu rozpisywał o historii, bo można sobie łatwo znaleźć informacje w internecie.
Całe założenie twierdzy nigdy nie zostało ukończone – miała być znacznie większa, niż to, co ostatecznie zbudowano. Dość powiedzieć, że w celu jej posadowienia wysadzono w powietrze czubek góry, na którym zaczęto wznosić twierdzę. Twierdza jest położona rzeczywiście bardzo wysoko – ale paradoksalnie z dołu jest właściwie niewidoczna (pewnie tak miało być). Miała chronić Przełęcz i cały Śląsk przed atakiem od południa.
Jest stosunkowo dobrze zachowana; nigdy nie została zdobyta. Jedyne jej oblężenie w czasie wojen napoleońskich skończyło się, zanim się zaczęło na dobre.












Następnego dnia odwiedziłem twierdzę kłodzką. Byłem w niej wiele lat temu, tzn. w okolicach IV klasy podstawówki i pamiętałem, że bardzo mi się wtedy podobała. Twierdza kłodzka jest historycznie o wiele starsza. Jest właściwie tak stara, jak samo Kłodzko, które do Polski trafiło (wraz z całą Kotliną Kłodzką) dopiero w 1945 roku. Obecna twierdza, wielokrotnie przebudowywana, powstała na miejscu znacznie wcześniejszego średniowiecznego zamku obronnego.

Zwiedzanie składa się z dwóch części: górnej części twierdzy z ekspozycją historyczną oraz labiryntu. Czym jest labirynt, nie będę zdradzać (ale jest to ta część, którą odwiedzaliśmy w podstawówce). Powiem tylko, że zdecydowanie warto zejść do podziemi. Górna część jest również ciekawa, chociaż nie dostarcza aż takich wrażeń. Można się jednak sporo dowiedzieć o historii. W okresie powojennym twierdza ulegała dewastacji, czego ślady są niestety widoczne do dzisiaj. Natomiast cały czas trwają prace nad przywróceniem jej świetności. W górnej części twierdzy znajduje się również ciekawa ekspozycja dotycząca okresu drugiej wojny światowej, kiedy w twierdzy swą siedzibę miała fabryka AEG, zatrudniająca robotników przymusowych (wówczas produkowała części uzbrojenia, dzisiaj zmywarki).

















Ostatniego dnia, tzn. w dniu, w którym przemieszczałem się z Gór Sowich w kierunku Doliny Baryczy, odwiedziłem Lubiąż. Nie planowałem w ogóle odwiedzać tych okolic. Ostatecznie jednak stwierdziłem, że nie wiadomo, kiedy następnym razem będę mieć okazję być w tej okolicy, dlatego stwierdziłem, że mogę trochę drogi nadłożyć. Poprzednim razem w okolicach Legnicy byłem jesienią 2019 roku.
Opactwo cysterskie to właściwie dobrze zakonserwowana ruina. Placówek cysterskich były kiedyś w Polsce dziesiątki (choćby w Ołoboku pod Kaliszem). Do dzisiaj niektóre z nich są zachowane w lepszym lub gorszym stanie. Klasztor w Lubiążu to drugi największy tego typu zespół w Europie (po Escorialu). Terenem obecnie zarządza Fundacja Lubiąż, która małymi krokami od 30 lat stara się uratować od upadku zabudowania klasztorne; tego obiektu nikt nie chce, ani Skarb Państwa, ani jednostki samorządu terytorialnego, ze względu na konieczne nakłady.

Lubiąż choć piękny i robiący gigantyczne wrażenie, znajduje się kompletnie pośrodku niczego. Turystów jest tam niewielu, bo trudno tam dotrzeć. Bez samochodu nie ma jak. Żadne autobusy tam nie dojeżdżają. Chociaż region Odry Środkowej słynie również z dużych walorów przyrodniczych.
Historia klasztoru sięga czasów, gdy Śląskiem władali Piastowie. Wtedy jeden z nich sprowadził w te okolice cystersów, którzy władali tymi terenami przez kolejne 600 lat. Klasztor wielokrotnie popadał w ruinę, a następnie podnosił się z niej, by stać się jeszcze potężniejszy. U szczytu potęgi w XVII lub w XVIII wieku postawiono monstrualny pałac opata, który zajmuje dużą część dzisiejszego kompleksu. Bogactwo cystersów kłuło w oczy państwo pruskie, co skończyło się kasatą zakonu cystersów.
Dzisiaj możemy mieć jedynie pewne wyobrażenie, jak klasztor wyglądał w czasach świetności. Nie zachowały się żadne obrazy, a zdjęć wtedy nie było. Po klasztorze obecnie hula wiatr; to, co ocalało, zostało rozproszone po innych obiektach sakralnych lub muzeach. Za to dzisiaj klasztor służy za scenografię do filmów grozy.









































Góry Sowie to nie Tatry, ani nie Beskid Żywiecki. Jednak jest to już konkretne pasmo górskie, w przeciwieństwie chociażby do Ślęzy i jej okolic, które choć malownicze, to jednak nie zapewniają aż tylu typowo górskich atrakcji. Góry Sowie zrobiły na mnie pozytywne wrażenie, choć byłem w nich za krótko, żeby powiedzieć o nich coś więcej.
Na najważniejszą atrakcję, czyli Wielką Sowę, nie poszedłem. Wynikało to przede wszystkim z mojej bazy noclegowej – nie chciało mi się daleko nigdzie dojeżdżać na szlak. Dla mnie jest priorytetem, żeby jak najmniej czasu tracić na wszelakie dojazdy.
Dlatego pierwszego dnia wybrałem się na Przełęcz Woliborską (15 minut samochodem ze Srebrnej Góry) i tam po prostu poszedłem szlakiem przed siebie, w kierunku schroniska. Zależy mi, żeby nie wracać tą samą drogą, tylko robić pętlę do punktu, z którego wyszedłem. Nie zawsze jest to możliwe, ale w Górach Sowich udało mi się jakoś sensownie trasę zaplanować. Wycieczka była dosyć długa, bo w sumie było to ok. 16 – 18 kilometrów, ale nie aż tak bardzo wyczerpująca. Maszerowało się przyjemnie. Nie było wielu momentów z ostrymi wzniesieniami. Raczej szło się łagodnie pod górę.













Kolejny dzień to już była całkowicie moja autorska impresja na temat wędrówki górskiej. Nie chciało mi się nigdzie dojeżdżać, z resztą zależało mi na czasie (tego dnia miałem zaplanowaną jeszcze wizytę w Kłodzku), dlatego wybrałem krótszą górską wędrówkę z samej Srebrnej Góry. Minąłem twierdzę, a dalej szedłem, jak szlak prowadził. Po drodze nie było schroniska, ale to nie szkodzi. I tak zrobiłem ładną pętlę, którą zakończyłem w sąsiedniej wsi. Na końcu była dodatkowa atrakcja w postaci przełajowego marszu przez łąkę, żeby dotrzeć do Srebrnej Góry. Na trasie miałem moment zwątpienia, kiedy trzeba było przemierzyć ok. 100 metrowy bardzo błotnisty odcinek, idący dodatkowo w dół. Ale nie takie przeszkody pokonywałem na Babiej Górze.




Szlaki oznakowane są średnio. Czasami ma się lekkie wątpliwości, dokąd iść. Bardzo pomaga mapa w komórce.
Dużym plusem był brak ludzi. Mogę na palcach u jednej ręki policzyć sytuację, gdy spotykałem innych piechurów. Czasami nawet całkiem miło jest spotkać kogoś na szlaku.
Po sąsiedzku są Góry Bardzkie. Może następnym razem uda mi się je odwiedzić?
Ostatnie górskie wyjazdy:
Odkąd w 2022 roku pierwszy raz od wielu lat byłem w Sudetach, znowu zaczął pociągać mnie ten kierunek. W tamtym roku w maju wybrałem się na 1 dzień na bardzo przyjemną wycieczkę do Sobótki. Od razu wtedy pomyślałem, że dobrze byłoby pojechać w te góry, które widać ze Ślęży. A widać, jak mi się zdaje, Góry Sowie.
W Górach Sowich nigdy przedtem chyba nie byłem, chociaż byłem w okolicach (wiele lat temu w Kotlinie Kłodzkiej i w Górach Orlickich po czeskiej stronie). Tymczasem Góry Sowie to pasmo górskie, które jest najbliżej położone od Kalisza i najszybciej można w nie dojechać.
Początkowo nie planowałem nocować w Srebrnej Górze, ponieważ pod względem turystyki pieszej nie jest aż tak korzystnie położona. Jednak nie ma tam zbyt wielkiego wyboru atrakcyjnych noclegów w korzystnych cenach; coś sensownego udało mi się właśnie znaleźć w Srebrnej Górze, która leży w przełęczy Srebrnej, oddzielającej Góry Sowie od Gór Bardzkich.
Swoim zwyczajem nie pojechałem jednak prosto do Srebrnej Góry, bo musiałem coś odwiedzić po drodze. Wybór padł na Oleśnicę, koło której wielokrotnie przejeżdżałem w drodze na Dolny Śląska, a której dotychczas nigdy nie udało mi się odwiedzić.
Główna atrakcja Oleśnicy, czyli zamek/pałac książąt oleśnickich, był w remoncie, ale przynajmniej mogłem go zobaczyć z zewnątrz. Ponad godzinę krążyłem po centrum miasta, które sprawiało pozytywne wrażenie.


















Z Oleśnicy ruszyłem drogą na południe. Choć ruch był duży, to jechało się sprawnie, bo na drodze nie było ciężarówek (niedziela). Do Srebrnej Góry dotarłem około 14.00, miałem więc jeszcze całkiem sporo czasu.
Srebrna Góra to wieś – w przeciwieństwie do Sobótki, która choć mała, to jest miasteczkiem. Jest tu właściwie jedna ulica. Ludzi nie za wielu, 2 – 3 sklepy (w tym supermarket), wszędzie pod górę. I jedna wielka atrakcja – czyli Twierdza. Na szczęście jeszcze przed sezonem. Nazwa Srebrna Góra odnosi się do srebra, które było tu wydobywane przed wiekami. Wieś była dawniej ważnym ośrodkiem górniczym.
Jednak dużym plusem Srebrnej Góry jest mnogość ścieżek, którymi można wędrować na krótsze i dłuższe spacery (nie mam tu na myśli wędrówek górskich z prawdziwego zdarzenia, bo to inna kwestia). Zawsze się znajdzie miejsce, gdzie można rozprostować nogi, chociaż nierzadko jest pod górę.














Od razu pierwszego dnia ruszyłem śladami dawnej kolei sowiogórskiej. Kolej ta powstała jeszcze w XIX wieku i zapewniała transport do Srebrnej Góry (z tego, co czytałem, była to kolej zębata). Kolej zlikwidowano w okolicach I wojny światowej. Ale pozostał po niej ślad w postaci imponujących wiaduktów kolejowych, po których można się przejść.

Miesiąc temu wróciłem z krótkiej wycieczki do Lizbony. To dobry moment, żeby na chwilę się tam jeszcze przenieść.
Ostatniego dnia miałem jeszcze trochę czasu, ponieważ samolot do Warszawy miałem dopiero popołudniu. Wykorzystałem ten czas, żeby jeszcze trochę pozwiedzać centrum. Między innymi jechałem bardzo znaną miejską windą Santa Justa. Służyła do pokonywania znacznych różnic poziomów w mieście. Winda jest oblegana przez turystów, co jest dużą wadą. Po wyjściu z windy zaraz są ruiny klasztoru, w których urządzono muzeum archeologiczne.






























W Lizbonie byłem jeszcze w wielu innych miejscach, których nie opisałem, a które uwidoczniłem na zdjęciach.
Żeby dobrze poznać miasto, trzeba by w nim zamieszkać. Nie da się poznać miasta w dwa dni. Taka krótka wycieczka może stanowić co najwyżej zachętę, żeby przyjechać ponownie. Niestety takie wyjazdy mają też i wady. Na przykład trudno wejść w jakiekolwiek interakcje z tubylcami. Dlatego bardzo dobrze wspominać mój wyjazd do Salonik (maj 2018), ponieważ wtedy nie tylko zwiedzałem miasto (które z pewnością jest o wiele mniej atrakcyjne od Lizbony), ale przede wszystkim miałem okazję poznać jego mieszkańców, zobaczyć jak pracują i żyją na co dzień.
Teraz myślami krążę już tylko wokół krótkiego wyjazdu w góry, który nastąpi za miesiąc. Rok temu byłem na podobnej, krótkiej wycieczce w maju.
