Popołudnie w Sandomierzu

Sko­ro zna­la­złem się już we wschod­niej czę­ści nasze­go kra­ju, grze­chem było­by nie zaj­rzeć do San­do­mie­rza. Po dro­dze wstą­pi­łem tak­że do Bara­no­wa San­do­mier­skie­go (woj. pod­kar­pac­kie), gdzie znaj­du­je się uro­kli­wy zamek, nie bez powo­du nazy­wa­ny „małym Wawe­lem” (szko­da tyl­ko, że wypo­sa­że­nie, choć sty­li­zo­wa­ne – jest gene­ral­nie współczesne).

San­do­mierz jest w sam raz na jed­no popo­łu­dnie. Myśląc o tym mie­ście od razu każ­dy koja­rzy je z „Ojcem Mate­uszem”. Wyda­je mi się jed­nak, że serial nie do koń­ca odda­je cha­rak­ter tego mia­sta. San­do­mierz jest rze­czy­wi­ście małym mia­stacz­kiem (ok. 20 tys. miesz­kań­ców – tro­chę więk­szy od Ple­sze­wa w woj. wiel­ko­pol­skim). Nie jest to jed­nak wieś. Powiem wię­cej, San­do­mierz wraz ze swo­imi dosyć roz­le­gły­mi przed­mie­ścia­mi, spra­wia wra­że­nie mia­sta znacz­nie więk­sze­go, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. W fil­mie mia­sto zosta­ło przed­sta­wio­ne jako taka „duża wio­cha”, cho­ciaż to nie jest praw­da. Nato­miast wygląd sta­rów­ki, jej usy­tu­owa­nie, mno­gość zabyt­ków, wska­zu­ją na to, że w prze­szło­ści był to waż­ny punkt na mapie.

San­do­mier­ska sta­rów­ka jest poło­żo­na na wzgó­rzu, tak więc wszyst­kie dro­gi do niej pro­wa­dzą pod górę. Naj­waż­niej­szym jej ele­men­tem jest kate­dra san­do­mier­ska – pięk­na i strasz­na jed­no­cze­śnie (ze wzglę­du na maka­brycz­ne obra­zy, któ­re znaj­du­ją się w środ­ku). Jest tam obo­wiąz­ko­wo śre­dnio­wiecz­ny układ urba­ni­stycz­ny. Rów­nie dobrze San­do­mierz wyglą­da nocą.

Nie­opo­dal San­do­mie­rza znaj­du­ją się ruiny Zam­ku Krzyż­to­pór – napraw­dę niesamowite.

Beskid Niski

Dzi­siaj ostat­ni dzień jestem w Beski­dzie Niskim. Tro­chę szko­da, bo jest tu napraw­dę malow­ni­czo, a poza tym mam wra­że­nie, że te góry są tro­chę inne, niż pozo­sta­łe pasma górskie.

W zasa­dzie zwie­dzi­łem tyl­ko frag­ment zachod­niej czę­ści Beski­du Niskie­go, co wyni­ka z tego, że bazę wypa­do­wą mia­łem w Mała­sto­wie – wsi w gmi­nie Sęko­wa – na zachód od Magur­skie­go Par­ku Naro­do­we­go. W tych górach chy­ba nawet naj­cie­kaw­sze nie są same góry, któ­re są nie­zbyt wyso­kie, a podej­ścia na nie nie aż takie ostre, ale raczej obec­ne na każ­dym kro­ku śla­dy po prze­szło­ści i ludziach, któ­rzy żyli tam kiedyś.

W Beskid Niski

Dzi­siaj roz­po­czą­łem dru­gi etap swo­jej wyciecz­ki: doje­cha­łem do jej wła­ści­we­go celu, czy­li w Beskid Niski.

Za Beskiem Niskim zaczą­łem wzdy­chać już osiem lat temu, tj. w cza­sie wyjaz­du w Biesz­cza­dy. Beskid Niski, dzię­ki swo­jej pokręt­nej histo­rii, ma opi­nię jesz­cze bar­dziej tajem­ni­cze­go i nie­przy­stęp­ne­go, niż Biesz­cza­dy. Coś w tym jest, cho­ciaż z dru­giej stro­ny, samo­cho­dem wszę­dzie moż­na w mia­rę łatwo doje­chać, cho­ciaż tro­chę to trwa. Nie­trud­no się domy­ślić, że taka maso­wa komu­ni­ka­cja ma swo­je dobre i złe stro­ny. Bez samo­cho­dów, miesz­kań­cy takich regio­nów, jak Beskid Niski, byli­by odcię­ci od świa­ta. Z dru­giej stro­ny, samo­cho­dy psu­ją natu­ra­le walo­ry takich miejsc (jak z resz­tą każ­dych innych też, o czym za chwilę).

Z Zawoi w oko­li­ce Gor­lic, gdzie się zatrzy­ma­łem, jest ok. 150 kilo­me­trów. Niby nie jest to dużo, ale poko­na­nie tej dro­gi zaję­ło mi ponad pół dnia. Przede wszyst­kim zatrzy­ma­łem się po dro­dze w dwóch miej­scach: w skan­se­nie kolei w Cha­bów­ce oraz w Nowym Sączu. Po dru­gie, dro­gi na Pod­ha­lu są nie­na­dzwy­czaj­ne. Nie cho­dzi mi o to, że są dziu­ry w asfal­cie – bo ich nie ma, dro­gi kra­jo­we spra­wia­ją wra­że­nie, jak­by były po remon­cie albo w trak­cie remon­tu. Pro­blem jed­nak pole­ga na tym (i ten pro­blem doty­czy chy­ba więk­szo­ści dróg kra­jo­wych w Pol­sce, cho­ciaż z róż­nym natę­że­niem), że Pod­ha­le jest jed­ną wiel­ką, roz­cią­gnię­tą wio­chą, z cha­otycz­ną zabu­do­wą, co powo­du­je, że dro­ga kra­jo­wa to pra­wie cią­gle teren zabu­do­wa­ny. Nawet na dro­dze kra­jo­wej nie­wie­le jest frag­men­tów gdzie da się jechać z pręd­ko­ścią powy­żej 80 km/h (i to nie tyl­ko ze wzglę­du na ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści, ale tak­że ze wzglę­du na ukształ­to­wa­nie tere­nu). Do tego docho­dzą zakrę­ty, ser­pen­ty­ny, gór­ki, most­ki itp. W dodat­ku dzi­siaj przez więk­szą część mojej dro­gi lał deszcz.

Nowy Sącz jest ład­nym mia­stecz­kiem; w dodat­ku, jak się dowie­dzia­łem, jest trze­cim naj­więk­szym mia­stem w Mało­pol­sce. Dość powie­dzieć, że jest sie­dzi­bą sądu okrę­go­we­go 🙂 Nie­ste­ty tra­wi to mia­stecz­ko taka sama cho­ro­ba, jak podob­ne jemu mie­ści­ny (w tym Kalisz) – a mia­no­wi­cie ruch samo­cho­do­wy poże­ra­ją­cy to mia­sto jak nowo­twór. Dzi­siaj był sobo­ta, a kor­ki nie­sa­mo­wi­te; sytu­ację pogar­sza remont jakie­goś mostu. W dodat­ku dro­gi w mie­ście raczej śred­nie. Spraw­dzi­łem, że komu­ni­ka­cja miej­ska jest tak samo bez­na­dziej­na jak w Kali­szu, tj. jeden auto­bus raz na godzi­nę. Kolej­ki samo­cho­dów prze­ci­na­ją­ce mia­sto znacz­nie odbie­ra­ją mu urok. Przed Nowym Sączem znaj­du­je się jesz­cze jeden dziw natu­ry, a mia­no­wi­cie Lima­no­wa. To zapew­ne było­by uro­kli­we gór­skie mia­stecz­ko, gdy­by nie to, że dro­ga kra­jo­wa prze­cho­dzi przez rynek (!). Jed­nak jest to pro­blem, któ­ry doty­czy wie­lu miast w Mało­pol­sce i jesz­cze więk­szej ilo­ści w Pol­sce. Wyda­je mi się, że już rok temu o tym pisa­łem przy oka­zji wspo­mnień z Andry­cho­wa i Kal­wa­rii Zebrzy­dow­skiej. Roz­wią­za­nia nie widać.

U stóp Babiej Góry

Dzi­siaj mija mój trze­ci dzień w Zawoi. Zawo­ja jest poło­żo­na u stóp Babiej Góry, któ­ra jest naj­wyż­szym szczy­tem Beski­du Żywic­kie­go. Moż­na powie­dzieć, że jest to wstęp do Tatr. Ja miesz­kam rze­czy­wi­ście u stóp tej Góry, ponie­waż z miej­sca, gdzie piszę, od wej­ścia do Babio­gór­skie­go Par­ku Naro­do­we­go dzie­li mnie tyl­ko ok. 1000 metrów.

Sama Zawo­ja nie ma wła­ści­wie żad­nych atrak­cji, nato­miast wszyst­ko rekom­pen­su­ją góry. Rzecz jasna nie ma tu takich fajer­wer­ków jak w Tatrach, więk­szość gór pokry­ta jest gęstym lasem, ale i tak mają swo­je zale­ty – przede wszyst­kim nie ma tutaj tłu­mów. Wczo­raj wdra­pa­łem się na Babią Górę i ku moje­mu duże­mu zasko­cze­niu, gdy przy­je­cha­łem na par­king na Prze­łę­czy Kro­wiar­ki było już bar­dzo wie­le samo­cho­dów. Przy­je­cha­łem wcze­śnie, bo już po 7 rano i pamię­tam, że rok temu o tej porze nie było tam niko­go. Wczo­raj było ina­czej. W dodat­ku, wcho­dząc na Soko­li­cę (czy­li pierw­szy etap podej­ścia na masyw Babiej Góry), nie spo­tka­łem pra­wie niko­go wcho­dzą­ce­go na Górę, ale za to tłu­my ludzi z niej scho­dzi­ły. Jak się oka­za­ło, nie­któ­rzy przy­jeż­dża­ją w nocy, aby zoba­czyć „wschód słoń­ca na Babiej Górze”; jed­nak nie dla mnie wsta­wa­nie o 2 w nocy.

Dzi­siaj nato­miast mam dzień pra­wie wol­ny, ale nie bez­czyn­ny. Zro­bi­łem kil­ku­ki­lo­me­tro­wą pętlę po wsi (zaha­cza­jąc przy tym o las), a potem ze wzglę­du na bolą­ce nogi, wró­ci­łem. Jed­nak zamiast wcho­dzić na górę zafun­do­wa­łem sobie za to wjazd kolej­ką lino­wą na Mosor­ny Groń – bar­dzo cie­ka­we doświadczenie.

Jutro kolej­ny przy­sta­nek – czas na Beskid Niski.

Beskid Śląski

Daw­no nic na blo­gu nie pisa­łem, bo też nie dzie­je się nic, co war­te było­by opi­sa­nia. Teraz jed­nak posta­no­wi­łem odro­bi­nę odku­rzyć kla­wia­tu­rę ze wzglę­du na waka­cyj­ną wycieczkę.

Porząd­nych waka­cji nie mia­łem w zasa­dzie od dwóch lat – wów­czas byłem na krót­kim wyjeź­dzie w Tatrach. Rok temu nigdzie nie poje­cha­łem, ponie­waż pro­gram szko­le­nia nie prze­wi­dy­wał waka­cji :/ w tym roku jest za to tro­chę lepiej i dla­te­go posta­no­wi­łem poje­chać w góry. Daw­niej jeź­dzi­łem co roku na bar­dzo krót­kie zagra­nicz­ne wyciecz­ki, ale teraz jakoś mnie do zagra­nicz­nych sto­lic nie cią­gnie. Zde­cy­do­wa­nie wolę obec­nie przyrodę 🙂

Wybra­łem Beskid Ślą­ski i czę­ścio­wo tak­że Beskid Żywiec­ki. W Beski­dzie Ślą­skim w zasa­dzie nigdy nie byłem. Jako bazę wyciecz­ki wybra­łem Bren­nę. Jest to mała, nie­zbyt cie­ka­wa wio­cha, roz­cią­gnię­ta na dłu­go­ści bli­sko 10 kilo­me­trów w doli­nie rze­ki Bren­ni­cy. Miej­sco­wo­ści (Wisła, Bren­na, Ustroń) w Beski­dzie Ślą­skim sta­ra­ją się ucho­dzić za „kuror­ty”, ale wycho­dzi im to nie­zbyt dobrze i, nie­chęt­nie to przy­zna­ję, ale poza góra­mi nie­wie­le mają do zaofe­ro­wa­nia. W dodat­ku są dosyć brzyd­kie, brud­ne i zawład­nię­te przez wszel­kiej maści tan­de­tę w sty­lu budek z pla­sty­ko­wy­mi ciu­pa­ga­mi &c. Nie­mniej jed­nak Bren­na, pomi­mo wszyst­kich tych dole­gli­wo­ści, jest świet­nym miej­scem wypa­do­wym na szla­ki tury­stycz­ne w Beski­dzie Ślą­skim. Co wię­cej, pomi­mo tury­stycz­ne­go oblę­że­nia, jakie ma miej­sce w doli­nach (tj. w miej­sco­wo­ściach), na szla­kach jest prak­tycz­nie pusto. Oczy­wi­ście, zda­rza­ją się poje­dyn­czy tury­ści, czy też nie­wiel­kie gru­py, ale nie da się tego porów­nać z tym, co dzie­je się o tej porze roku w Tatrach. A prze­cież poje­cha­łem w sierp­niu! Zary­zy­ku­ję stwier­dze­nie, że na samych szla­kach tury­stycz­nych w Beski­dzie Ślą­skim w sierp­niu jest mniej ludzi niż w Tatrach we wrze­śniu (czy­li w zasa­dzie poza sezo­nem). W dodat­ku ja zwy­kle wycho­dzi­łem w góry dosyć wcze­śnie rano, aby unik­nąć upa­łów, dzię­ki temu czę­sto szczy­ty zdo­by­wa­łem samotnie.

Nie­wąt­pli­wie Beskid Ślą­ski nie jest tak uro­kli­wy jak Tatry, jed­nak spo­kój, jaki tam panu­je, wyna­gra­dza te bra­ki. Sto­ki gór w zde­cy­do­wa­nej czę­ści pokry­te są lasa­mi (co latem daje schro­nie­nie przed słoń­cem). Gór­ki nie są może wyso­kie, ale za to czę­sto stro­me i podej­ście pod nie wca­le nie nale­żą do lek­kich i przy­jem­nych. Ale jeśli się spo­koj­nie idzie pod górę, odpo­czy­wa­jąc co pewien czas, to na pew­no się doj­dzie do celu.

W ten spo­sób ja wsze­dłem na Rów­ni­cę, Błat­nią, Bara­nią Górę i Kotarz. Wszyst­kie te miej­sca są war­te polecenia.

W dal­szej kolej­no­ści poje­cha­łem na skraj Beski­du Żywiec­kie­go, a kon­kret­nie w oko­li­ce Babio­gór­skie­go Par­ku Naro­do­we­go. Tam czu­je się już przed­smak Tatr, ponie­waż masyw Babiej Góry jest zde­cy­do­wa­nie wyż­szy (jest to naj­wyż­szy szczyt Beski­du Żywiec­kie­go, a sam Beskid jest dru­gim naj­wyż­szym pasmem gór­skim po Tatrach). Pierw­sze­go dnia zro­bi­łem sobie dłu­gą okręż­ną wyciecz­kę po Par­ku Naro­do­wym, z wizy­tą w schro­ni­sku, rzecz jasna. Następ­ne­go dnia zdo­by­łem samą Babią Górę (a kon­kret­nie Dia­blak, tj. naj­wyż­szy szczyt w masy­wie Babiej Góry), któ­ra nie była aż tak nie­do­stęp­na, jak przy­pusz­cza­łem. Trze­ba tyl­ko wybrać odpo­wied­nią trasę 🙂

Moją wyciecz­kę koń­czę w Jurze Kra­kow­sko-Czę­sto­chow­skiej, skąd wła­śnie piszę. Tutaj mia­łem nadzie­ję obej­rzeć ruiny śre­dnio­wiecz­nych warow­ni. Dotych­czas odwie­dzi­łem zamek Rabsz­tyn, Ogro­dzie­niec, Smo­leń i Ojców. Naj­bar­dziej wido­wi­sko­wy i naj­lep­szy do zwie­dza­nia jest nie­wąt­pli­wie zamek Ogro­dzie­niec, któ­ry jest zacho­wa­ny w bar­dzo dużej czę­ści, ruiny są nie­sły­cha­nie oka­za­łe i robią duże wra­że­nie. Nie­ste­ty wadą zam­ku jest „pod­zam­cze”, gdzie kosz­mar­na pstro­ka­ci­zna i budy z wszel­kie­go rodza­ju tan­de­tą, para­fra­zu­jąc Gom­bro­wi­cza, gwał­cą przez oczy.

Dzi­siaj nato­miast odwie­dzi­łem Ojcow­ski Park Naro­do­wy. Oka­zu­je się, że Ojców w XX-leciu mię­dzy­wo­jen­nym był mało­pol­skim kuror­tem, czymś w rodza­ju uzdro­wi­ska (pew­nie leczo­no się tam z kra­kow­skie­go smo­gu). Z tego powo­du jest dosyć moc­no sko­mer­cja­li­zo­wa­ny (jak na park naro­do­wy), ale i tak jest wart zobaczenia.

Łódź

Rok temu byłem w Tatrach, a teraz nie­ste­ty waka­cji z praw­dzi­we­go zda­rze­nia nie mia­łem. Zamiast tego mia­łem nie­pla­no­wa­ną tygo­dnio­wą wyciecz­kę do Łodzi. Począt­ko­wo wywar­ła na mnie nega­tyw­ne wra­że­nie, bo miej­sce w któ­rym miesz­ka­łem (ul. Legio­nów), wyglą­da­ła jak kali­ska uli­ca Jabł­kow­skie­go, tyle tyl­ko, że dużo dłuż­sza. Ale po bliż­szym przyj­rze­niu Łódź bar­dzo zyskuje.

 

Grobowce Gostyczyny

W Gosty­czy­nie znaj­du­je się mały kośció­łek. Z zewnątrz bar­dzo zwy­czaj­ny, z dachem z bla­cho­da­chów­ki. W środ­ku – o ile dobrze doj­rza­łem – wnę­trze baro­ko­we, cał­kiem cie­ka­we. Według tabli­cy znaj­du­ją­cej się obok kościo­ła począt­ki para­fii się­ga­ją XIII wie­ku. Dooko­ła kościo­ła znaj­du­je się intry­gu­ją­ca kolek­cja gro­bow­ców, zapew­ne jakiś daw­nych miej­sco­wych notabli.

 

Tatry – część czwarta: Droga na Halę Gąsienicową

Tego dnia zasta­na­wia­łem się, czy nie pójść do Czar­ne­go Sta­wu Gąsie­ni­co­we­go, któ­re­go jesz­cze nigdy nie widzia­łem. Nie­ste­ty, pogo­da zde­cy­do­wa­ła inaczej.

Pierw­szym przy­stan­kiem mia­ło być schro­ni­sko „Muro­wa­niec”. Dro­ga roz­po­czy­na się w Kuź­ni­cach. Nie­ste­ty, gdy wysze­dłem ponad poziom lasu oka­za­ło się, że pogo­da nie sprzy­ja do dal­szych wędró­wek. W wyso­kich górach wiał bowiem bar­dzo sil­ny wiatr, któ­ry bar­dzo utrud­niał wędrów­kę. Z tru­dem dosze­dłem więc do schro­ni­ska, a potem zawróciłem.

Tatry – część trzecia: Dolina Roztoki

To było w sobo­tę, 3 paź­dzier­ni­ka. Chy­ba naj­ład­niej­szy dzień od koń­ca lata.

Z same­go rana poje­cha­łem do Pale­ni­cy Biał­czań­skiej. Praw­dę mówiąc, tego się nie spo­dzie­wa­łem; tzn. takie­go tłu­mu. Gigan­tycz­ny par­king przy wej­ściu na dro­gę do Mor­skie­go Oka był już cały zaję­ty (a była 9 rano!). Ja łudzi­łem się, że w paź­dzier­ni­ku nie będzie już tylu tury­stów. Ale się przeliczyłem.

Podob­nie, sądzi­łem naiw­nie, że na dro­dze do Doli­ny Pię­ciu Sta­wów, sto­sun­ko­wo trud­nej i wyczer­pu­ją­cej, na szla­ku dosyć wyma­ga­ją­cym, będzie raczej pusto. A gdzie tam! Idzie się nie­mal­że w procesji.

Przy­kro mi to mówić, cho­ciaż tury­ści gene­ral­nie nie wcho­dzą sobie wza­jem­nie w dro­gę, a nawet zdra­dza­ją wzglę­dem sie­bie pew­ne prze­ja­wy życz­li­wo­ści, to jed­nak naj­gor­sze ze wszyst­kie­go są „zor­ga­ni­zo­wa­ne” wyciecz­ki rodzin­ne, prze­ga­nia­ją­ce sied­mio­lat­ki po skałach.

Są też takie wido­ki, jak na obraz­ku. Na nim, prze­wod­ni­czą­cy wyciecz­ki rodzin­nej, wpy­cha dzie­cia­ka do nosi­deł­ka, coby noworodek

Facet próbuje dzieciaka wepchnąć do nosidełka, pomimo jego wyraźnych sprzeciwów
Facet pró­bu­je dzie­cia­ka wepchnąć do nosi­deł­ka, pomi­mo jego wyraź­nych sprzeciwów

mógł zoba­czyć Doli­nę Pię­ciu Sta­wów. Nie prze­szka­dza­ją mu ryki dziec­ka, ani to, że na dwo­rze było 0ºC.

Nie­ste­ty, ale takie obraz­ki, a przede wszyst­kim te rodzin­ny hor­dy, prze­ży­wa­ją­ce zbio­ro­we unie­sie­nia w górach, przy­po­mi­na­ją mi Brid­get Jones na obie­dzie u „miesz­czań­skich mał­żeństw”. Rodzi­ce ode­rwa­li się na chwi­lę od kom­pu­te­rów, by zabrać dzie­ciar­nię do Zako­pa­ne­go. Męczą sie­bie, dzie­ci i innych tury­stów. Nie mówiąc o tym, że te dzie­cia­ki w koń­cu muszą siu­siu (oby tyl­ko), więc w krza­ki. Pomi­mo tego, że w Par­ku Naro­do­wym jest to suro­wo zabro­nio­ne. Tak samo zresz­tą, jak pale­nie papie­ro­sów, co nie prze­szka­dza „tury­stom” podzi­wiać Wodo­grz­mo­ty Mic­kie­wi­cza z fają w gębie.

Jak już jeste­śmy przy Wodo­grz­mo­tach. Dro­ga do Mor­skie­go Oka jest mono­ton­na i dosyć wyczer­pu­ją­ca mimo tego, że idzie się po asfal­cie. W jed­ną stro­nę idzie się ok. 2 godzin. Przy Wodo­grz­mo­tach skrę­ca się do Doli­ny Roz­to­ki, któ­ra jest nie­sa­mo­wi­ta. Na począt­ku widać nie­wie­le. Z cza­sem jed­nak wycho­dzi się z lasu i już wia­do­mo, dla­cze­go jest to fak­tycz­nie doli­na. Wido­ki są niesamowite.

Na koń­cu – Doli­na Pię­ciu Sta­wów, choć w zasa­dzie jest to dopie­ro poło­wa wycieczki.

Ja tego dnia sze­dłem wła­ści­wie nie­ustan­nie od 9 rano do ok. 17, z drob­ny­mi kil­ku­mi­nu­to­wy­mi przy­stan­ka­mi. Począt­ko­wo mia­łem nadzie­ję, że coś gdzieś zjem. Jed­nak w schro­ni­sku w Doli­nie Pię­ciu Sta­wów nie byłem jesz­cze głod­ny, nato­miast w schro­ni­sku przy Mor­skim Oku tłum był taki, że nie chcia­ło mi się cze­kać w kolej­ce. Poza tym, byłem na tyle zmę­czo­ny, że nie chcia­ło mi się na to Mor­skie Oko nawet patrzeć, ani robić zdjęć.

Nie­bie­ski szlak łączą­cy Doli­nę Pię­ciu Sta­wów i Mor­skie Oko jest bar­dzo wyma­ga­ją­cy (przy­naj­mniej dla mnie). Naj­pierw idzie się ostro w górę, a potem ostro w dół. Scho­dze­nie nie jest wca­le łatwiejsze.

Tatry – część druga: Dolina Strążyska

Dro­ga przez Doli­nę Strą­ży­ska jest łatwa, przy­jem­na i nie­zbyt dłu­ga. Na koń­cu doli­ny znaj­du­je się cha­łu­pa, a w środ­ku coś rekla­mo­wa­ne jako her­ba­ciar­nia, choć jest to raczej bar, gdzie poda­ją lip­to­na w szklan­ce z arco­ro­cu. Wyglą­da może nie­na­dzwy­czaj­nie, ale her­ba­ta z kon­fi­tu­rą z boró­wek jest jed­nak bar­dzo dobra.

Z Pola­ny moż­na pójść do Wodo­spa­du Sikla­wi­ca. Ja tam posze­dłem i przy wodo­spa­dzie byłem zupeł­nie sam. Nie­sa­mo­wi­te uczu­cie. Z resz­tą w samej doli­nie też tłu­mów nie było. Dodam tyl­ko, że było tam wyjąt­ko­wo zim­no, bo idzie się wła­ści­wie cią­gle przez las.

Potem posze­dłem dro­gą nad regla­mi, któ­rej począt­ko­wy frag­ment jest trud­ny (ostro pod górę). Nagro­dą za to są Sar­nie Skał­ki. Dalej posze­dłem tą samą dro­gą, aż do „hote­lu” na Kala­tów­kach. Tam ser­wu­ją świet­ną kwaśnicę.

Mia­łem jesz­cze tro­chę cza­su, więc z Kuź­nic posze­dłem jesz­cze do pustel­ni Albertynów.

Tatry – część pierwsza: Dolina Kościeliska

Dwa dni temu wró­ci­łem z krót­kiej wyciecz­ki w góry. Poje­cha­łem do Zako­pa­ne­go. Jak wia­do­mo, Zako­pa­ne, jako „kurort” budzi mie­sza­ne uczu­cia, ale ma tę dużą zale­tę, że jest dosko­na­łą bazą wypa­do­wą w Tatry, ma dobrą infra­struk­tu­rę tury­stycz­ną, wszę­dzie jest w mia­rę bli­sko, a ja w Tatrach poprzed­nim razem byłem 8 lat temu.

Jestem gorą­cym zwo­len­ni­kiem pocią­gów, ale nie­ste­ty, jeśli chciał­bym jechać do Zako­pa­ne­go tym środ­kiem loko­mo­cji, jechał­bym pew­nie kil­ka­na­ście godzin i musiał­bym zali­czyć z pięć prze­sia­dek (a pomy­śleć, że 8 lat temu moż­na było jechać do Zako­pa­ne­go z Kali­sza pocią­giem zupeł­nie spo­koj­nie i wygod­nie, z jed­ną tyl­ko prze­siad­ką). Oka­za­ło się jed­nak, że z Kali­sza kur­su­je bez­po­śred­ni auto­bus do Zako­pa­ne­go, któ­ry jedzie tyl­ko 7 godzin i nie jest drogi.

Nawia­sem mówiąc, Zako­pa­ne dys­po­nu­je rewe­la­cyj­ny­mi połą­cze­nia­mi auto­bu­so­wy­mi z prak­tycz­nie każ­dym regio­nem kra­ju. Samych auto­bu­sów do Kra­ko­wa jest dzien­nie – lek­ko licząc – oko­ło kil­ku­na­stu. To od razu nasu­wa myśl, jak wiel­kim mar­no­traw­stwem poten­cjal­nych klien­tów wyka­zu­je się kolej, któ­ra mogła­by ten kie­ru­nek zago­spo­da­ro­wać (a do Zako­pa­ne­go jeź­dzi tyl­ko kil­ka pociągów).

Tak więc do Zako­pa­ne­go przy­je­cha­łem 30 wrze­śnia, w śro­dę, wcze­śnie rano. W mie­ście nie­wie­le się zmie­ni­ło w cią­gu ośmiu lat. Jest wie­le miejsc bar­dzo brzyd­kich (jak wszę­dzie), ale i wie­le bar­dzo ład­nych. Nie bra­ku­je zako­piań­skie­go sty­lu (cho­ciaż gdzie­nie­gdzie kry­te­go eter­ni­tem), jak i now­szych budyn­ków, nie­rzad­ko bar­dzo ład­nie wkom­po­no­wa­nych w oto­cze­nie (tak­że na samych Kru­pów­kach). Miło byłem tak­że zasko­czo­ny spo­rą ilo­ścią budyn­ków moder­ni­stycz­nych, cał­kiem uda­nych, z pierw­szej poło­wy XX wieku.

Tury­stycz­nym cen­trum Zako­pa­ne­go są Kru­pów­ki, któ­re budzą skraj­ne emo­cje. Podob­nie, jak Guba­łów­ka. Oba te miej­sca przy­wo­dzą na myśl skrzy­żo­wa­nie noc­ne­go klu­bu z odpu­stem para­fial­nym. Gdy cho­dzi o gastro­no­mię – sta­now­czo Kru­pó­wek nie pole­cam, ja się prze­je­cha­łem. Na plus: zaska­ku­ją­co duży wybór dobrych cukier­ni 🙂 Ceny na pew­no są wyż­sze, niż np. w Kali­szu, cho­ciaż i tak niż­sze niż w dużych mia­stach. Znaj­dzie się coś na każ­dą kieszeń.

Do Zako­pa­ne­go poje­cha­łem przede wszyst­kim by poła­zić po górach, jed­nak w samym mie­ście też jakieś atrak­cje są, cho­ciaż zale­ży, co kto lubi (np. jedy­ne muzeum Karo­la Szy­ma­now­skie­go w wil­li „Atma”). Wadą Zako­pa­ne­go, tak­że jako mia­sta aspi­ru­ją­ce­go do mia­na kuror­tu, są week­en­do­wi „tury­ści”, któ­rzy przy­jeż­dża­ją tam tyl­ko po to, by się urżnąć.

Dość jed­nak o Zako­pa­nym. Dru­gie­go dnia, z same­go rana, poje­cha­łem do Kir, by dru­gi raz odwie­dzić Doli­nę Koście­li­ską. Nadal robi na mnie bar­dzo duże wra­że­nie. To świet­ny szlak w sam raz na roz­grzew­kę (np. dla mnie, czy­li oso­by, któ­ra od pię­ciu lat nie była w górach); choć są to góry, dro­ga pozwa­la na zabra­nie nawet dziec­ka w wózku.

Poje­cha­łem jesie­nią, co oka­za­ło się dobrym cza­sem; tury­stów jest wyraź­nie mniej (cho­ciaż nie wszę­dzie). Pogo­dę mia­łem świet­ną przez pra­wie cały czas, cho­ciaż od rana bywa­ło zim­no (co widać na zdjęciach).

Mdłe barwy

Już w śro­dę roz­po­czął się rok aka­de­mic­ki, dla mnie już V. Jed­nak ja zaję­cia mia­łem tyl­ko w teo­rii, bo w rze­czy­wi­sto­ści praw­dzi­wa pra­ca roz­pocz­nie się od ponie­dział­ku. Ale to na razie nieważne!

Dzi­siaj zno­wu wybra­łem się na rower z myślę, że nie wiem, czy jesz­cze się uda w tym roku. Pogo­da jest bar­dzo abs­trak­cyj­na; gdy­by to było lato, to przy 13 – 15 stop­niach nigdy nie wyszedł­bym z domu, ale teraz nie ma co narze­kać. Rzu­ca się w oczy, że świat jest jak­by uśpio­ny i bar­wy stra­ci­ły blask. To nowe spoj­rze­nie na zdjęcia!

Wczesnojesienne kolory nie są już tak żywe
Wcze­sno­je­sien­ne kolo­ry nie są już tak żywe
Ulubione okolice
Ulu­bio­ne okolice
Prawie jak Chełmoński
Pra­wie jak Chełmoński
Pole
Pole
Mdłe jesienne barwy
Mdłe jesien­ne barwy
Trochę kolorów
Tro­chę kolorów

Poznań

Jutro roz­po­czy­na się rok aka­de­mic­ki. Ale ja swo­ją obec­no­ścią inau­gu­ra­cji nie pla­nu­ję uświet­niać. Mogę sobie potem obej­rzeć w internecie.

Dopie­ro, co roz­po­czy­na­łem pierw­szy rok stu­diów, a już roz­po­czy­nam ostat­ni. Co tu dużo pisać… Zaję­cia, wykła­dy, prak­ty­ki, pra­ca magi­ster­ska – czas zaczy­nać. Zno­wu wyru­szam do Pozna­nia i czu­ję się tro­chę jak hob­bit opusz­cza­ją­cy swo­ją norę. Cho­ciaż to już po raz piąty.

Ostat­nie dni waka­cji tra­dy­cyj­nie na rowerze.

Mgła dzisiaj spowiła Kalisz. Było deszczowo.
Mgła dzi­siaj spo­wi­ła Kalisz. Było deszczowo.
Wczoraj był piękny letni dzień.
Wczo­raj był pięk­ny let­ni dzień.
Jaka to pora roku?
Jaka to pora roku?

Ulica Alberta

Przy­po­mnia­ła mi się dzi­siaj moja wyciecz­ka do Rygi, a w szcze­gól­no­ści jed­no miej­sce – zachwa­la­na przez wszyst­kich – uli­ca Alberta.

Powy­żej znaj­du­je się film z serii Spa­cer z amba­sa­do­rem dostęp­ny na kana­le Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych RP na YouTu­bie. Film jak naj­bar­dziej odda­je cha­rak­ter i atmos­fe­rę Rygi. Mowa w nim tak­że o uli­cy Alber­ta, jako przy­kła­dzie wspa­nia­łej ryskiej secesji.

O uli­cy Alber­ta rzecz jasna mówią wszel­kiej maści prze­wod­ni­ki. Na każ­dej pocz­tów­ce są zdję­cia tam­tej­szych osza­ła­mia­ją­cych kamienic.

Tak więc ja, rusza­jąc do Rygi – mia­łem już w gło­wie obraz: ULICA ALBERTA! Byłem cał­ko­wi­cie prze­ko­na­ny, że rze­czo­na uli­ca jest jakąś olbrzy­mią arte­rią, ser­cem mia­sta, jego duszą itp. itd. Oka­za­ło się jed­nak, że uli­ca Alber­ta jest w cen­trum mia­sta, ale jest to mała ulicz­ka bez zna­cze­nia. Ma nie wię­cej, niż 200 metrów dłu­go­ści, sze­ro­ko­ścią tak­że nie impo­nu­je. Nie miesz­czą się przy niej żad­ne waż­ne insty­tu­cje. Miesz­kań­cy tam nie zaglą­da­ją. Łażą tam­tę­dy jedy­nie tabu­ny turystów.

Praw­dą jest, że pięk­ne kamie­ni­ce fak­tycz­nie tam sto­ją. Mimo to, czu­łem się tro­chę oszu­ka­ny. Byłem wręcz tym zaże­no­wa­ny, bo ta uli­ca choć pięk­na, jest wła­ści­wie wymarła.

Ten budynek we wszystkich przewodnikach reprezentuje ulicę Alberta, ba! - całą Rygę. Ale wcale na ulicy Alberta się nie znajduje.
Ten budy­nek we wszyst­kich prze­wod­ni­kach repre­zen­tu­je uli­cę Alber­ta, ba! – całą Rygę. Ale wca­le na uli­cy Alber­ta się nie znajduje.
Renowacja secesyjnych kamienic jest niebywale droga.
Reno­wa­cja sece­syj­nych kamie­nic jest nie­by­wa­le droga.

UlicaAlberta_3

Ciekawe, czy pięknie jest także w środku?
Cie­ka­we, czy pięk­nie jest tak­że w środku?

UlicaAlberta_7

UlicaAlberta_6

UlicaAlberta_5

Babie lato

Zbli­ża się babie lato, któ­re jest wyjąt­ko­wo sym­pa­tycz­ne. Poran­ki są zim­ne i mgli­ste, ale wciąż jest dosko­na­ła pogo­da do jaz­dy na rowe­rze. Tak jak wczo­raj (25 km) czy dzi­siaj (30 km).

W drodze do Kościelnej Wsi
W dro­dze do Kościel­nej Wsi
Kościelna Wieś
Kościel­na Wieś
Przy tamie
Przy tamie
W Chełmcach - późne lato
W Chełm­cach – póź­ne lato
Komen­tarz nie jest potrzebny

Dawna droga

Od cza­su jak powró­ci­łem z moje­go wyjaz­du waka­cyj­ne­go, nie poje­cha­łem na żad­ną więk­szą rowe­ro­wą wyciecz­kę. Dzi­siaj więc nad­ro­bi­łem 20 km. Jecha­łem tra­są, któ­rej daw­no nie odwie­dza­łem, czy­li przez Żydów i Borek.

Dodam też, że zbli­ża się koniec waka­cji. W sumie jesz­cze dwa tygo­dnie. W te waka­cje zaczą­łem pisać swo­ją pra­cę magi­ster­ską. Choć plan mam zatwier­dzo­ny, nie wiem, na ile robię to dobrze. W dodat­ku wymy­śli­łem sobie bada­nia, któ­re muszę teraz przeprowadzić 🙁 …

Jakoś szcze­gól­nie podo­ba mi się to prze­świe­tlo­ne zdjęcie.

Wielka wyprawa – Tallin i Ryga

W tym roku w waka­cje wybra­łem się do Esto­nii i na Łotwę. Tra­dy­cyj­nie odwie­dzi­łem sto­li­ce: Tal­lin (est. Tal­linn) i Rygę (łot. Riga).

Dłu­go nie mogłem się zde­cy­do­wać, gdzie chcę wyje­chać i wie­le warian­tów bra­łem pod uwa­gę. Chcia­łem jechać gdzieś w mia­rę bli­sko, by podróż nie była zbyt dro­ga i zbyt dłu­ga. Z dru­giej stro­ny – u 4 z 7 sąsia­dów Pol­ski już byłem (pozo­sta­ły mi Sło­wa­cja, Bia­ło­ruś i Rosja). Myśla­łem o tym, czy nie wybrać się ponow­nie do Czech i Węgier, ale jed­nak zwy­cię­żył inny wariant. Jed­ną z przy­czyn wybo­ru Rygi był film, któ­ry obej­rza­łem w inter­ne­cie. A sko­ro mia­łem tłuc się już taki kawał – to trze­ba było od razu zoba­czyć ze dwa miej­sca, więc poje­cha­łem jesz­cze do Tallina.

Dla ści­sło­ści dodam, że naj­pierw dwa peł­ne dni spę­dzi­łem w Tal­li­nie, potem dwa w Rydze, a wra­ca­jąc – jesz­cze na jeden dzień wsko­czy­łem do Bia­łe­go­sto­ku. W podró­ży byłem więc bli­sko 10 dni.

Tallin

Tal­lin jest sto­li­cą Esto­nii. Esto­nia ma nie­co ponad 1 mln 300 tys. miesz­kań­ców, a sto­li­ca też wiel­ka nie jest, ok. 430 tys. Pod tym wzglę­dem podob­na jest tro­chę do Wil­na. Esto­nia nie jest raczej popu­lar­nym kie­run­kiem tury­stycz­nym w Pol­sce, cho­ciaż jest cał­kiem cie­ka­wa. No i nie jest zbyt dale­ko. Auto­bu­sem z War­sza­wy jedzie się 16 – 17 godzin. Pew­nie naj­le­piej jechać tam samo­cho­dem. Dro­gi nie są lep­sze niż w Pol­sce, a estoń­ska auto­stra­da nie jest podob­na do dróg zna­nych u nas, ale ruch jest też znacz­nie mniej­szy. Podob­nie jest na Łotwie. Choć do tam­tej­sze­go sty­lu jaz­dy z pew­no­ścią trze­ba się tro­chę przy­zwy­cza­ić, bo dro­gi są wąskie i powszech­na jest jaz­da po poboczu.

W sto­li­cy Esto­nii miesz­ka­łem w dosyć nie­cie­ka­wym schro­ni­sku mło­dzie­żo­wym. Jego pod­sta­wo­wy­mi wada­mi były dwie kwe­stie: znaj­do­wał się na sta­rów­ce, więc trud­no mi było wyjść gdzieś poza ści­słe cen­trum, bo po pro­stu nie wie­dzia­łem gdzie pójść (i zoba­czyć tro­chę „nor­mal­nej” Esto­nii), a po dru­gie – nie­usta­ją­cy hałas (tzn. w nocy). Nie­ste­ty sta­rów­ki są tam dosyć „żywe”, co spro­wa­dza się do obec­no­ści całe­go mnó­stwa knajp, z któ­rych docho­dzi nie­ustan­ny hałas. Żyć tam raczej nie spo­sób. Poza tym hostel był wyjąt­ko­wo obskurny.

Z dru­giej jed­nak stro­ny – mia­łem bli­sko do wszyst­kich naj­waż­niej­szych atrak­cji, co jest istot­ne, bo komu­ni­ka­cja miej­ska nie jest tam aż tak dobrze roz­wi­nię­ta (i jest droga).

Tal­liń­skie sta­re mia­sto skła­da się z dwóch czę­ści. Pierw­sza, to wzgó­rze Toom­pea, pamiąt­ka naj­star­sze­go osad­nic­twa w tym miej­scu. Tam wła­śnie w głę­bo­kim śre­dnio­wie­czu powsta­ła pierw­sza osa­da estoń­ska, jed­nak począw­szy od XII wie­ku histo­ria Esto­nii to histo­ria ośmiu­set lat oku­pa­cji duń­skiej, szwedz­kiej, rosyj­skiej i w koń­cu radziec­kiej. Ze wzgó­rza roz­cią­ga się pięk­ny kra­jo­braz na resz­tę mia­sta i Morze Bał­tyc­kie, któ­re moż­na podzi­wiać dzię­ki kil­ku tara­som wido­ko­wym, któ­re są tam zlo­ka­li­zo­wa­ne. Na tym wzgó­rzu znaj­du­ją się naj­waż­niej­sze estoń­skie insty­tu­cje, mię­dzy inny­mi par­la­ment i katedra.

U stóp wzgó­rza znaj­du­je się Dol­ne Mia­sto. Jego cen­tral­nym miej­scem jest Plac Ratu­szo­wy. Nie ma tam ryn­ku, nie spo­sób też doszu­kać się jakiejś logi­ki w roz­pla­no­wa­niu ulic. Atrak­cji tury­stycz­nych tam nie brakuje.

Tym, co jest napraw­dę nie­zwy­kłe w Tal­li­nie, są dosko­na­le zacho­wa­ne śre­dnio­wiecz­ne mury miej­skie. Nie­gdyś opla­ta­ły one spo­ry obszar daw­ne­go mia­sta, dzi­siaj moż­na podzi­wiać znacz­ne ich frag­men­ty, wraz z wie­lo­ma basz­ta­mi. War­te odwie­dze­nia są tak­że tune­le pod czę­ścio­wo wybu­do­wa­ny­mi bastionami.

Ryga

Po dwóch dniach spę­dzo­nych w Tal­li­nie uda­łem się do Rygi (było to w sobo­tę). Podróż auto­bu­sem trwa 4,5 godz.

O ile Tal­lin podob­ny jest pod wie­lo­ma wzglę­da­mi to Wil­na, to Ryga – do Buda­pesz­tu. Szcze­gól­nie gdy cho­dzi o żywy nastrój i archi­tek­tu­rę. Jed­nak od sto­li­cy Węgier jest dużo mniej­sza, bo ma ok. 7oo tys. mieszkańców.

Ryga powsta­ła jako osa­da han­dlo­wa. Zosta­ła zało­żo­na w XIII wie­ku przez bisku­pa Alber­ta ze wzglę­du na chęć chry­stia­ni­za­cji tych tere­nów. Nigdy się to do koń­ca nie uda­ło, dzi­siaj zarów­no w Esto­nii jak i na Łotwie więk­szość ludzi nie czu­je się zwią­za­na z żad­ną reli­gią. Tere­ny Łotwy rów­nież prze­cho­dzi­ły z rąk do rąk, ostat­nio (to zna­czy w cią­gu ostat­nich dwu­stu lat) zaj­mo­wa­ne były przez Rosję a póź­niej jako część ZSRR. Ryga aż do I woj­ny świa­to­wej dosko­na­le się roz­wi­ja­ła i była nie­sły­cha­nie boga­tym mia­stem (ze wzglę­du na dogod­ne poło­że­nie dla han­dlu), co zna­la­zło swo­je odzwier­cie­dle­nie w archi­tek­tu­rze. Przez kil­ka­set lat Rygą rzą­dzi­ły gil­die kupieckie.

Waż­ną rolę w roz­wo­ju tere­nów państw bał­tyc­kich ode­gra­ło Brac­two św. Mau­ry­ce­go, zwa­ne tak­że Brac­twem Czar­no­gło­wych. Jego sie­dzi­by moż­na oglą­dać w Tal­li­nie i w Rydze. Było to zrze­sze­nie kup­ców będą­cych kawa­le­ra­mi. Gdy kupiec się żenił (i był wystar­cza­ją­co boga­ty) mógł wstą­pić do Wiel­kiej Gildii.

Waż­ną pamiąt­ką histo­rycz­ną w Rydze jest kate­dra. Budo­wa­na była bli­sko 700 lat. Począt­ko­wo jako obiekt kato­lic­ki, ale w mię­dzy­cza­sie nastą­pi­ła refor­ma­cja. Dzi­siaj jest kate­drą protestancką.

Wyjąt­ko­wo cie­ka­wym obiek­tem jest budy­nek daw­niej zaj­mo­wa­ny przez NKWDKGB, któ­ry wyglą­da, jak­by został opusz­czo­ny przed chwi­lą. Co jest praw­dą, bo komu­ni­stycz­ne służ­by wynio­sły się z nie­go dopie­ro w 1991 roku.

Wszyst­kie zdję­cia dostęp­ne są tutaj.

Wra­ca­jąc zatrzy­ma­łem się na jeden dzień w Bia­łym­sto­ku, któ­ry tak­że jest pięk­ny i pełen atrak­cji. Świet­nie dzia­ła tam wypo­ży­czal­nia rowe­rów – sta­cji jest 30.