Autobiografie”

O Tho­ma­sie Bern­har­dzie już kie­dyś napi­sa­łem kil­ka zdań. Teraz jed­nak zno­wu jest oka­zja, bo wła­śnie skoń­czy­łem czy­tać jego „Auto­bio­gra­fie”.

To nie jest rzecz jasna auto­bio­gra­fia auto­ra w ści­słym zna­cze­niu tego sło­wa. To zde­cy­do­wa­nie powieść, cho­ciaż bar­dzo spe­cy­ficz­na, jak cała twór­czość Bern­har­da. Autor opi­su­je w niej swo­je doświad­cze­nia i obser­wa­cje z cza­sów mło­do­ści i dzie­ciń­stwa. Przy­naj­mniej może­my się domy­ślać, że są to wspo­mnie­nia auto­ra, cho­ciaż rzecz jasna trud­no jed­no­znacz­nie zwe­ry­fi­ko­wać, czy to wszyst­ko autor prze­żył napraw­dę. Jeśli nawet nie wszyst­ko w tej książ­ce to opis życia auto­ra, to na pew­no duża część. W książ­kach jest mowa o rodzi­nie, wie­lo­krot­nych prze­pro­wadz­kach, szko­le, grze na skrzyp­cach, lek­cjach śpie­wu, woj­nie, rela­cjach z rówie­śni­ka­mi, pra­cy i cho­ro­bie płuc. Chy­ba po pro­stu o tym wszyst­kim, co zawa­ży­ło na póź­niej­szym życiu pisarza.

Książ­ka skła­da się wła­ści­wie z pię­ciu mniej­szych czę­ści, któ­re moż­na czy­tać nie­za­leż­nie i któ­re z resz­tą wcze­śniej były wyda­wa­ne osob­no (wcze­śniej prze­czy­ta­łem „Chłód” i „Sute­re­nę” w jakiś przed­po­to­po­wych wyda­niach). W 2019 roku Wydaw­nic­two Czar­ne wyda­ło je jako jeden tom.

Na pierw­szy rzut oka lite­ra­tu­ra Bern­har­da nie wyglą­da zachę­ca­ją­co: dłu­gie zda­nia, brak aka­pi­tów, brak dia­lo­gów, cała książ­ka jako jeden mega­roz­dział. Moż­na powie­dzieć, że to prze­pis na lite­rac­ką kata­stro­fę albo lite­ra­tu­rę dla wąskie­go gro­na mania­ków i maso­chi­stów. Ale tak nie jest. Pomi­mo tego, że autor pisze w sty­lu przy­po­mi­na­ją­cym stru­mień świa­do­mo­ści, to ta jego świa­do­mość nie jest nud­na; wręcz prze­ciw­nie jest pozy­tyw­nie zaska­ku­ją­ca i wcią­ga­ją­ca. Nar­ra­tor snu­je swą opo­wieść, naj­pierw płyn­nie oma­wia wyda­rze­nia z życia, a następ­nie robi zupeł­ny skok w bok – jakąś nie­sa­mo­wi­tą dygre­sję, by po pew­nym cza­sie powró­cić do głów­ne­go nur­tu roz­wa­żań. Ale pomi­mo tego czy­tel­nik nie gubi się fabu­le. Książ­ka jest cie­ka­wa i pomi­mo mało, na pierw­szy rzut oka, przy­stęp­nej for­my, ma się ocho­tę wie­dzieć, co zda­rzy­ło się dalej. Autor opi­su­je swo­je życie, ale tak­że czy­ni wie­le uwag natu­ry ogól­nej, dzie­li się z czy­tel­ni­kiem swo­imi spo­strze­że­nia­mi na temat spo­łe­czeń­stwa i rela­cji mię­dzy­ludz­kich. Poza tym powieść jest cie­ka­wym źró­dłem wie­dzy na temat Austrii, któ­ra nie jest u nas wca­le aż tak znana.

Tho­mas Bern­hard „Auto­bio­gra­fie” • Opis poby­tu w szpi­ta­lu w związ­ku z cho­ro­bą płuc

Wła­ści­wie nie ma tu dia­lo­gów. A jeśli są, to są to dia­lo­gi z samym sobą. W koń­cu moż­na odnieść wra­że­nie, chy­ba słusz­ne, że dla Bern­har­da tyl­ko on sam, ewen­tu­al­nie jego dzia­dek, któ­ry zajął bar­dzo istot­ne miej­sce w jego życiu, był god­nym uwa­gi roz­mów­cą. T.B. nie boi się tego przy­znać, że cała resz­ta ludzi, to po pro­stu głup­cy (ele­ganc­ko to nazywając).

T.B. wspo­mi­na swo­je dzie­ciń­stwo przed woj­ną, w cza­sie woj­ny oraz w dru­giej poło­wie lat 40. Opi­su­je bom­bar­do­wa­nia Sal­zbur­ga, w któ­rym ówcze­śnie miesz­kał. Przy­po­mi­na, jak cho­dził do szko­ły: naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej, w 1945 roku prze­ro­bio­nej na kato­lic­ką (pisze, że róż­ni­ca nie­wiel­ka). Opi­su­je swo­je rela­cje z inny­mi rówie­śni­ka­mi i nauczy­cie­la­mi. Ogól­nie rzecz bio­rąc nie są to wspo­mnie­nia budu­ją­ce. Bie­da, pato­lo­gicz­ne rela­cje z rodzi­ca­mi, czę­ste prze­pro­wadz­ki, złe wyni­ki w szko­le, brak pomy­słu na wła­sną przy­szłość, oto­cze­nie skła­da­ją­ce się z ludzi pod­łych i tępych. I w koń­cu kosz­mar­na cho­ro­ba, poby­ty w szpi­ta­lu w sali dla umie­ra­ją­cych, a na koń­cu w sanatorium-umieralni.

W książ­ce jest tak­że mowa o Austrii przed­wo­jen­nej, następ­nie wcie­lo­nej do Rze­szy nie­miec­kiej; o tym, jak w nie­miec­kiej szko­le T.B. nazy­wa­ny był „Austry­ja­kiem”. Mowa jest tak­że o hitle­row­skich wyjaz­dach waka­cyj­nych dla „trud­nych dzie­ci”, na któ­rych się zna­lazł, z powo­du nie­umie­jęt­no­ści funk­cjo­no­wa­nia w społeczeństwie.

Tho­mas Bern­hard „Auto­bio­gra­fie” • Naro­do­wo­so­cja­li­stycz­ne „kolo­nie” dla dzie­ci z „trud­nych rodzin”

Trau­ma­tycz­ne dzie­ciń­stwo nazna­czo­ne wie­lo­ma przy­kry­mi wyda­rze­nia­mi nie­wąt­pli­wie mia­ło wpływ na życie pisa­rza; nic więc dziw­ne­go, że poświę­cił mu zna­czą­ce dzie­ło. Z innych utwo­rów Bern­har­da bije pesy­mizm i brak złu­dzeń co do ludzi. Twór­czość T.B. to cie­ka­wa pozy­cja w lite­ra­tu­rze dwu­dzie­ste­go wie­ku i przy­dat­ny łącz­nik z przeszłością.

Gołuchów zimą

Zło­śli­wi mówią, że głów­ną atrak­cją Kali­sza jest Gołu­chów, cho­ciaż nie znaj­du­je się w Kali­szu, tyl­ko kil­ka kilo­me­trów dalej, w dodat­ku w powie­cie ple­szew­skim. Gołu­chów to las, zalew, pla­ża, ale przede wszyst­kim zabyt­ko­wy pałac z roz­le­głym par­kiem i arbo­re­tum. No i dodat­ko­we atrak­cje, jak muzeum leśnic­twa czy zagro­da zwie­rząt: żubry, danie­le, dzi­ki itd.

Jak­by się dobrze zasta­no­wić, to w oko­li­cach Kali­sza są jesz­cze inne war­te zoba­cze­nia pała­ce (Lew­ków, Dobrzy­ca), ale Gołu­chów jest naj­le­piej zna­ny. Znaj­du­je się pod opie­ką Muzeum Naro­do­we­go w Pozna­niu. W samym pała­cu znaj­du­ją się war­to­ścio­we zbio­ry, jak choć­by kolek­cja antycz­nych grec­kich waz.

Była to sie­dzi­ba rodo­wa któ­re­goś z ary­sto­kra­tycz­nych pol­skich rodów, ale praw­dę mówiąc, ja się nie wyzna­ję na tych wszyst­kich gene­alo­giach. Wiem tyl­ko, że wła­ści­cie­le Gołu­cho­wa byli sko­li­ga­ce­ni m.in. z wła­ści­cie­la­mi Kór­ni­ka; nie przy­pad­ko­wo tak­że obok obu tych pała­ców znaj­du­je się arboretum.

W Gołu­cho­wie byłem nie raz, ale za to pierw­szy raz zimą i to w dodat­ku w cza­sie, gdy powo­li się ściem­nia­ło. Oto­cze­nie pała­cu zimą jest rów­nie malow­ni­cze, jak latem. Szko­da tyl­ko, że nie było śnie­gu. Ale pew­nie jesz­cze tam wrócę.

Pałac od dru­giej strony

Gołu­chów latem: Do Gołu­cho­wa – lipiec 2011

Zima i śnieg

Na prze­ło­mie lute­go i stycz­nia moż­na powie­dzieć, że wresz­cie poja­wi­ła się zima. Tem­pe­ra­tu­ry znacz­nie spa­dły i spadł śnieg. Nie wia­do­mo, na jak dłu­go, więc trze­ba te oko­licz­no­ści przy­ro­dy uwiecz­nić na zdjęciach.

Wreszcie zima

Pomi­mo wszyst­kich klęsk któ­re przy­niósł rok 2020, pogo­do­wo nie było aż tak źle, jak w latach poprzed­nich. Przede wszyst­kim nie było takiej strasz­nej suszy, jak w kil­ku wcze­śniej­szych latach. Wio­sną i latem padał deszcz. Na łąkach poja­wi­ły się kwia­ty. Poza tym, nie było też takich wiel­kich upa­łów jak w kil­ku poprzed­nich latach i nie były aż tak intensywne.

Widok na Pro­snę od stro­ny Par­ku Miej­skie­go w Kaliszu

Zima zapo­wia­da­ła się byle­jak, czy­li tak, jak od jakiś kil­ku lat. Czy­ta­łem, że ostat­nio śnieg na Świę­ta Boże­go Naro­dze­nia był 2012 roku. Jest to cał­kiem moż­li­we. Zimy są ostat­nio krót­kie, suche i łagod­ne. Nie ma wiel­kich mro­zów. Podob­nie w tym roku, jesz­cze w grud­niu cały czas tem­pe­ra­tu­ra była dodat­nia, spo­ra­dycz­nie spa­da­ła poni­żej 0. Pierw­szy raz mi się zda­rzy­ło, żebym w grud­niu, w trak­cie urlo­pu, jeź­dził na rowe­rze – było kil­ka stop­ni cie­pła i pogo­da to umożliwiała.

Od kil­ku już lat praw­dzi­wie zimo­wa pogo­da przy­cho­dzi dopie­ro na począt­ku nowe­go roku. Tak było rów­nież w tym roku. Ale nie tyl­ko jest mróz, ale rów­nież nawet spadł śnieg. Nie­wie­le, ale zawsze coś. Moż­na było zro­bić kil­ka zdjęć.

A podob­no tej nocy ma przyjść „bestia ze wscho­du”, czy­li tem­pe­ra­tu­ra ma spaść do minus kil­ku­na­stu stop­ni poni­żej zera. Teraz robi to na nas wra­że­nie. Ale pamię­tam, jak jesz­cze w cza­sach lice­al­nych tem­pe­ra­tu­ra w sty­lu ‑20 nie była niczym nadzwyczajnym.

Zima w poprzed­nich latach:

gru­dzień 2018

luty 2016

sty­czeń 2016

gru­dzień 2015

gru­dzień 2014

gru­dzień 2012

gru­dzień 2011

gru­dzień 2010

gru­dzień 2009


Wresz­cie na koniec:
w cze­lu­ściach kom­pu­te­ra zna­la­złem kil­ka zdjęć zimy z 2012 roku.

Wspomnienie z Rogalina

Pałac w Rogalinie

Roga­lin znaj­du­je się pod Pozna­niem. Pałac był sie­dzi­bą rodo­wą Raczyń­skich. Wię­cej na jego temat moż­na zna­leźć na stro­nie inter­ne­to­wej muzeum, któ­re nim obec­nie zarzą­dza. Nie­opo­dal znaj­du­je się tak­że pałac w Kór­ni­ku, o bar­dzo cie­ka­wej archi­tek­tu­rze i pięk­nym ogro­dzie wokół. Nie­ste­ty zwie­dza­nie temu pała­cu koja­rzy mi się głów­nie z muze­al­ny­mi kap­cia­mi, któ­rych zakła­da­nie jest trau­mą na całe życie.

W środ­ku roga­liń­skie­go pała­cu nigdy nie byłem. Ale war­te zoba­cze­nia są tere­ny wokół nie­go, mię­dzy inny­mi baro­ko­wy ogród. Jest tam pięk­nie o każ­dej porze roku. Byłem tam zarów­no latem, jak i póź­ną jesie­nią. Te zdję­cia zro­bi­łem w listo­pa­dzie 2020 roku; jesień była już zaawan­so­wa­na. Z powo­du epi­de­mii wokół było zupeł­nie pusto, choć była to sobota.

Cie­ka­wy jest nie tyl­ko sam ogród pała­co­wy. Parę­set metrów za nim znaj­du­ją się roga­liń­skie dęby. War­to tak­że zejść nad roz­le­wi­ska War­ty i malow­ni­cze starorzecze.

Na styku trzech województw (Byczyną, Bolesławiec)

W Byczy­nie mia­łem oka­zję być już dwa razy, ale to takie miej­sce, do któ­re­go chce się wra­cać (podob­no dru­gie takie to Chełm­no, ale nie­ste­ty nie mia­łem jesz­cze oka­zji go zoba­czyć). O tym mia­stecz­ku już pisa­łem jakiś czas temu.

Z Kali­sza na połu­dnie pro­wa­dzi dro­ga woje­wódz­ka numer 450. Dro­ga for­mal­nie łączy Kalisz z Wie­ru­szo­wem, ale w rze­czy­wi­sto­ści cią­gnie się jesz­cze kil­ka kilo­me­trów dalej i za Opa­to­wem łączy się z dro­gą kra­jo­wą numer 11 bie­gną­cą w kie­run­ku Ślą­ska. Tak więc ta dro­ga w więk­szo­ści prze­bie­ga przez woje­wódz­two wiel­ko­pol­skie, ale na pew­nym odcin­ku prze­ci­na tak­że woje­wódz­two Łódz­kie (w koń­cu Wie­ru­szów jest w woj. łódz­kim). Nato­miast kil­ka kilo­me­trów od miej­sca, gdzie ta dro­ga krzy­żu­je się z dro­gą kra­jo­wą, roz­po­czy­na się woje­wódz­two opol­skie. W tym rejo­nie jest kil­ka cie­ka­wych miejsc, nawet jeśli na pierw­szy rzut oka wyglą­da odpychająco.

Byczy­ną znaj­du­je się w woje­wódz­twie opol­skim, wła­ści­wie na gra­ni­cy Opolsz­czy­zny z Wiel­ko­pol­ską. Ale kil­ka kilo­me­trów wcze­śniej, za Wie­ru­szo­wem, znaj­du­je się miej­sco­wość Świę­ty Roch, a w niej zabyt­ko­wy drew­nia­ny kościół p.w. św. Rocha. Wokół kościo­ła znaj­du­je się cmen­tarz, a na nim potęż­ne drzewa.

Kościół św. Rocha w miej­sco­wo­ści Św. Roch nie­opo­dal Wieruszowa

O Byczy­nie trud­no coś wię­cej napi­sać. Moż­na przez kil­ka­dzie­siąt minut powę­dro­wać po byczyń­skiej sta­rów­ce (zupeł­nie auten­tycz­nej), oto­czo­nej impo­nu­ją­cy­mi śre­dnio­wiecz­ny­mi mura­mi. Od mojej ostat­niej wizy­ty w mia­stecz­ku pół­to­ra roku temu nic się wła­ści­wie nie zmie­ni­ło, poza tym, że z racji epi­de­mii wszyst­ko jest wła­ści­wie w tej chwi­li zamknię­te. Nie­mniej jed­nak cały czas robi spo­re wrażenie.

W tym samym cza­sie, w któ­rym odkry­łem Byczy­nę, dowie­dzia­łem się tak­że o znaj­du­ją­cym się nie­opo­dal Bole­sław­cu (nad Pro­sną, w odróż­nie­niu od bar­dziej zna­ne­go Bole­sław­ca w woj. dol­no­ślą­skim). Aby doje­chać do Bole­sław­ca, nale­ży jesz­cze w woje­wódz­twie wiel­ko­pol­skim zje­chać z dro­gi kra­jo­wej numer 11 (nie­opo­dal miej­sca, w któ­rym do tej dro­gi docho­dzi DW 450) i poje­chać na wschód. Po dro­dze mija się Pro­snę, któ­ra wła­ści­wie sta­no­wi gra­ni­cę pomię­dzy woje­wódz­twa­mi wiel­ko­pol­skim i łódz­kim. Sam Bole­sła­wiec poło­żo­ny jest już w woje­wódz­twie łódzkim.

Tak ta dro­ga powin­na wyglą­dać przy­naj­mniej zazwy­czaj; obec­nie z powo­du remontu/budowy mostu na Pro­śnie, naj­prost­sza dro­ga jest zamknię­ta dla ruchu i trze­ba jechać tra­są okrężną.

W Bole­sław­cu znaj­du­je się inna zabyt­ko­wa śre­dnio­wiecz­na atrak­cja, tj. basz­ta wznie­sio­na przez Kazi­mie­rza Wiel­kie­go. W śre­dnio­wie­czu był to ele­ment for­ty­fi­ka­cji posa­do­wio­nych na gra­ni­cach ówcze­snej Pol­ski. W Wiel­ko­pol­sce nie ma wie­lu tego rodza­ju zabyt­ków. Podob­na Basz­ta znaj­du­je się też w Ostrzeszowie.

Pod­su­mo­wa­niem wyciecz­ki była krót­ka wizy­ta w Kęp­nie i w Ostrze­szo­wie. W Kęp­nie do cie­ka­wych zabyt­ków nale­ży zam­ko­wa pocz­ta i ruiny syna­go­gi (ruiny – nie­ste­ty). W Ostrze­szo­wie, poza wspo­mnia­ną basz­tą, wart zoba­cze­nia jest tak­że kościół farny.

Nie była to może naj­cie­kaw­sza z moich wycie­czek, ale trud­no wymy­ślić coś lep­sze­go w cza­sach pan­de­mii, gdy wszyst­kie atrak­cje są pozamykane.

Puszcza Pyzdrska – cz. I

Tytuł wpi­su zawie­ra dopi­sek „część I”, cho­ciaż nie wiem, czy będzie kolej­na, ani kiedy.

Pusz­cza Pyz­dr­ska jest dla mnie tema­tem, do któ­re­go zabie­ram się już od kil­ku lat i cią­gle mam poczu­cie nie­do­sy­tu. Nadal wiem o niej bar­dzo nie­wie­le, cho­ciaż ostat­nio moja wie­dza odro­bi­nę się zwięk­szy­ła za spra­wą odpo­wied­niej książ­ki. Pro­blem z Pusz­czą pole­ga na tym, że jest tere­nem sto­sun­ko­wo roz­le­głym, sła­bo zba­da­nym, trud­no dostęp­nym; nie uda­ło mi się też zna­leźć porząd­nej mapy. I jeśli ktoś chce „jechać do Pusz­czy Pyz­dr­skiej” to od raz ma pro­blem, bo tak napraw­dę nie wia­do­mo, dokąd jechać, któ­ry wyci­nek chce zoba­czyć. Myślę, że opty­mal­nym roz­wią­za­niem było­by ją zwie­dzać na rowe­rze, cho­ciaż dla mnie jest to na razie marze­nie nie­osią­gal­ne, bo musiał­bym ten rower jakoś zata­chać, a nie mam jak.

Okre­śle­nie „Pusz­cza” jest tro­chę na wyrost, ponie­waż na pew­no nie jest to praw­dzi­wa pusz­cza w zna­cze­niu przy­rod­ni­czym. Lasy na tym tere­nie są roz­le­głe, ale poszat­ko­wa­ne; nie ma też co ukry­wać, że od stro­ny walo­rów przy­rod­ni­czych nie są zbyt atrak­cyj­ne (sosny-zapał­ki), ale wyni­ka to z warun­ków gle­bo­wych. O tym też dowie­dzia­łem się z książ­ki (biblio­gra­fia poniżej).

Pusz­cza bie­rze swą nazwę od Pyzdr, małe­go mia­stecz­ka w cen­tral­nej Wiel­ko­pol­sce, ze śre­dnio­wiecz­nym rodo­wo­dem. Mia­stecz­ko jest małe, ale uro­kli­we. W prze­ci­wień­stwie do wie­lu podob­nych mia­ste­czek, wspa­nia­ło­myśl­nie nie zosta­ło prze­rżnię­te dro­gą kra­jo­wą albo auto­stra­dą (patrz pato­lo­gicz­ne przy­kła­dy z Mało­pol­ski, o czym już kie­dyś pisa­łem). W dodat­ku na Ryn­ku jest peł­no drzew. Moda na zamie­nia­nie mało­mia­stecz­ko­wych ryn­ków w beto­no­we kle­pi­ska tutaj jakoś nie dotar­ła (por. histo­rię ze Sta­wi­szy­na, mia­stecz­ka na połu­dnio­wym krań­cu Puszczy).

Pusz­cza Pyz­dr­ska to teren na pery­fe­riach powia­tu wrze­siń­skie­go, ple­szew­skie­go, koniń­skie­go i kali­skie­go. Jej pół­noc­na gra­ni­ca wyzna­czo­na jest przez War­tę, a zachod­nia przez Pro­snę (nie­opo­dal Pyzdr Pro­sna wpa­da do War­ty). Połu­dnio­we gra­ni­ce znaj­du­ją się na pół­noc od Kali­sza, w oko­li­cach wła­śnie Sta­wi­szy­na i Zbier­ska. Ze wschod­nią gra­ni­cą jest trud­niej, ale mniej wię­cej jest nią dro­ga kra­jo­wa nr 25 Kalisz-Konin. Więk­sze ośrod­ki to Pyz­dry, Chocz, Gizał­ki, Gro­dziec, Zagó­rów. Teren pokry­ty jest lasa­mi, mokra­dła­mi, polami.

Te tere­ny, dzi­siaj moc­no wylud­nio­ne, przez kil­ka­set lat były obsza­rem osad­nic­twa „olę­der­skie­go”, tj. były zasie­dla­ne przez przy­by­szów z Euro­py Zachod­niej (z dzi­siej­szych Nie­miec, Holan­dii). Osad­ni­cy osie­dla­li się w I Rzecz­po­spo­li­tej mię­dzy inny­mi ze wzglę­du na swo­bo­dy wyzna­nio­we, cho­ciaż jest to spra­wa bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. Stąd do dzi­siaj w lasach Pusz­czy moż­na odna­leźć sta­re cmen­ta­rze, na któ­rych znaj­du­ją się nagrob­ki z napi­sa­mi po nie­miec­ku. Osad­ni­cy przy­wo­zi­li na zie­mie pol­skie nowe tech­ni­ki rol­nic­twa i zwy­cza­je. Przez poko­le­nia współ­eg­zy­sto­wa­li z lud­no­ścią polską.

Póź­niej nastą­pi­ło mniej wię­cej to, co w Beski­dzie Niskim. Po II woj­nie świa­to­wej posta­no­wio­no się pozbyć „ele­men­tu nie­pew­ne­go”. Tak więc podob­nie jak Beskid Niski, Pusz­cza Pyz­dr­ska spo­wi­ta jest deli­kat­ną mgieł­ką tajem­ni­czo­ści. Pery­fe­ryj­ność tych tere­nów spra­wia, że Pusz­cza leży zde­cy­do­wa­nie poza szla­ka­mi kra­jo­znaw­czy­mi, cho­ciaż są w niej cie­ka­we miejsca.

Już kil­ka razy pró­bo­wa­łem zwie­dzać Pusz­czę; ze sła­by­mi rezul­ta­ta­mi, bo nigdy nie wia­do­mo, gdzie tak napraw­dę jechać. Parę dni temu posta­no­wi­łem poje­chać w kie­run­ku jej pół­noc­nych krań­ców, omi­ja­jąc wła­ści­wie część leśną.

Jecha­łem dro­gą woje­wódz­ką z Kali­sza w kie­run­ku Wrze­śni. Na począt­ku zatrzy­ma­łem się na kil­ka minut w Cho­czu. Wie­le razy prze­jeż­dża­łem przez tę wieś, tym razem posta­no­wi­łem poświę­cić jej 15 minut i przejść się po tam­tej­szym rynku.

Dalej poje­cha­łem na pół­noc. Ze wzglę­du na poczu­cie lokal­ne­go patrio­ty­zmu, posta­no­wi­łem tro­chę lepiej poznać Pro­snę. Nie wiem, gdzie się zaczy­na, ale teraz przy­naj­mniej już wiem, gdzie się koń­czy. Ucho­dzi do War­ty w oko­li­cach Pyzdr. Jest to miej­sce war­te odwie­dze­nia ze wzglę­dów przy­rod­ni­czych. Spo­tka­łem tam nawet jelenie.

Z poczu­cia obo­wiąz­ku na chwi­lę wstą­pi­łem do Pyzdr. Kil­ka lat temu zwie­dzi­łem je dogłęb­nie (cał­kiem cie­ka­we jest muzeum znaj­du­ją­ce się w budyn­ku daw­ne­go klasz­to­ru). Teraz tyl­ko się prze­sze­dłem po cen­trum mia­stecz­ka. Drze­wa na ryn­ku nadal są, moż­na jechać dalej.

W koń­cu musia­łem zje­chać z głów­nej dro­gi w kie­run­ku wła­ści­wej Pusz­czy. Uda­łem się w kie­run­ku Wrąb­czyń­skich Holen­drów. Obec­nie wieś niczym się nie wyróż­nia i pew­nie nie zwró­cił­bym na nią uwa­gi, gdy­bym wcze­śniej nie czy­tał o osad­nic­twie na tych tere­nach. Znaj­du­je się w niej kapli­ca, w daw­nym zbo­rze ewan­ge­lic­kim. Wyglą­da zupeł­nie ina­czej, niż kato­lic­kie kościo­ły drew­nia­ne – ude­rza pro­sto­tą. Wła­ści­wie nie wyglą­da jak kościół. Tro­chę przy­po­mi­na szko­łę z „Ani z Zie­lo­ne­go Wzgórza”. 

Kościół poewan­ge­lic­ki we Wrąb­czyń­skich Holen­drach. Zwra­ca uwa­gę jego prostota.

Póź­niej posta­no­wi­łem udać się w kie­run­ku mokra­deł poło­żo­nych nad brze­giem War­ty, obję­tych Nad­war­ciań­skim Par­kiem Kra­jo­bra­zo­wym. Jeśli ktoś ma dużo cza­su, mógł­by tam wędro­wać bar­dzo dłu­go, bo teren jest roz­le­gły i przy­rod­ni­czo uroz­ma­ico­ny: jest rze­ka, łąki, pola, mokra­dła itd. Ja wybra­łem się szla­kiem tury­stycz­nym czer­wo­nym od stro­ny Wrąb­czyń­skich Holen­drów w kie­run­ku Lądu. Z bra­ku czas nie dosze­dłem do Lądu, bo wyma­ga­ło­by to znacz­nie dal­szej wędrówki.

Roz­le­wi­ska nad War­tą widzia­ne od stro­ny Cią­że­nia (czy­li po prze­ciw­nej stro­nie War­ty niż jest poło­żo­na Pusz­cza Pyz­dr­ska). Zdję­cie wyko­na­ne w mar­cu 2017 roku.

Następ­nym razem chciał­bym zwie­dzić Pusz­czę bli­żej jej środka.


Zobacz także więcej zdjęć

Zapo­mnia­ne cmen­ta­rze w Pusz­czy Pyzdrskiej

Pocy­ster­ski zespół klasz­tor­ny w Lądzie

Wię­cej zdjęć Pyzdr

Linki:

Literatura:

Półwysep Helski

Rok temu jesie­nią byłem na wyciecz­ce w Trój­mie­ście. O ile w górach byłem nie raz, o tyle wybrze­ża zupeł­nie nie znam. Od daw­na mia­łem ocho­tę poje­chać nad morze. W Trój­mie­ście byłem wie­le lat temu i to tyl­ko przez chwi­lę, prze­jaz­dem, nicze­go wła­ści­wie nie widziałem.

Na wyciecz­kę poje­cha­łem pocią­giem, bo chcia­łem się poczuć jak w moich mniej­szych i więk­szych podró­żach w cza­sie studiów.

Wyjazd był uda­ny, ale i tak mam wra­że­nie, że wszyst­ko widzia­łem tyl­ko powierz­chow­nie, bo nie było cza­su na wię­cej zwie­dza­nia. Po takim wyjeź­dzie mam jesz­cze więk­szą ocho­tę zno­wu tam poje­chać. Żału­ję, że w Gdań­sku byłem tyl­ko jeden dzień. Nato­miast spo­śród miast naj­bar­dziej podo­ba­ła mi się Gdynia.

Poje­cha­łem pocią­giem na Pół­wy­sep Hel­ski. Przy­ro­da nad Bał­ty­kiem zimą jest chy­ba jesz­cze pięk­niej­sza niż o innych porach roku. W dodat­ku nie jest wca­le tak zim­no (cho­ciaż jest wiatr), no i powie­trze jest czy­ste. Żału­ję, że byłem tam tyl­ko kil­ka godzin.

Zdję­cia z grud­nia 2019 roku.


W tym roku tak­że pla­no­wa­łem na prze­ło­mie listo­pa­da i grud­nia poje­chać do Trój­miast, mia­łem już nawet zare­zer­wo­wa­ne wszyst­kie noc­le­gi. Nie­ste­ty epi­de­mia spra­wi­ła, że musia­łem wszyst­ko odwo­łać. Pozo­sta­ło mi spę­dzić urlop w domu.

Reaktywacja

To już kolej­na reak­ty­wa­cja tej stro­ny; jak widać, jesz­cze się jakoś trzyma.

Tym razem koniecz­na była nawet zmia­na adre­su (obec­ny: www.silvarerum.eu – doro­bi­łem się wła­snej dome­ny). Stro­na przez bli­sko rok była nie­do­stęp­na, ponie­waż w listo­pa­dzie 2019 roku został zli­kwi­do­wa­ny dotych­cza­so­wy dostaw­ca hostin­gu (boo.pl), na któ­rym trzy­ma­łem stro­nę inter­ne­to­wą przez ponad 10 lat. Potem nie mia­łem cza­su zająć się nowym hostin­giem. W dodat­ku, od kil­ku już lat nie sie­dzę już w two­rze­niu stron inter­ne­to­wych, więc nie ma co ukry­wać, że wysze­dłem z wpra­wy, a zro­bie­nie cze­go­kol­wiek ambit­niej­sze­go prze­kra­cza­ło moje moż­li­wo­ści. Jed­nak po roku uda­ło mi się wygo­spo­da­ro­wać tro­chę cza­su, aby posta­wić stro­nę na nowo. Ku moje­mu zdzi­wie­niu, nawet mi się to udało.

Plu­sem nowe­go hostin­gu jest to, że ma o wie­le wię­cej miej­sca (pamię­ci) i teraz będę mógł wrzu­cać zdję­cia do oporu.

Na stro­nie pew­nie nie będzie już żad­nych dłuż­szych wpi­sów, bo nie chcę nic pisać. Wystar­cza­ją­co jest dużo bzdur w inter­ne­cie. Ale od cza­su do cza­su będę tu wrzu­cać zdję­cia – tego mi naj­bar­dziej bra­ko­wa­ło. Może będę dzie­lił się krót­ki­mi rela­cja­mi z wycie­czek, któ­re lubię jesz­cze bardziej.

Stro­na cały czas jest w fazie „migra­cji”. Przez pewien czas mogą wystę­po­wać pro­ble­my tech­nicz­ne. Moż­li­we, że sta­re lin­ki nie dzia­ła­ją. Będę pra­co­wać nad nowym wyglądem.

W razie pro­ble­mów lub uwag pro­szę o kon­takt za pośred­nic­twem for­mu­la­rza kon­tak­to­we­go albo przez komen­ta­rze pod postami.

Martwa natura z książkami.
Mar­twa natu­ra z książ­ka­mi autor­stwa nie­zna­ne­go mistrza holen­der­skie­go (ok. 1628).

Byczyna i Jawor

Byczy­na i Jawor mają ze sobą spo­ro wspól­ne­go. Oba mia­stecz­ka znaj­du­ją się na Ślą­sku: Byczy­na na Opolsz­czyź­nie, a wła­ści­wie na gra­ni­cy z Wiel­ko­pol­ską, zale­d­wie kil­ka kilo­me­trów od gra­nicz­nej rze­ki Pro­sny. Nato­miast Jawor znaj­du­je się w środ­ko­wej czę­ści Dol­ne­go Ślą­ska. Oba te mia­stecz­ka są dosyć małe. Byczy­na, to wła­ści­wie wieś – ma ok. 5.000 miesz­kań­ców. Jawor jest czte­ro­krot­nie więk­szy, ale to wciąż małe mia­stecz­ko – ma ok. 20.000 mieszkańców.

W obu tych mia­stecz­kach znaj­du­ją się bar­dzo cie­ka­we zabyt­ko­we obiek­ty, na doda­tek tro­chę zapo­mnia­ne. Byczy­nę odkry­łem kie­dyś przy­pad­kiem, gdy jecha­łem z Wiel­ko­pol­ski w stro­nę Beski­du Ślą­skie­go. Przy dro­dze łączą­cej Kęp­no z Klucz­bor­kiem znaj­du­je się ta nie­po­zor­na miej­sco­wość. W mia­stecz­ku znaj­du­ją się świet­nie zacho­wa­ne śre­dnio­wiecz­ne mury miej­skie – jest to chy­ba zupeł­ny uni­kat na ska­lę euro­pej­ską, ponie­waż nie ma wie­lu miast, gdzie nie­mal w cało­ści zosta­ły zacho­wa­ne ory­gi­nal­ne mury miej­skie. W Byczy­nie tak wła­śnie jest. Rów­nie duże frag­men­ty zacho­wa­nych murów miej­skich widzia­łem tyl­ko w Tal­li­nie. Do tego docho­dzą mury zacho­wa­ne ory­gi­nal­ne wie­że. W środ­ku znaj­du­je się typo­wy śre­dnio­wiecz­ny układ urba­ni­stycz­ny z Ryn­kiem i odcho­dzą­cy­mi od nie­go wrze­cio­no­wa­to ulicami.

War­te są zoba­cze­nia tak­że ratusz i kościół ewan­ge­lic­ki – jed­nak raczej tyl­ko z zewnątrz. Jed­nak już sam układ urba­ni­stycz­ny jest wart zoba­cze­nia. W mie­ście dowie­dzia­łem się tak­że o bitwie pod Byczyną.

Jed­nak poten­cjał mia­stecz­ka nie jest wyko­rzy­sta­ny. Trud­no zna­leźć infor­ma­cje o nim gdzie­kol­wiek, ja dowie­dzia­łem się zupeł­nie przy­pad­ko­wo. Poza tym, pomi­mo tak cie­ka­wych walo­rów histo­rycz­nych i urba­ni­stycz­nych, mia­stecz­ko jest raczej zapuszczone. 

Przy­po­mi­na­ją mi się sło­wa Wła­dy­sła­wa Kościel­nia­ka z „Wędró­wek po moim Kali­szu”, któ­re brzmia­ły mniej wię­cej tak: tury­ści przy­jeż­dża­ją do Kali­sza i na począt­ku są zachwy­ce­ni. Jed­nak po 2 – 3 dniach widzą wię­cej i zmie­nia­ją zdanie.

Nie­wąt­pli­wie to odno­si się do Byczy­ny, a tak­że do Jawo­ra, o czym za chwi­lę. Jed­nak zauro­cze­nie mija nie po 2 – 3 dniach, ale raczej po ok. 1 godzi­nie. Jak­kol­wiek mia­stecz­ka te są bar­dzo cie­ka­we, to jed­nak spra­wia­ją wra­że­nie zanie­dba­nych i nieuporządkowanych.

Jawor stał się sław­ny na cały świat dzię­ki Kościo­ło­wi Poko­ju (dru­gi znaj­du­je się w Świd­ni­cy), wpi­sa­ne­mu na listę dzie­dzic­twa UNESCO. Jest to ponad 300-let­ni drew­nia­ny kościół pro­te­stanc­ki. Oto­czo­ny pięk­nym par­kiem, powsta­łym na miej­scu daw­ne­go cmentarza.

Kościół Poko­ju nie znaj­du­je się bez­po­śred­nio na „sta­rów­ce”, co wyni­ka­ło z usta­leń poczy­nio­nych w trak­cie poko­ju west­fal­skie­go koń­czą­ce­go woj­nę trzy­dzie­sto­let­nią. Z zało­że­nia kościół pro­te­stanc­ki miał się znaj­do­wać poza ówcze­snym mia­stem. Ale dzi­siaj jest atrak­cją i tak, ponie­waż jest wspa­nia­łym zabyt­kiem, świa­dec­twem histo­rii Ślą­ska. Wra­że­nie rów­nież robi fakt, że jest w cało­ści drew­nia­ny, a pomie­ścić może i tak ok. 6.000 osób.

Dal­sza część Jawo­ra nie robi już takie­go pozy­tyw­ne­go wra­że­nia. Jawor­ska „sta­rów­ka” podob­na jest do kali­skiej, tzn. jest rów­nie zapusz­czo­na, cho­ciaż jest mniej­sza (samo mia­sto też jest o wie­le mniej­sze). Na Ryn­ku znaj­du­je się bar­dzo ład­ny ratusz, nie­pro­por­cjo­nal­nie duży jak na tak małe mia­sto. Na obrze­żach sta­rów­ki znaj­du­ją się tak­że nie­re­mon­to­wa­ne, sypią­ce się kamie­ni­ce, a pomię­dzy nimi śmie­ci i samo­cho­dy. Pozy­tyw­nie na tym tle odci­na się wize­ru­nek Sądu Rejonowego.

Naj­gor­sze wra­że­nie jed­nak spra­wia zamek, a wła­ści­wie jego ruiny, gdyż jest zde­wa­sto­wa­ny a okna są zabi­te dyk­tą. Z oko­lic zam­ku roz­po­ście­ra się ład­ny widok na oko­li­cę, ale nie­ste­ty nie mogłem obej­rzeć go w peł­ni, ponie­waż wie­ża wido­ko­wa aku­rat była zamknięta.

Tak więc i Byczy­nę, i Jawor, a w pew­nym stop­niu rów­nież Kalisz, łączy to, że są to ośrod­ki, któ­re mają coś cie­ka­we­go do zaofe­ro­wa­nia, ale nie potra­fią tego wyko­rzy­stać. Do tego są zanie­dba­ne. Nie­mniej jed­nak i Jawor, i Byczy­nę, war­to zobaczyć.

Ściana tekstu

Tho­mas Bern­hard „Kal­kwerk”

W cią­gu ostat­nie­go cza­su, za spra­wą arty­ku­łu na temat Tho­ma­sa Bern­har­da, któ­ry uka­zał się w „Poli­ty­ce”, zazna­jo­mi­łem się odro­bi­nę z twór­czo­ścią tego austriac­kie­go pisa­rza. Dotych­czas prze­czy­ta­łem dwie jego książ­ki „Chłód” oraz „Kal­kwerk”. Na pierw­szy rzut oka trud­no powie­dzieć, czy jest to lite­ra­tu­ra cięż­ka czy lek­ka. Raczej nie jest dla każ­de­go. Ksią­żecz­ki same w sobie są bar­dzo cien­kie (te, któ­re prze­czy­ta­łem do tej pory). Ale jak już się jakąś otwo­rzy, to w środ­ku cze­ka na nas dosłow­nie ścia­na tek­stu. Autor nia bawi się w dia­lo­gi, w aka­pi­ty, w krót­kie zda­nia. Zda­nia na jed­ną stro­nę są tutaj nor­mą. Wyda­wa­ło­by się, że tego typu lite­ra­tu­ra to prze­pis na odstrę­cze­nie czy­tel­ni­ka. Oka­zu­je się, jed­nak, że pomi­mo bra­ku dia­lo­gów, książ­ki da się czy­tać, a nawet są dosyć cie­ka­we. Pomi­mo tego, że jest to lity tekst, wia­do­mo o co cho­dzi i da się pójść za nar­ra­cją. Mówiąc krót­ko, czy­tel­nik nie jest zagubiony.

Chłód” to chy­ba coś w rodza­ju książ­ki auto­bio­gra­ficz­nej (cho­ciaż trud­no powie­dzieć, nie wiem, czy nie jest to część jakiejś więk­szej cało­ści, ale tyl­ko ten jeden tom uda­ło mi się wyrwać w biblio­te­ce). Są to prze­my­śle­nia chło­pa­ka zamknię­te­go w „sana­to­rium” dla cho­rych na gruź­li­cę. Cie­ka­wy jest obraz powo­jen­nej Austrii.

Nato­miast „Kal­kwerk” to nazwa mająt­ku ziem­skie­go, w któ­rym żyje „Kon­ra­do­stwo” – książ­ka jest o tym, jak mąć zabił swo­ją żonę, i dlaczego.

Feno­men Bern­har­da” (Poli­ty­ka)


Zobacz tak­że: „Auto­bio­gra­fie”

Kraków czarno-biały

Kra­ków już mnie tro­chę nudzi. Nie­mniej jed­nak jest wdzięcz­nym obiek­tem do foto­gra­fo­wa­nia. Latem (nawet wcze­snym), gdy bar­dzo moc­no pie­cze słoń­ce, lep­sze są zdję­cia czar­no-bia­łe. Wte­dy moż­na mniej się sku­pić na ośle­pia­ją­cych kolo­rach, a bar­dziej na samej tre­ści zdjęć. Zawsze bar­dzo lubi­łem foto­gra­fie miast, ale raczej w cudzym wyko­na­niu. Myślę jed­nak, że te zdję­cia są cał­kiem udane.

Zobacz tak­że:
Kra­ków latem
Kra­ków czar­no-bia­ły
Kra­ków w desz­czu (Kra­ków tro­chę inny; to lubię najbardziej)

Kotłów

Cza­sa­mi bli­sko nas znaj­du­ją się róż­ne cie­ka­we miej­sca, trze­ba tyl­ko się ruszyć. Nie jest więc praw­dą, że aby zoba­czyć coś cie­ka­we­go czy inte­re­su­ją­ce­go, trze­ba jechać gdzieś dale­ko lub nawet zagranicę. 

Oko­ło 30 km od Kali­sza znaj­du­je się Kotłów, w któ­rym są dwa cie­ka­we kościo­ły: kościół romań­ski się­ga­ją­cy korze­nia­mi XII wie­ku oraz współ­cze­sny kościół pol­sko­ka­to­lic­ki. Kotłów leży bar­dzo bli­sko Mik­sta­tu, któ­ry jest też bar­dzo uro­kli­wym miasteczkiem.

Dolina i Łąki

Kon­ty­nu­ując wątek bocz­nych dróg, od dwóch lat na począt­ku maja zawsze jeż­dżę na łąki ota­cza­ją­ce Barycz. Rze­ka Barycz powsta­je na tere­nie bifur­ka­cji Bary­czy, na połu­dnie od Kali­sza i Ostro­wa Wiel­ko­pol­skie­go. Spa­dek tere­nu jest tam tak nie­wiel­ki, że jed­ne cie­ki wod­ne pły­ną na wschód, inne na zachód. Barycz pły­nie na zachód, w kie­run­ku Odry. Jed­nak na tym samym tere­nie ma swo­je źró­dła też rze­ka Oło­bok, któ­ra pły­nie na wschód i wpa­da do Pro­sny. Barycz prze­pły­wa przez Przy­go­dzi­ce; tam powsta­ły sta­wy, któ­re były na zdję­ciach poprzed­nio. Kawa­łek dalej na zachód roz­po­ście­ra­ją się łąki. Teo­re­tycz­nie te tere­ny powin­ny być moc­no pod­mo­kłe, ponie­waż cechą cha­rak­te­ry­stycz­ną Bary­czy jest jej nie­wiel­ki spa­dek i bagna – któ­re przy­naj­mniej w teo­rii – powin­ny tę rze­kę ota­czać. Nie­ste­ty na sku­tek suszy jest ich coraz mniej.

Krajobraz bocznych dróg

Tytuł tego wpi­su to nawią­za­nie do książ­ki „Haj­stry” Ada­ma Robiń­skie­go. Muszę się przy­znać, że całej nie prze­czy­ta­łem, ale i tak zaim­po­no­wa­ła mi chęć auto­ra do samot­nych wypraw przez nie­raz cie­ka­we, nie­raz mono­ton­ne, ale przede wszyst­kim – raczej puste – krajobrazy.

U nas też takie kra­jo­bra­zy da się zna­leźć, cho­ciaż to nie takie pro­ste. Nato­miast, gdy robi się zdję­cie, to zawsze moż­na je odpo­wied­nio wykadrować.

Od dwóch lat jeż­dżę wcze­sną wio­sną do Przy­go­dzic, aby oglą­dać sta­wy ryb­ne. Są napraw­dę impo­nu­ją­ce. W tym roku pra­wie nie było pta­ków. Może jesz­cze za wcze­śnie? Za to śmie­ci wszę­dzie pełno.

Jeszcze kilka zdjęć