Nie ma ciszy w bloku

Tytuł tego wpi­su został zaczerp­nię­ty z felie­to­nu Syl­wii Chut­nik z naj­now­sze­go nume­ru „Poli­ty­ki”. Świet­nie się skła­da, bo od kie­dy miesz­kam w blo­ku (1,5 roku), to mam ocho­tę o tym napi­sać, ale dopie­ro teraz poczu­łem się wystar­cza­ją­co zmo­bi­li­zo­wa­ny. Tym bar­dziej, że jak się oka­zu­je, w prze­ży­wa­niu swych bole­ści nie jestem sam.

Ja w prze­ci­wień­stwo do Miro­na Bia­ło­szew­skie­go nie jestem (jesz­cze!) ogar­nię­ty obse­syj­ną manią śle­dze­nia wszel­kich dźwię­ków dobie­ga­ją­cych spo­za blo­ko­we­go miesz­ka­nia. A prze­cież takie miesz­ka­nie jest jak pudeł­ko zapa­łek. Maleń­kie – w porów­na­niu do całe­go budyn­ku. A tych maleń­kich pude­łek znaj­du­ją się set­ki – uło­żo­ne jed­no na dru­gim i obok sie­bie; połą­czo­ne szy­ba­mi wen­ty­la­cyj­ny­mi i pio­nem kana­li­za­cyj­nym; prze­dzie­lo­ne ścia­na­mi jak kart­ką papieru.

Dźwię­ki trza­ska­ją­ce­go nie­do­mknię­te­go okna, trza­ska­nia drzwia­mi, czy czy­je­goś bez­sen­sow­ne­go glę­dze­nia na klat­ce scho­do­wej to napraw­dę nic w porów­na­niu z inny­mi odgło­sa­mi. Naj­wię­cej sły­chać w toa­le­cie: czy­jąś pral­kę, roz­mo­wy, czy­jeś plu­ska­nie się w wan­nie. Chy­ba nie­je­den dok­to­rat moż­na by na ten temat napi­sać. A CBA nie musi chy­ba mieć pozwo­le­nia na pod­słuch: wystar­czy gumo­we ucho agenta.

To wszyst­ko nic. Choć miesz­ka­nie w blo­ku ma wie­le zalet, ma też zasad­ni­czą wadę. Ta wada pole­ga na tym, że w pudał­kach nad nami, pod nami, z lewej i z pra­wej też ktoś miesz­ka! Może to być na przy­kład świa­dek koron­ny (o czym pisze dzi­siej­sza „Wybor­cza”).

Pół bie­dy, jeśli sie­dzi cicho; zda­rza się to rzad­ko. A wszyst­kie­mu win­ne wstręt­ne pudło, któ­re­mu na imię telewizor.

Nie­ste­ty więk­szość ludzi nie zna umia­ru w gło­śno­ści i nie bie­rze pod uwa­gę tego, że sąsiad nie chce go słu­chać. Ktoś mógł­by powie­dzieć „cisza noc­na – wte­dy ma być cisza”. Ale to nie ma nic do rze­czy! To, że jest taki wyna­la­zek jak cisza noc­na i że (zgod­nie z regu­la­mi­nem) remon­ty moż­na prze­pro­wa­dzać od 8 do 20, i że nale­ży wcze­śniej powia­do­mić sąsia­dów… to wszyst­ko nic nie zna­czy. Bo tak, czy owak, w świe­tle pra­wa cywil­ne­go (art. 23 KC) zakłó­ca­nie komuś spo­ko­ju w jaki­kol­wiek spo­sób: poprzez emi­to­wa­nie hała­su, smro­du czy zwy­kłe obra­ża­nie są taki­mi samy­mi naru­sze­nia­mi dóbr oso­bi­stych. Jed­nym sło­wem ist­nie­nie ciszy noc­nej nie ozna­cza, że poza nią, moż­na sobie robić co się chce.

Szko­da tyl­ko, że bliź­ni nasi mają w pogar­dzie kodeks cywilny.

Sąsie­dzi z moje­go blo­ku hała­su­ją nagmin­nie; ale co tam – zatycz­ki do uszu pian­ko­we, tyl­ko 1,9 zł. Naj­le­piej ich nie wycią­gać. Gdy­bym umiał, zro­bił­bym kar­czem­ną awan­tu­rę, ale nie umiem, więc cho­dzę od apte­ki do apte­ki w poszu­ki­wa­niu zatyczek.

W obronie tradycyjnie pokrzywdzonych

Nie­daw­no dowie­dzia­łem się przy­pad­kiem, że ktoś jed­nak cza­sem na tę moją stro­nę zaglą­da. Tro­chę mnie to prze­stra­szy­ło: bo z jed­nej stro­ny chciał­bym napi­sać to, co myślę (choć nie zawsze wiem jak ubrać to w sło­wa) ale z dru­giej – gdy­bym pisa­ło wszyst­ko, na co mam ocho­tę – wie­le osób być może wię­cej by się do mnie nie ode­zwa­ło 😀 Cho­ciaż może i to mieć swo­je dobre stro­ny. Tak więc mam pro­blem, bo muszę z jed­nej stro­ny pisać ostroż­nie, a z dru­giej: napi­sać to, co chcę powiedzieć.

Zacznij­my może od małe­go prze­glą­du stron inter­ne­to­wych. Zaglą­dam (niby przy­pad­ko­wo) na stro­nę Die­ce­zji Kali­skiej. A tam co nas wita na pierw­szej stro­nie? List w obro­nie kon­cer­nu medial­ne­go kościo­ła toruń­sko­ka­to­lic­kie­go. Naj­pierw było życie od poczę­cia, potem wał­ko­wa­nie zła in vitro, nie­dłu­go będzie obro­na embrio­nów, ale póki co – wyima­gi­no­wa­ne ata­ki na prze­mysł miło­ści ojca inka­sen­ta. Wśród zasług toruń­skie­go nadaw­cy wymie­nio­no m.in. ewan­ge­li­za­cję, sze­rze­nie patrio­ty­zmu i deba­ty kom­pe­tent­nych ludzi. Zapo­mnia­no jesz­cze o szko­le oplu­wa­nia i mery­to­rycz­nych dys­ku­sjach słu­cha­czy. Cie­ka­we czy gdy skry­bo­wie mojej kurii pisa­li o kom­pe­tent­nych ludziach mie­li na myśli głów­ne­go ide­olo­ga RM czy może kogoś jesz­cze bar­dziej kompetentnego…

Aura arcy­chrze­ści­jań­skiej roz­gło­śni roz­no­si się po Kali­szu. Na począt­ku roku w „Poli­ty­ce” napi­sa­no o nowym zja­wi­sku: chur­chin­gu. Wier­ni cho­dzą od kościo­ła do kościo­ła szu­ka­jąc takie­go, gdzie nie będzie kaza­nia dla mohe­ro­wych bere­tów, pety­cji w obro­nie RM czy gada­nia o nihi­liź­mie moral­nym złej i paskud­nej mło­dzie­ży, któ­ra gło­su­je na Pali­ka­ta. Moż­na zauwa­żyć, że coraz wię­cej ludzi cho­dzi do kościo­ła gar­ni­zo­no­we­go, gdzie nie się­ga­ją mac­ki nasze­go biskupa.

Morał z tego jest taki, że Kościół w Pol­sce jest głów­nym wspie­ra­ją­cy elek­to­rat Ruchu Pali­ko­ta, bo im wię­cej będzie takie­go glę­dze­nia przy ołta­rzu, tym wię­cej osób będzie gło­so­wać na „nihi­li­stów”. Tro­chę to smut­ne, bo pod­czas gdy Kościół na Zacho­dzie Euro­py sta­je na rzę­sach by przy­cią­gnąć wier­nych do sie­bie, nasz wspa­nia­ły epi­sko­pat raź­nym kro­kiem zmie­rza do prze­pa­ści. Nie wąt­pię w to, że wśród duchow­nych jest wie­lu wspa­nia­łych ludzi o któ­rych pew­nie nawet nie wie­my; szko­da tyl­ko, że na pierw­szej linii stoi Rydzyk z Michalikiem.

PS. Na dzi­siaj star­czy. Nid­gy nie przy­pusz­cza­łem, że na swo­jej stro­nie będę się taki­mi spra­wa­mi zajmować.

Drzewo o niczym

W ostat­niej „Poli­ty­ce” moż­na prze­czy­tać o tym, że film „Drze­wo życia” został uzna­ny jako naj­pierw­szo­rzęd­niej­szy. Szko­da tyl­ko, że nie wia­do­mo, czy jest to pierw­szy – w sen­sie naj­lep­szy fil­my, czy pierw­szy – w sen­sie nalep­szy od koń­ca, czy­li naj­gor­szy film mija­ją­ce­go roku. Tak się skła­da, że jakiś czas temu mia­łem oka­zję go obej­rzeć, więc skła­niam się raczej ku tej dru­giej opinii.

Film jest istot­nie pięk­ny, zdję­cia są – wspa­nia­łe. Pięk­ne zdję­cia, nie­zła muzy­ka. Szko­da tyl­ko, że jest to film zupeł­nie o niczym. Gniot strasz­ny. Bez żad­nej fabu­ły, bez akcji, bez dia­lo­gów. Nie moż­na nawet powie­dzieć, że jest to „glę­dze­nie o niczym”, bo tam nikt zupeł­nie nie glę­dzi. Coś strasz­ne­go. Dwie godzi­ny sie­dzia­łem przed ekra­nem z nie­usta­ją­cą nadzie­ją, że akcja jakoś się roz­krę­ci. Lubię fil­my egzy­sten­cjal­ne, ale takie, z któ­rych coś wyni­ka. A tu – zupeł­nie nie wia­do­mo, co powie­dzieć. Począ­tek jest intry­gu­ją­cy, ale dalej jest coraz gorzej. W fil­mie przed­sta­wio­no – nie wia­do­mo po kie­go grzy­ba – jakieś reak­cje che­micz­ne, zdję­cia kosmo­su etc.; było­by to ład­ne, to praw­da, ale przez minu­tę-dwie. A nie przez minut dwa­dzie­ścia. Z wci­śnię­ty­mi na siłę zdję­cia­mi dino­zau­rów. Żenujące.

Oto, co moż­na prze­czy­tać w inter­ne­cie na forach dyskusyjnych:

To fatal­ny gniot, a nie arcy­dzie­ło. O ile w sto­sun­ku do fil­mu moż­na użyć okre­śle­nia „gra­fo­ma­nia”, to do tego „cze­goś” pasu­je ono idealnie.
(…) „Drze­wo życia” to pseu­do­ar­ty­stycz­ny gniot, uda­ją­cy że ma coś waż­ne­go do powie­dze­nia, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści nie mówi zupeł­nie nic. W pocię­tych, poszat­ko­wa­nych uję­ciach dosta­je­my pomie­sza­nie roz­pa­czy mat­ki po zmar­łym synu, wspo­mnień z dzie­ciń­stwa bra­ta zmar­łe­go (sta­no­wią­cych zle­pek wsze­la­kich moż­li­wych bana­łów, jakie w kinie powie­dzia­no na temat rodzi­ny), wizji – nie wia­do­mo czy prze­ży­wa­nych we śnie, czy w trak­cie modli­twy – i scen będą­cych nie­udol­nym naśla­dow­nic­twem fil­mów w rodza­ju „Koy­aani­sqat­si” czy „Home” (a cały film wygla­da na nie­udol­ną pró­bę naśla­do­wa­nia „Mr Nobo­dy”). To wszyst­ko pod­la­ne pada­ją­cy­mi z offu pate­tycz­ny­mi wypo­wie­dzia­mi kie­ro­wa­ny­mi do Boga i nie­zno­śnie iry­tu­ją­cą muzy­ką (któ­ra w zało­że­niu mia­ła chy­ba być pod­nio­sła i uro­czy­sta, ale wyszła wła­śnie iry­tu­ją­ca). Pomię­dzy poszcze­gól­ny­mi sce­na­mi fil­mu nagmin­nie nad­uży­wa­ne są też wyciem­nie­nia, mają­ce chy­ba zaak­cen­to­wać to, jak bar­dzo nic nie wyni­ka ze sce­ny, któ­ra wła­śnie się zakoń­czy­ła, i dać widzo­wi chwi­lę cza­su na zasta­no­wie­nie, dla­cze­go on wła­ści­wie jesz­cze to oglą­da… Wysie­dze­nie dwóch godzin z hakiem na tym „czymś” to napraw­dę wiel­ki wysiłek.

Oce­na na Film­we­bie: 5,8 – jed­nym sło­wem – dno.

Kino i teatr

O ile pamię­tam, wspo­mnia­łem coś ostat­nio o nie­zbęd­nym dla każ­de­go pro­ce­sie odcha­mia­nia. To zna­czy – nie­zbęd­nej koniecz­no­ści obco­wa­nia – od cza­su do cza­su – z kul­tu­rą, na tym ziem­skim pado­le 🙂 W tym roku aka­de­mic­kim byłem się odcha­mić jak dotąd dwa razy: w paź­dzier­ni­ku byłem na fil­mie „Habe­mus Papam”, a zale­d­wie trzy dni temu na bale­cie „Romeo i Julia”. Poza tym czy­tam prze­cież jesz­cze książ­ki i słu­cham dobrej muzy­ki, ale nie wiem, czy to wystar­czy do zeskro­ba­nia cham­stwa powsze­dnie­go. By usu­nąć grub­szą war­stwę potrzeb­na jest tera­pia szo­ko­wa – np. balet albo ope­ra (nawet teatr dra­ma­tycz­ny to chy­ba za mało) 🙂

Na począt­ku – o tym pierw­szym – fil­mie „Habe­mus Papam” w reży­se­rii wło­skie­go reży­se­ra Nan­nie­go Moret­tie­go. Mamy tam też pol­ską repre­zen­ta­cję w oso­bie Jerze­go Stuhra.

To dru­gi film tego reży­se­ra, któ­ry widzia­łem (pierw­szym był „Pokój syna”) i jak zwy­kle reży­ser ten, gra wła­ści­wie w swo­im fil­mie głów­ną rolę. Co wię­cej, jak w poprzed­nim fil­mie, gra tu oso­bę okre­ślo­nej pro­fe­sji – psy­cho­ana­li­ty­ka, i to naj­lep­sze­go. Freud pew­nie by się tu popa­stwił nad skry­wa­ny­mi marzeniami.

Podob­no sam reży­ser jest woju­ją­cym i zatwar­dzia­łem ate­istą, więc gdy zro­bił film o jądrze Kościo­ła Kato­lic­kie­go, od razu eta­to­wi krzy­ka­cze zro­bi­li raban, że na pew­no jest zły i anty­kle­ry­kal­ny. Nic bar­dziej myl­ne­go! Kościół być może jest tutaj poka­za­ny po tro­sze w krzy­wym zwier­cia­dle, ale na pew­no jest to wizja dosyć przy­chyl­na, ale może też tro­chę pobłaż­li­wa. Obraz opo­wia­da bowiem o nie­szczę­snym kar­dy­na­le, któ­ry wbrew wła­snej woli został wybra­ny na papie­ża i pod naci­skiem „opi­nii kar­dy­nal­skiej” zgo­dził się przy­jąć urząd. A potem wpadł w głę­bo­ką depre­sję, na co rzecz­nik Sto­li­cy Apo­stol­skiej – gra­ny przez J. Stuh­ra – posta­no­wił wezwać psy­cho­ana­li­ty­ka. War­to zobaczyć.

Po dru­gie – „Romeo i Julia” w Ope­rze w Pozna­niu. Sytu­acja jest pew­nie taka, jak w przy­pad­ku „Tosci”, gdy pierw­szy raz byłem w ope­rze. Gdy­bym oglą­dał to w tele­wi­zor­ni albo na DVD, wynu­dził­bym się pew­nie okrop­nie. Jed­nak na żywo – jest to świet­ne wido­wi­sko, nawet gdy sie­dzi się na jaskółkach.

Balet jest dosyć naiw­ny pod wzglę­dem prze­ka­zu, takie przy­naj­mniej odnio­słem wra­że­nie. Jest jed­nak bar­dzo suge­styw­ny, więc nawet, jeśli ktoś o nie­szczę­śli­wych kochan­kach nigdy nie sły­szał, to i tak domy­śli się, o co cała afe­ra. Muzy­ka świet­na (i na pew­no lżej­sza, bo bar­dziej współ­cze­sna). Z tego bale­tu pocho­dzi dosko­na­le zna­ny „Taniec rycer­ski”. Szko­da tyl­ko, że sce­no­gra­fia była raczej rozczarowująca.

11 listopada (11.11.11)

I pro­szę – dopie­ro co jed­ne świę­ta się skoń­czy­ły, a już mamy następ­ne. Dzi­siaj bowiem przy­pa­da Świę­to Nie­pod­le­gło­ści, któ­re choć miłe i przy­jem­ne, to nie zapew­nia takich atrak­cji jak Wszyst­kich Świę­tych (w cza­sie któ­rych moż­na upra­wiać grob­bing). No i pogo­da nie jest już taka, jak była, bo znacz­nie się ozię­bi­ło, ale kogo to obcho­dzi, gdy nie trze­ba wca­le z domu wycho­dzić, tyl­ko moż­na grzać kula­sy przy kaloryferze.

Google pamię­ta

Uro­czy­stość, któ­rą dzi­siaj obcho­dzi­my wywo­łu­je nie­ste­ty też tro­chę mie­sza­ne uczu­cia, gdy pomy­śli się o atrak­cjach, któ­re nie­któ­rzy chcą zgo­to­wać innym. Mówię tu o pla­no­wa­nych „mar­szach nie­pod­le­gło­ści” orga­ni­zo­wa­nych przez szo­wi­ni­stów i kse­no­fo­bów z Mło­dzie­ży Wszech­pol­skiej i tym podob­nych róż­nych śmiesz­nych orga­ni­za­cji. W Kali­szu nam to nie gro­zi, ale w więk­szych mia­stach moż­na spo­dzie­wać się burd wywo­ły­wa­nych przez wszech­po­la­ków w asy­ście kibo­li i róż­nych faszy­zu­ją­cych ugru­po­wań. Ich zda­niem marsz jest to marsz patrio­tów, ale jakoś w SJP nie natra­fi­łem na żad­ne stwier­dze­nie suge­ru­ją­ce, że patrio­ta to ktoś, kto bie­ga z pochod­nia­mi po uli­cy krzy­cząc, że „Pol­ska dla Pola­ków” i „Żydzi na Madagaskar”.

Sko­ro wał­ku­ję już ten nie­przy­jem­ny temat, to dodam do tego dru­gi. Cho­dzi mi mia­no­wi­cie o kne­blo­wa­nie ks. Boniec­kie­go. Oczy­wi­ście, sko­ro nale­ży on do zgro­ma­dze­nia maria­nów, to winien jest im posłu­szeń­stwo, bo pew­nie tako­we ślu­bo­wał. Szko­da tyl­ko, że ktoś, kto pod­jął tę decy­zję zapo­mniał o tym, że w ten spo­sób zmu­sza się do mil­cze­nia jeden z nie­licz­nych gło­sów roz­sąd­ku w pol­skim Koście­le. Epi­sko­pat każe nam słu­chać radia ojca-inka­sen­ta, któ­re z chrze­ści­jań­ską miło­ścią bliź­nie­go ma nie­wie­le wspól­ne­go, bo i po co, sko­ro łatwiej wci­skać ludziom kit – a zabra­nia wypo­wia­da­nia się czło­wie­ko­wi, któ­ry robi co może, by nie znie­chę­cać (bo w tej mate­rii Epi­sko­pat radzi sobie świet­nie), a wręcz zachę­cać do Kościo­ła. Cie­ka­we, kie­dy sza­now­na Kon­fe­ren­cja zre­flek­tu­je się, że w ten spo­sób postę­pu­jąc szko­dzi przede wszyst­kim sobie.

Odliczanie do jesieni

Dzi­siaj, po godzi­nie 11 ofi­cjal­nie roz­pocz­nie się jesień. Tak więc ja, korzy­sta­jąc z ostat­ków lata (pół godzi­ny) jesz­cze coś napi­szę. Trud­no doko­ny­wać jakie­kol­wiek pod­su­mo­wa­nia lata, bo po co – było ono bar­dziej niż zwy­czaj­ne. Ale lato, to jed­nak lato – czy­li przede wszyst­kim wolne.

Lato, to dla mnie zawsze czas czy­ta­nia ksią­żek i jeż­dże­nia na rowe­rze – w tym roku pod tym wzglę­dem było gorzej, bo nie odby­łem wie­lu dale­kich rowe­ro­wych wypraw, a wła­ści­wie to chy­ba ani jed­nej; może uda mi się to jesz­cze jesie­nią nad­ro­bić. Ale, gdy jeż­dżę na rowe­rze, to robię też zdję­cia. Czę­sto cał­kiem udane.

W dro­dze do Żydo­wa na rowerze

§

Z inter­ne­tu:

Poza tym świet­nie się skła­da, bo jesień, to moja ulu­bio­na pora roku.

A to jest dwu­set­ny wpis na blogu.

5 kroków do lepszego radzenia sobie z pocztą elektroniczną

5 Easy Steps to Stanch the E‑Mail Flo­od – NYTimes.com.

Na górze znaj­du­je się link do cie­ka­we­go arty­ku­łu ze stro­ny NYTi­me­sa (nie­ste­ty teraz rza­dziej oglą­dam tę witry­nę ze wzglę­du na ogra­ni­cze­nia, któ­re wpro­wa­dzi­li). Doty­czy on pro­ble­mów ze zbyt wiel­ką ilo­ścią e‑maili, któ­re nawie­dza­ją skrzyn­ki odbior­cze nie­któ­rych ludzi.

Na począt­ku autor wspo­mi­na Davi­da Alle­na, któ­ry wymy­ślił meto­dę Get­ting Things Done – tym samym uczy­nił on prze­mysł z same­go spo­so­bu sor­to­wa­nia e‑maili (war­to odwie­dzić jego stro­nę – jak moż­na zara­biać na wci­ska­niu ludziom ciemnoty).

Autor arty­ku­łu pod­cho­dzi do pro­ble­mu tro­chę bar­dziej racjo­nal­nie, bo zda­je sobie spra­wę z tego, że ludzi, któ­rzy są dosłow­nie zasy­py­wa­ni maila­mi jest nie aż tak wie­le. Daje kil­ka uży­tecz­nych rad:

  1. Nie orga­ni­zuj, tyl­ko szu­kaj – fol­de­ry i ety­kie­ty w skrzyn­kach odbior­czych są faj­ne, ale uży­wa­nie ich zaj­mu­je względ­nie wie­le cza­su. Poza tym – jak autor traf­nie zauwa­żył – pro­blem może powstać, gdy jakąś wia­do­mość zapo­mni­my dodać do fol­de­ru i jej aku­rat po pew­nym cza­sie będzie­my szu­kać. Zamiast tego fak­tycz­nie lepiej jest szu­kać. Więk­szość pro­gra­mów do odbie­ra­nia pocz­ty a tak­że inter­ne­to­wych ser­wi­sów słu­żą­cych do tego wypo­sa­żo­nych jest w pro­ste (i zara­zem skom­pli­ko­wa­ne) wyszu­ki­war­ki, któ­re uła­twia­ją zna­le­zie­nie żąda­nej wia­do­mo­ści. Z wła­sne­go doświad­cze­nia wiem, że ety­kie­ty są przy­dat­ne – bo poma­ga­ją one zawę­zić pole poszu­ki­wa­nia. Bo prze­cież, gdy ktoś ma w fol­de­rze kil­ka­set wia­do­mo­ści, to przej­rze­nie jed­nej po dru­giej i tak zaj­mie wie­le czasu.
  2. Blo­kuj – przy­cho­dzi do nas wie­le listów, któ­rych wca­le nie chcie­li­by­śmy otrzy­my­wać. Zwy­kle są one od jakiś insty­tu­cji – w tej sytu­acji więk­szość poczt inter­ne­to­wych jest wypo­sa­żo­nych w narzę­dzie pozwa­la­ją­ce zablo­ko­wać dane­go adre­sa­ta. Poza tym war­to roz­wa­żyć, czy nie wypi­sać się z róż­no­ra­kich biu­le­ty­nów, ofert pro­mo­cyj­nych – któ­rych i tak zwy­kle nie czy­ta­my (choć dzię­ki takie­mu biu­le­ty­no­wi ja dowie­dzia­łem się o tym artykule).
  3. Książ­ka adre­so­wa w e‑poczcie – autor zauwa­ża, że być może nie war­to pro­wa­dzić skru­pu­lat­nie książ­ki adre­so­wej ze wszyst­ki­mi e‑mailami. Tak jest w Gma­ilu – wszyst­kie adre­sy e‑mail zapi­su­ją się tak czy owak automatycznie.

Ja takich pro­ble­mów nie mam (a przy­naj­mniej nie w takiej ska­li), ale zaczy­nam coraz odważ­niej usu­wać nie­chcia­ne e‑maile. Pozdrawiam.

PS. Po chwi­li namy­słu przy­szedł mi jesz­cze jeden pro­blem do roz­wa­że­nia: jak korzy­stać z pocz­ty inter­ne­to­wej – poprzez apli­ka­cję na stro­nie inter­ne­to­wej, czy przez pro­gram na kom­pu­te­rze? Do dzi­siaj nie uda­ło mi się na to pyta­nie zna­leźć odpo­wie­dzi, dla­te­go uży­wam stro­ny Gmail.com.

Jeszcze raz o kartach

Parę dni temu napi­sa­łem o dosyć kon­tro­wer­syj­nej spra­wie pro­wi­zji za uży­wa­nie kart płat­ni­czych – pro­wi­zji rzecz jasna pobie­ra­nych przez fir­my typu Visa i Master­card, któ­rych pazer­ność jest znacz­nie więk­sza, niż przy­pusz­cza­łem. Moż­na o tym poczy­tać na ban­ko­wym blo­gu Macie­ja Sam­ci­ka.

Każ­dy z nas spo­tkał się chy­ba z sabo­ta­żem sprze­daw­ców, pole­ga­ją­cym na znie­chę­ca­niu klien­tów do pła­ce­nia kar­tą. Sprze­daw­cy w skle­pach i punk­tach usłu­go­wych wolą gotów­kę, bo od trans­ak­cji opła­co­nych bile­ta­mi Naro­do­we­go Ban­ku Pol­skie­go nie muszą pła­cić ban­kom pro­wi­zji (m.in. słyn­nej opła­ty inter­chan­ge). Stąd też w skle­pach „Żab­ka” ter­mi­na­le do płat­no­ści bez­go­tów­ko­wych zwy­kle są „nie­czyn­ne”, zaś w wie­lu punk­tach sprze­daw­cy, widząc w ręce klien­ta kar­tę, pyta­ją, czy na pew­no ów klient nie ma ocho­ty zapła­cić gotów­ką. Znam nawet wła­ści­cie­la skle­pu, któ­ry udzie­la 4% raba­tu każ­de­mu, kto zapła­ci gotów­ką zamiast kartą.

To powin­no dać do myśle­nia pazer­nym ban­kow­com i sze­fom orga­ni­za­cji płat­ni­czych Visa i Master­Card, kąpią­cym się w skarb­cach peł­nych bank­no­tów. Na opła­tach pobie­ra­nych od skle­pów Visa, Master­Card i ban­ki zara­bia­ją rocz­nie okrą­gły miliard złotych.

Wię­cej tutaj.

Rocznicowy cyrk smoleński

Ufff… Zbio­ro­wym wysił­kiem prze­trwa­li­śmy jakoś śmier­cio­no­śne i obłą­kań­cze miste­rium obcho­dów rocz­ni­cy kata­stro­fy w Smo­leń­sku. Jak ktoś nie włą­czał tele­wi­zo­ra, to miał szan­sę, że ciśnie­nie nie wzro­śnie mu nad­mier­nie oglą­da­jąc wypo­wia­da­ne w ilu­mi­na­cyj­nej eks­ta­zie sło­wa Kaczyń­skie­go, że „«zosta­li zdra­dze­ni o świ­cie»”. Na uli­cę (ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem Kra­kow­skie­go Przed­mie­ścia) wylę­gły zastę­py pre­nu­me­ra­to­rów „Gaze­ty Pol­skiej” z jej redak­to­rem naczel­nym gło­szą­cym róż­no­ra­kie para­no­idal­ne tezy.

Poja­wił się nowy pro­jekt pomni­ka, naresz­cie taki, któ­ry ewen­tu­al­nie moż­na­by przy­jąć. Ja od począt­ku jestem prze­ciw­ni­kiem sta­wia­nia pomni­ków, a w szcze­gól­no­ści pod Pała­cem Pre­zy­denc­kim. Uwa­żam, że z miej­sca urzę­do­wa­nia pre­zy­den­ta nie moż­na robić mau­zo­leum. Adam Małysz zadał pyta­nie, któ­re wie­lu cisnę­ło się na usta: jak to moż­li­we, że czci się zmar­łe­go w miej­scu jego pracy?

Ofia­ry kata­stro­fy mają już całą masę tablic ku czci, pomnik na Powąz­kach (jak naj­bar­dziej zasłu­żo­ny) i Wawel nie­mal­że na wła­sność. Pro­jekt świetl­nych kolumn jest nie­zły, bo jest wła­ści­wie pierw­szym pomy­słem, któ­ry nie nosi zna­mion szwan­ko­wa­nia mózgu jego pro­jek­tan­tów… to zna­czy, nie­zu­peł­nie. Był­by to pomnik będą­cy raczej insta­la­cją arty­stycz­ną, a sym­bo­li­ka jest umiar­ko­wa­na, nie ma nad­mia­ru pato­su. Tak więc, jak napi­sa­ła D. Jarec­ka „wszy­scy ode­tchnę­li”… Ale niezupełnie:

Pro­mie­nie mia­ły­by wycho­dzić z reflek­to­rów umiesz­czo­nych w chod­ni­ku, a każ­dy reflek­tor – zapo­wia­da autor pro­jek­tu – opra­wio­ny był­by w rodzaj ryn­gra­fu z nazwi­skiem zmar­łe­go. A ja uwa­żam, że tam, gdzie ryn­graf, musi być miecz. A tam, gdzie miecz, musi być tak­że i honor, i zemsta. Szy­chal­ski mówi też, że inspi­ro­wał się słu­pa­mi świa­teł na miej­scu nowo­jor­skie­go Gro­und Zero. Jak wia­do­mo, była to for­ma upa­mięt­nie­nia ofiar zama­chu. Stąd już pro­sta dro­ga do kon­klu­zji, jaką widzia­łam na jed­nej z flag powie­wa­ją­cych w cza­sie rocz­ni­co­wej demon­stra­cji przed Pała­cem Pre­zy­denc­kim: „To był zamach”. For­ma świetl­ne­go pomni­ka jest może i nowo­cze­sna, ale treść, jaką nie­sie, już mniej: wal­ka, odwet, atak.

Wię­cej… http://wyborcza.pl/1,75968,9436740,Pomnik_mgly.html#ixzz1JZS8NOIs

Jak już poświę­cam cały post na ten cyrk, to będę to cią­gnąć dalej.

W „Poli­ty­ce” zamiesz­czo­no cie­ka­wą rela­cję wyda­rzeń z Kra­kow­skie­go Przedmieścia:

Jak moż­na było prze­wi­dy­wać, Kra­kow­skie Przed­mie­ście w War­sza­wie zosta­ło zaanek­to­wa­ne na spe­cy­ficz­ne naro­do­we teatrum, z ory­gi­nal­ną dra­ma­tur­gią, rekwi­zy­ta­mi, akto­ra­mi i suflerami. (…)

W sobo­tę, o godz. 14 star­sza pani robi pierw­szy ołta­rzyk z przy­wią­za­nych do latar­ni por­tre­tów śp. pre­zy­den­ta z mał­żon­ką. Roz­da­je zdję­cia z ubie­gło­rocz­nej żało­by. Pod ołta­rzyk dołą­cza­ją kolej­ne panie, wita­jąc się jak sta­re znajome. (…)

Tłum prze­no­si się pod amba­sa­dę [Rosji]. (…) Tu – jest – Polska! (…)

Tym­cza­sem pod pała­cem na Kra­kow­skim ludzie szep­cą róża­niec. Mło­da kobie­ta przy­no­si worek meda­li­ków z Mat­ką Boską. Jest akcja – nale­ży po cichu obło­żyć nimi teren wokół pała­cu, wci­ska­jąc meda­li­ki mię­dzy szpa­ry chod­ni­ka. Obo­wią­zu­je cał­ko­wi­ty zakaz han­dlu zniczami. (…)

Zbli­ża się sym­bo­licz­na godz. 8.41. Księ­ża przed kościo­łem udzie­la­ją komu­nii. Ludzie klę­ka­ją na chodnikach. (…)

«Od powie­trza, gło­du, ognia, woj­ny TVN‑u i PO – wybaw nas Panie.»

Źró­dło: A. Dąbrow­ska, J. Dzia­dul, J. Cie­śla, E. Giet­ka, W. Mar­kie­wicz, R. Socha „Taka nasza pamięć” [w:] „Poli­ty­ka” nr 16 (2803), 16 kwiet­nia 2011

Do tego wszyst­kie­go docho­dzi jesz­cze afe­ra z tabli­cą w miej­scu kata­stro­fy. Dla mnie jest jasne, że MSZ nic w tej spra­wie nie zro­bi­ło, aby przy­pad­kiem nie ura­zić rodzin ofiar, któ­re w dużej mie­rze hoł­du­ją mono­po­lo­wi na żało­bę. Wia­do­mo, że jeśli pol­skie służ­by coś by z tym zro­bi­ły, zaraz zosta­ły­by uzna­ne za „wro­gów RP”, „zaprzań­ców” etc. etc.

Oto bowiem dwie smo­leń­skie wdo­wy, panie Kur­ty­ko­wa i Mer­to­wa, nale­żą­ce do gro­na tych kil­ku demon­stru­ją­cych nie­ustan­ne nie­za­do­wo­le­nie ze wszyst­kie­go, co robią Rosja­nie i pań­stwo pol­skie oraz mają wła­sne pomy­sły, ucho­dzą pra­wie za naro­do­we boha­ter­ki, a przed­mio­tem ata­ku są wszy­scy inni. Przede wszyst­kim oczy­wi­ście Rosja­nie, któ­rych ska­za­no za wywo­ła­nie skan­da­lu, zanim kto­kol­wiek zapy­tał, skąd ta tabli­ca w Smo­leń­sku się wzię­ła, ale tak­że nasze Mini­ster­stwo Spraw Zagra­nicz­nych. Kry­ty­ka MSZ jest oczy­wi­ście słusz­na, bowiem jeże­li przez kil­ka mie­się­cy ze zwy­czaj­ne­go stra­chu przed smo­leń­ski­mi wdo­wa­mi, kie­ru­ją­cy­mi się podob­no „odru­chem ser­ca” (to nad­zwy­czaj­nie mod­ne okre­śle­nie zacho­wa­nia Pań, któ­re spro­ku­ro­wa­ły ten skan­dal) lub z dość roz­po­wszech­nio­ne­go w Pol­sce myśle­nia, że prze­cież „jakoś to będzie” i lepiej awan­tu­ry w kra­ju nie wywo­ły­wać, nie robi się nic, to uspra­wie­dli­wie­nia nie ma. Oczy­wi­ście, jaka mogła­by być awan­tu­ra, gdy­by to Pola­cy usu­nę­li tabli­cę, wyobra­zić sobie nie­trud­no. Przy­kła­dów kon­flik­tów wła­ści­wie bez powo­du mamy aż nadmiar.

Źro­dło: Skrót myślo­wy – Blog J. Paradowskiej

Już w domciu

Gdy w czwar­tek wra­ca­łem w cen­trum do swo­je­go lokum, nic się nie wyko­le­iło. A szkoda.

Teraz jestem już w Kali­szu, a podróż, jaką zafun­do­wa­ły mi Prze­wo­zy Regio­nal­ne do spół­ki z PKP zapa­mię­tam na dłu­go. Pociąg oczy­wi­ście o poło­wę za mały, ścisk wiel­ki (sta­łem do Kotli­na); na dwor­cu w Pozna­niu brak infor­ma­cji i bie­ga­nie pomię­dzy pero­na­mi. Jed­nym sło­wem podróż pocią­giem przy­po­mi­na raczej wywóz­kę bydła do rzeźni.

Dwa tygo­dnie byłem odcię­ty od tele­wi­zo­ra. Teraz włą­czam, a tam, oczy­wi­ście gęba Jaro­sła­wa. Nie­daw­ne pisa­łem o tym, że Rydzyk został ska­za­ny za nada­wa­nie reklam na ante­nie roz­gło­śni kościo­ła toruń­sko­ka­to­lic­kie­go, ale – jako oso­ba nie­by­wa­le spryt­na – już zwą­chał spi­sek maso­nów i anty­chry­sta. Ostat­nia odro­bin­kę uci­chła spra­wa kata­stro­fy, ale – niech nikt się nie łudzi – straż­ni­cy pań­stwa czu­wa­ją. J. Gosiew­ska ostat­nio oświad­czy­ła, że tak napraw­dę, to nie wia­do­mo, kto leży w trum­nie.

I na koniec to, co prze­czy­ta­łem w ostat­nie „Poli­ty­ce”:

(…) czy­li Jaro­sław K., któ­ry zro­bi dowol­ny pożar, na dowol­ny temat i w dowol­nym miej­scu. Niech go Napie­ral­ski spraw­dzi. Wystar­czy szep­nąć: – No, Zale­wu Zegrzyń­skie­go toby pan pre­zes nie sfaj­czył. I tyl­ko przez Błasz­cza­ka albo Hof­ma­na dodat­ko­wo prze­ka­zać, że w Zale­wie Zegrzyń­skim co dzień kąpie się Bar­to­szew­ski, żeby mieć czy­ste sumie­nie. Za tydzień mamy pod Zegrzem Pusty­nię Gobi.
Wię­cej pod adre­sem http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/felietony/1513802,1,pies-czyli-kot.read#ixzz1GMogRyW3

Źró­dło: S. Tym „Obia­dek” [w:] „Poli­ty­ka” nr 11 (2798), 12 mar­ca 2011

Rydzyk zapłaci

Nie­by­wa­łe, cud się stał. Wresz­cie ktoś zauwa­żył, że Radio Mary­ja popeł­nia prze­stęp­stwa w ete­rze. Ku mojej satys­fak­cji Ojciec Dyrek­tor bek­nie za to, że na ante­nie wzy­wa do nie­le­gal­nych zbió­rek pie­nię­dzy, czy­li jed­nym sło­wem cyc­ka pie­nią­dze od słu­cha­czy, któ­rych naj­pierw pod­da­je pra­niu mózgu.

Kara jest śmiesz­nie niska. Z resz­tą są waż­niej­sze spra­wy. Kie­dy orga­ny ści­ga­nia zro­bią coś z anty­se­mi­ty­zmem, szo­wi­ni­zmem, zbo­cze­nia­mi ide­olo­gicz­ny­mi i nawo­ły­wa­niem do prze­mo­cy na ante­nie roz­gło­śni kościo­ła toruń­sko-kato­lic­kie­go? KRRiT dzia­ła bar­dzo opie­sza­le. A prze­cież na te wszyst­kie prze­wi­nie­nia są praw­dzi­we, nama­cal­ne dowo­dy – a nie jakiś byty męt­ne jak wywo­dy redemptorysty.

Kogo to inte­re­su­je, niech pokli­ka tutaj: kse­no­fo­bia i anty­se­mi­tyzmsze­rze­nie nie­na­wi­ścijesz­cze raz kse­no­fo­biamate­ria­ły do posłu­cha­nia (np. anty­se­mi­tyzm).

Porównywarka państw

W prze­rwie pomię­dzy nauką o dys­kon­tach weksli (eko­no­mia) i defi­ni­cjach reku­ren­cyj­nych (logi­ka) zna­la­złem bar­dzo cie­ka­wą stro­nę, na któ­rej moż­na porów­nać róż­ne kra­je. Na przy­kład, gdy­by­śmy żyli w Ban­gla­de­szu, mie­li­by­śmy 2,4 raza wię­cej dzie­ci. Gdy­by jakiś Polak prze­pro­wa­dził się do Czech, to zuży­wał­by ponad 70% wię­cej elek­trycz­no­ści. Z badań wyni­ka rów­nież – co mnie zdzi­wi­ło – że gdy­by­śmy prze­pro­wa­dzi­li się do Japo­nii, to mie­li­by­śmy 7% wię­cej wol­ne­go cza­su. Gdy­by z kolei ktoś zde­cy­do­wał prze­pro­wa­dzić się ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych do Pol­ski, zuży­wał­by 70% prą­du mniej i spo­ży­wał­by 77% mniej tłuszczu.

Porów­na­nie Pol­ski i Bangladeszu



3 lutego – Nowe święto

Na face­bo­oku ukon­sty­tu­owa­ła się gru­pa ludzi, któ­rzy chcą, by 3 lute­go został ogło­szo­ny Dniem Bez Smo­leń­ska. A wła­ści­wie bez cało­dnio­we­go medial­ne­go gęgo­le­nia o kata­stro­fie smo­leń­skiej, bez poka­zy­wa­nia Kaczyń­skie­go i Macie­re­wi­cza w tele­wi­zor­ni, bez wza­jem­ne­go oskar­ża­nia się i plu­cia na sie­bie. Ja się do tego całym sobą przy­łą­czam i popie­ram. Star­czy nam już tego tań­cze­nia na trumnach!

To, że w TVN24 o niczym innym nie moż­na od 10 kwiet­nia 2010 r. usły­szeć zro­bi­ło się męczą­ce już w tym­że kwiet­niu, ale po pra­wie roku, to już napraw­dę moż­na mieć dosyć. Choć­by nie wia­do­mo jakie cuda były w nie wia­do­mo jakim rapor­cie, to mi się nie chce o tym po pro­stu słuchać.

Trzy wieki prywatności

Pamięt­nik Kró­lo­wej Wik­to­rii (fot. G. Haber)

Powy­żej zamiesz­czam łącze do arty­ku­ły zna­le­zio­ne­go w sie­ci poświę­co­ne­go wysta­wie zor­ga­ni­zo­wa­nej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych na temat pamięt­ni­ków i dzien­ni­ków sław­nych ludzi. Wśród zdjęć moż­na obej­rzeć oso­bi­ste „reli­kwie” nale­żą­ce do kró­lo­wej Wik­to­rii, Alber­ta Ein­ste­ina i Char­lot­te Bron­te. Jest tam też manu­skrypt Con­fes­sio­nes św. Augu­sty­na, bo to prze­cież też rodzaj pamięt­ni­ka (i spowiedzi).

PS. Zali­czy­łem pierw­sze kolo­kwium (z logiki).

Argumenty przeciwko słuchawkom

The Argu­ment Aga­inst Head­pho­nes – NYTimes.com.

Powy­żej znaj­du­je się łącze do krót­kie­go arty­ku­ły na stro­nie New York Time­sa. Mówi on o uży­wa­niu słu­cha­wek oraz o tym, jakie z tego pły­ną kon­se­kwen­cje. Wyni­ki z nie­go, że w USA już 15 mło­dzie­ży ma ubyt­ki słu­chu; a ci, co nie mają, będą je mieć praw­do­po­dob­nie w nie­da­le­kiej przyszłości.

Oczy­wi­ście nie ma nicze­go złe­go w słu­cha­niu cze­goś z odtwa­rza­cza przez słu­chaw­ki. Jak napi­sa­no w arty­ku­le, ma to swo­je dobre stro­ny, bo moż­na np. słu­chać muzy­ki nie prze­szka­dza­jąc innym. Sam cza­sem to robię. Pro­blem jest jed­nak taki, że wie­le osób znacz­nie prze­sa­dza z gło­śno­ścią i zda­rza się to nagmin­nie. Bar­dzo czę­sto zda­rza się, że jadąc tram­wa­jem czy auto­bu­sem muszę słu­chać tego, co ktoś ma na swo­jej mp-trój­ce. Jest to dener­wu­ją­ce, a przy tym zapew­nia głu­cho­tę na przy­szłość, któ­ra jed­nak obja­wi się, gdy już będzie za późno.

Nowe zdjęcia na Nowy Rok

2011

W Nowy Rok wcho­dzę 159. wpi­sem na tej stro­nie. Wypa­da­ło­by go zacząć opty­mi­stycz­nie – np. przy pomo­cy ład­nych zdjęć. Ja wczo­raj kil­ka zro­bi­łem. Teraz nie mam tyle cza­su, by spa­ce­ro­wać, szcze­gól­nie z apa­ra­tem. A chcia­łem sobie przy­po­mnieć miej­sca, w któ­rych nie byłem od jesie­ni. Pogo­da jest ład­na, tro­chę wietrz­na, w oko­li­cach 0ºC. Śnieg tro­chę top­nie­je, ale myślę, że mróz jesz­cze chwyci.


IMG621.jpg
Zima w Piwo­ni­cach. Klik­nij na zdję­cie, by zoba­czyć wię­cej obrazków


A tu są zdję­cia z całe­go świata:

Zdjęć z Kali­sza jesz­cze nie zna­la­złem, ale gdy się poja­wią, to rów­nież coś o nich wspomnę.

Najnowsze rewelacje

Mia­łem o tym nie pisać, bo po co sam mam się dener­wo­wać i jesz­cze innych wpro­wa­dzać w zły nastrój. Trud­no jed­nak­że prze­mil­czeć naj­now­sze rewe­la­cje prze­wod­ni­czą­ce­go kościo­ła toruńsko-katolickiego.

- Otóż ja sły­sza­łem, nie mogę powie­dzieć, kogo to doty­czy z tych rodzin ludzi, wyglą­da wszyst­ko na to, że byli zamor­do­wa­ni, że to był zamach, tak to wyglą­da. Bo gdy­by nie był, to dla­cze­go kry­ją – mówił o. Tade­usz Rydzyk w nocy z sobo­ty na nie­dzie­lę. – Jasno powie­dzieć wszyst­ko. Bar­dzo praw­do­po­dob­ne to jest, że to było spe­cjal­ne zamor­do­wa­nie. Zresz­tą mówi się, że to było pro­wa­dze­nie na śmierć, że był tak ten samo­lot pro­wa­dzo­ny. Mówi się o tym.

Źró­dło: http://glosrydzyka.blox.pl/2010/12/O‑Rydzyk-o-katastrofie-smolenskiej-specjalne.html

Nie jest to nic nowe­go, ale uro­je­nia redemp­to­ry­sty osią­gnę­ły kolej­ny, zna­czą­cy pułap.

Cie­szy mnie wia­do­mość, że rów­nież w łonie Kościo­ła są oso­by, któ­re widzą, że jest to pro­blem. Ostat­nio w „Gaze­cie Wybor­czej” opu­bli­ko­wa­no list domi­ni­ka­ni­na o. Ludwi­ka Wiśniew­skie­go skie­ro­wa­ny do nun­cja­tu­ry, w któ­rym nie owi­ja­jąc w baweł­nę pisze to, o czym wszy­scy od daw­na wie­dzą, ale o tym nie mówią: o podzia­le w epi­sko­pa­cie, nie­roz­wią­za­nym pro­ble­mie toruń­skie­go kon­cer­nu medial­ne­go i (a to się wią­że jed­no z dru­gim) kse­no­fo­bii, szo­wi­niź­mie nie­któ­rych duchownych.

Pies czyli kot – „Tylko się urwać”

Pies czy­li kot | Tyl­ko się urwać – Polityka.pl.

W arty­ku­le, do któ­re­go łącze zamiesz­czo­ne jest powy­żej, zna­la­złem cie­ka­we prze­my­śle­nie na temat tele­wi­zyj­nych pro­gra­mów infor­ma­cyj­nych, któ­re od rana do nocy rosz­czą sobie pra­wo do powia­da­mia­nia nas o wszyst­kich fak­tach, czę­sto nie­istot­nych, ale i tak zakla­sy­fi­ko­wa­nych jako „wia­do­mo­ści dnia”.

Tele­wi­zja sta­ła się dodat­ko­wym oknem w domu. Za oknem śnieg, w tele­wi­zyj­nym oknie też śnieg, tyle że pięk­niej omó­wio­ny. Każ­de­go – żeby było demo­kra­tycz­nie – prze­chod­nia tere­no­wy spra­woz­daw­ca pyta o oce­nę sta­nu zaśnie­że­nia i odśnie­że­nia. I każ­dy mówi mu to samo, a ja słu­cham i wzdy­cham (…). Dodat­ko­wo wszyst­kie te roz­mo­wy «prze­pa­sa­ne jak­by wstę­gą, mie­dzą» set­ka­mi iden­tycz­nych reklam. Jest jak w raju – spo­kój, cisza i ado­ra­cja. Wsta­jesz i wiesz – obie­cu­je sta­cja. Ja doświad­czam reali­za­cji tej obiet­ni­cy, wzmoc­nio­nej wyzna­niem Sokra­te­sa – wsta­ję i wiem, że nic nie wiem.

Źró­dło: Sta­ni­sław Tym Tyl­ko się urwać [w:] „Poli­ty­ka” nr 50 (2786), 11 grud­nia 2010 [dostęp onli­ne]

Imputowanie inteligencji

Takie oto zna­la­złem przed chwi­lą w sie­ci war­te zauwa­że­nia cyta­ci­ki. Doty­czą one tego, co zro­bić, by powięk­szyć swo­ją inte­li­gen­cję. Nale­ży żuć gumę i…

Bada­cze z Bay­lor Col­le­ge of Medi­ci­ne w Houston (w sta­nie Tek­sas, w USA) odkry­li pozy­tyw­ny wpływ żucia gumy na wyni­ki w nauce dzię­ki eks­pe­ry­men­to­wi. Po 14 tygo­dniach ucznio­wie, któ­rzy żuli przez cały ten okres gumę na lek­cjach, mie­li lep­sze wyni­ki w stan­dar­do­wych testach mate­ma­tycz­nych i uzy­ski­wa­li wyż­sze oce­ny koń­co­we, niż resz­ta rówieśników.

Zna­le­zio­ne na Bel­fer­Blog [za:] link

Zbaw­cza może być tak­że pene­tra­cja wła­sne­go nosa:

Zauwa­ży­łem, że nie tyl­ko żucie gumy potra­fi roz­ru­szać mózg (…). Na przy­kład dosko­na­ły wpływ na inte­li­gen­cję ma dłu­ba­nie w nosie. (…) Ze swo­ich stu­diów pamię­tam, że naj­in­te­li­gent­niej­szy pro­fe­sor (…) miał zwy­czaj pod­czas wykła­du lepić poci­ski z tego, co wydłu­bał z nosa.

Źró­dło: http://chetkowski.blog.polityka.pl/?p=1161

Cytaty na środę

Dzi­siej­sza eko­no­mia zakła­da, że w sys­te­mie kon­ku­ren­cji mono­po­li­stycz­nej kon­su­ment nie zawsze zacho­wu­je się racjo­nal­nie; inny­mi sło­wy uczest­ni­cy pro­ce­su gospo­da­ro­wa­nia nie zawsze dążą do mak­sy­ma­li­za­cji uży­tecz­no­ści. A spe­cja­li­ści od mar­ke­tin­gu mówią wprost, że naj­le­piej jest zara­biać na ludz­kiej głupocie.

Na powtór­ną cere­mo­nię w pod­war­szaw­skim Osso­wie wybra­no Dzień Zadusz­ny. Poprzed­nia pró­ba odsło­nię­cia pomni­ka w dzień Bitwy War­szaw­skiej zakoń­czy­ła się skan­da­lem. Tabli­cę przy mogi­le poma­lo­wa­no w czer­wo­ne gwiaz­dy, a wokół niej sta­ła spo­ra gru­pa pro­te­stu­ją­cych prze­ciw­ko „czcze­niu najeźdź­ców”. Przed rogat­ka­mi Woło­mi­na zawró­co­no amba­sa­do­ra Rosji, a uro­czy­stość odwo­ła­no. W koń­cu wrze­śnia na mogi­le poja­wi­ły się napi­sy: „Katyń 2010” i „Bro­nek, nie daru­je­my ci usu­nię­cia krzy­ża”. Pro­ku­ra­tu­ra pro­wa­dzi w tej spra­wie śledztwo.

[…]

Wczo­raj przed mogi­łą sta­nę­ła fur­go­net­ka dzia­ła­cza PiS z Pomo­rza Wal­de­ma­ra Bon­kow­skie­go. On sam w grup­ce zwo­len­ni­ków roz­wi­nął trans­pa­ren­ty, na któ­rych wid­nia­ły hasła: „Jaki pre­zy­dent, taki patrio­tyzm”, „Komo­row­ski: upa­mięt­nij 96 ofiar Kata­stro­fy Smo­leń­skiej, „Pil­ne: sprze­da­ją kraj”. Hasła były pod­pi­sa­ne: „Zanie­po­ko­jo­ny Polak W. Bon­kow­ski”, „Upo­ko­rzo­ny Polak W. Bon­kow­ski” i „Zbul­wer­so­wa­ny Polak W. Bonkowski”.

[…]

Nad mogi­łą krót­kie modli­twy odmó­wi­li pra­wo­sław­ny ordy­na­riusz polo­wy Woj­ska Pol­skie­go oraz kape­lan kato­lic­ki. Do ust trąb­kę pod­niósł woj­sko­wy trę­bacz, ale zanim zagrał, pro­te­stu­ją­cy zaczę­li śpie­wać „Jesz­cze Pol­ska nie zgi­nę­ła”. Hymn skoń­czy­li okrzy­ka­mi: „hań­ba” i „zdra­da”.

Źró­dło: http://wyborcza.pl/1,75248,8603361,To_juz_nie_wrogowie__to_polegli.html

Jeśli­by zara­biać na głu­po­cie fana­ty­ków z PiSu pew­nie cała dziu­ra budże­to­wa była­by już daw­no załatana.


Ostat­nio innym tema­tem bar­dzo mod­nym (już od daw­na) jest zapłod­nie­nie poza­ustro­jo­we. Kościół wty­ka swo­je trzy gro­sze jak może, choć – o ile dobrze pamię­tam – póki co, to nie bisku­pi są źró­dłem norm powszech­nie obowiązujących.

Sta­no­wi­sko Kościo­ła kato­lic­kie­go jest jed­nym z wie­lu moż­li­wych i powin­no być wła­śnie tak trak­to­wa­ne. Co wię­cej, w danym przy­pad­ku cho­dzi o sta­no­wie­nie pra­wa przez suwe­ren­ny naród i jego orga­ny legi­sla­cyj­ne, pod­czas gdy hie­rar­cho­wie Kościo­ła nigdy nie wyra­ża­ją poglą­dów, któ­re mogły­by choć tro­chę odbie­gać od instruk­cji two­rzo­nych w Waty­ka­nie. Oczy­wi­ście ist­nie­ją powo­dy, aby słu­chać ze szcze­gól­ną uwa­gą gło­su Waty­ka­nu, wier­nie repre­zen­to­wa­ne­go w Pol­sce przez bisku­pów. Prze­cież więk­szość Pola­ków prak­ty­ku­je katolicyzm.

[…]

Tym­cza­sem w Pol­sce poli­tycz­na pozy­cja Kościo­ła jest wła­śnie taka – w wie­lu spra­wach uchwa­la się takie prze­pi­sy, któ­rych życzył sobie lub na któ­re zgo­dził się Kościół. Tak ure­gu­lo­wa­ny jest w Pol­sce ład medial­ny, szkol­nic­two, repry­wa­ty­za­cja, abor­cja i wie­le innych spraw. Jed­nym powo­dem takie­go sta­nu rze­czy jest wyobra­że­nie, iż Kościół, gdy­by powziął taki zamiar, mógł­by oba­lić rząd lub wynieść do wła­dzy opo­zy­cję. Wyobra­że­nie jest zupeł­nie absur­dal­ne, lecz strach poli­ty­ków ma wiel­kie oczy. Dru­gim powo­dem jest nadzie­ja poszcze­gól­nych poli­ty­ków, że ser­wi­lizm w sto­sun­ku do Kościo­ła pomo­że im w wygra­niu kolej­nych wybo­rów. W tej kal­ku­la­cji jest już wię­cej sen­su, ale nie­je­den już się przeliczył.

Z fak­tu, iż Pola­cy cho­dzą do kościo­ła, nie wyni­ka, że przyj­mu­ją jego poglą­dy albo że żyją w spo­sób, jaki dok­try­na kato­lic­ka zale­ca. Gdy­by Kościół napraw­dę miał wiel­ki auto­ry­tet w spo­łe­czeń­stwie, to wca­le nie musiał­by się przej­mo­wać pań­stwo­wym pra­wo­daw­stwem. Wystar­czy­ło­by, żeby ogło­sił, iż zapłod­nie­nie in vitro jest nie­mo­ral­ne, a kato­lic­kie spo­łe­czeń­stwo po pro­stu prze­sta­ło­by je prak­ty­ko­wać. Ponad­to Kościół kato­lic­ki ma też wła­sne pra­wo­daw­stwo, pra­wo kano­nicz­ne, i tam może umiesz­czać dowol­ne zaka­zy. Czy Kościół przy­zna­je pań­stwu pol­skie­mu, zamiesz­ka­ne­mu w więk­szo­ści przez kato­li­ków, pra­wo do inge­ro­wa­nia w zapi­sy pra­wa kano­nicz­ne­go? Chy­ba nie. Więc cze­muż to niby waty­kań­scy teo­lo­go­wie mie­li­by meblo­wać życie pol­skim rodzinom?

Źró­dło: Jan Hart­man In vitro, Kościół, Pol­ska [w:] „Poli­ty­ka” nr 44 (2780), 30 paź­dzier­ni­ka 2010 [Dostęp onli­ne] http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1509894,1,znany-filozof-o-debacie-na-temat-in-vitro.read


A z innej becz­ki, to dzi­siaj po wyjąt­ko­wo dłu­gim week­en­dzie wra­cam do Pozna­nia. Ale we wto­rek zno­wu jadę do Kali­sza, na kolej­ny dłuż­szy odpoczynek.

Wystawa starodruków

Jesień jesie­nią, ale nie samą pogo­dą żyje czło­wiek. Wczo­raj byłem pierw­szy raz w Czy­tel­ni Ogól­nej Biblio­te­ki Uni­wer­sy­tec­kiej. O ile obsłu­ga Wypo­ży­czal­ni może być na począt­ku odro­bi­nę skom­pli­ko­wa­na, o tyle, korzy­sta­nie z Czy­tel­ni wyma­ga znacz­nie więk­szej ilo­ści fine­zji. Tym bar­dziej, że w biblio­te­ce jest teraz remont i potę­gu­je to jesz­cze uczu­cie zagu­bie­nia u osób odwie­dza­ją­cych Ją pierw­szy raz.

Po względ­nym ujarz­mie­niu Czy­tel­ni posze­dłem na wysta­wę, o któ­rej dowie­dzia­łem się przypadkowo:

ZAPRASZAMY NA WYSTAWĘ
w ramach „Tygo­dnia wło­skie­go w Poznaniu”
pt.
ITALICA Z POZNAŃSKICH BIBLIOTEKARCHIWÓW

Eks­po­zy­cja skła­da się z impo­nu­ją­ce­go zbio­ru inku­na­bu­łów i sta­ro­dru­ków. Wstęp wol­ny – war­to zobaczyć.

Krótki przegląd spraw bieżących

Kościół wyklu­cza, czy sam się wyklu­cza? – arty­kuł z „Gaze­ty Wyborczej”


Więk­szość cza­su spę­dzam teraz w Pozna­niu, nie mam za bar­dzo dostę­pu do wia­do­mo­ści, a przy­naj­mniej nie tych tele­wi­zyj­nych. A tym­cza­sem oka­zu­je się, że wie­le się dzie­je. To zna­czy może wie­le się dzie­je, ale pra­wie nic się nie zmie­nia. To zna­czy „pre­zes” Kaczyń­ski dalej zacho­wu­je się jak ucie­ki­nier z zakła­du dla psy­chicz­nie cho­rych, Pali­kot pró­bu­je stwo­rzyć nową par­tię będą­cą alter­na­ty­wą dla zbyt skon­ser­wa­cia­łej Plat­for­my (patrz e.g. Gowin), a „obroń­cy krzy­ża” i radio­ma­ryj­ni ide­olo­dzy kom­bi­nu­ją, kogo by tu jesz­cze spa­lić na sto­sie. Teraz jesz­cze jakiś biskup wysko­czył z pomy­słem, by eks­ko­mu­ni­ko­wać posłów gło­su­ją­cych za meto­dą zapłod­nie­nia poza­ustro­jo­we­go. Cie­ka­we, jak dłu­go jesz­cze ludzie w Pol­sce będą zno­sić takie niedorzeczności.

Tak się aku­rat skła­da, że wczo­raj mia­łem pierw­szy wykład z pra­wa wyzna­nio­we­go, na któ­rym de fac­to będzie­my uczyć się o rela­cjach pań­stwo­wo-kościel­nych. Nie doty­czy to tyl­ko tego Kościo­ła, ale oczy­wi­ście wszyst­kich związ­ków wyzna­nio­wych; wie­my jed­nak, że to ten Kościół od wie­lu lat ma w Pol­sce domi­nu­ją­cą pozy­cję, jeśli przy­pad­kiem nie jedy­ną. Bio­rąc pod uwa­gę, że epi­sko­pat swo­im zacho­wa­niem i swo­imi sło­wa­mi od wie­lu lat pod­kre­śla iż ma „mono­pol na zba­wie­nie”, może być ciekawie.

Aktu­al­na jest teraz tak­że spra­wa komi­sji mająt­ko­wej zaj­mu­ją­cej się zwra­ca­niem Kościo­ło­wi zie­mi zagar­nię­tej w cza­sach komu­ni­zmu. Teraz wycho­dzi na jaw, że cała pro­ce­du­ra zwro­tu nie­ru­cho­mo­ści była szy­ta bar­dzo gru­by­mi nićmi.

Z cie­ka­wo­stek war­to też zauwa­żyć, że podob­no ponad poło­wa War­sza­wia­ków nie chce, by w sto­li­cy sta­nął pomnik Kaczyń­skie­go [źró­dło tutajtutaj]. Ja też nie chcę, ani tam, ani nigdzie indziej. W kwiet­niu nikt nie miał odwa­gi tego gło­śno powie­dzieć, ani za bar­dzo zapro­te­sto­wać, ale prze­cież grób na Wawe­lu to aż nad­to. Ten obra­zek poni­żej nie jest może zbyt ład­ny, może jest prze­ja­skra­wio­ny, ale nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że super pra­wi­co­we „rodzi­ny smo­leń­skie” cały czas posłu­gu­ję się prze­ja­skra­wie­niem i hiper­bo­li­za­cją zarów­no, kie­dy cho­dzi o zasłu­gi poprzed­nie­go pre­zy­den­ta, jak i kwe­stię wyja­śnia­nia całe­go tego zamie­sza­nia, któ­re­go szcze­rze mam już dość.

Na koniec jesz­cze coś z inter­ne­tu. Jest to frag­ment komen­ta­rza z Histmarg.org

W ostat­nią nie­dzie­lę minę­ło pół roku od kata­stro­fy smo­leń­skiej. Dzień ten nauczył nas, że pamięć o zmar­łych moż­na czcić w dwo­ja­ki spo­sób – wspo­mi­na­jąc ich lub urzą­dza­jąc mani­fe­sta­cje poli­tycz­ne pod Pała­cem Pre­zy­denc­kim. Już się boje tego, co będzie się dzia­ło 1 listo­pa­da, jak Roda­cy wezmą sobie do ser­ca tę dru­gą metodę.

***

Zebra­ni we wspo­mnia­ną pół­rocz­ni­cę mani­fe­stan­ci śpie­wa­li pieśń Boże coś Pol­skę, w refre­nie wymow­nie pod­kre­śla­jąc śpie­wa­ny w cza­sie szcze­gól­ne­go uci­sku wers: ojczy­znę wol­ną racz nam wró­cić Panie. Śpie­wał razem z nimi i Jaro­sław Kaczyń­ski. Zasta­na­wiam się, czy pre­zes kom­plet­nie już odle­ciał, czy PiS zaczął zara­biać na kam­pa­nię przed wybo­ra­mi samo­rzą­do­wy­mi orga­ni­zu­jąc rekon­struk­cje historyczne?

Źró­dło: http://histmag.org/?id=4741&from=rss

Ja dodam, że pieśń zna­na dzi­siaj pod tytu­łem „Boże coś Pol­skę”, zosta­ła napi­sa­na w 1816 przez Aloj­ze­go Feliń­skie­go i ory­gi­nal­nie nosi­ła tytuł „Hymn na rocz­ni­cę ogło­sze­nia Kró­le­stwa Pol­skie­go z woli Naczel­ne­go Wodza Woj­sku Pol­skie­mu do śpie­wu poda­ny”. Aloj­zy nie napi­sał jej raczej z pobu­dek patrio­tycz­nych (przy­naj­mniej nie cho­dzi tu o patrio­tyzm XIX-wiecz­ny w dzi­siej­szym rozu­mie­niu). Sło­wa refre­nu koń­czy­ły się wykrzyknieniem:

Nasze­go Kró­la zacho­waj nam, Panie!

Cho­dzi­ło o kró­la Alek­san­dra I, któ­ry swo­ją oso­bą łączył za pośred­nic­twem unii per­so­nal­nej Kró­le­stwo Pol­skie z Rosją. Ta wer­sja utwo­ru nie zosta­ła z oczy­wi­stych przy­czyn zaak­cep­to­wa­na przez społeczeństwo.

Dziś wyjazd do Poznania

(1) Dziś nad­cho­dzi z daw­na ocze­ki­wa­ny dzień. Pisząc „z daw­na ocze­ki­wa­ny” mam na myśli, że myśla­łem o tym pew­nie od kil­ku lat i po tro­sze się do tego przy­go­to­wy­wa­łem. Dziś wyjeż­dżam do Pozna­nia na stu­dia. Będę miesz­kał na stan­cji na osie­dlu Lecha.

Tro­chę się nie­po­ko­ję, prze­cież niko­go tam nie będę znał. Ale w takiej samej sytu­acji będzie pew­nie jesz­cze ze 200 osób…

W Pozna­niu spę­dzę 3 dni. Wyjeż­dżam wie­czo­rem, jutro będę miał czas na rozej­rze­nie się po Pozna­niu i Uni­wer­sy­te­cie, w czwar­tek mam spo­tka­nie orga­ni­za­cyj­ne, a w pią­tek jest uro­czy­ste roz­po­czę­cie roku aka­de­mic­kie­go. Po połu­dniu w pią­tek wra­cam do Kali­sza, by powró­cić w nie­dzie­lę i roz­po­cząć zajęcia.

(2) Pole­cam w Wybor­czej arty­kuł W. Kar­pie­szu­ka będą­cy zapi­sem dys­ku­sji mło­dzie­ży z róż­nych szkół war­szaw­skich na temat reli­gii w szko­le: http://wyborcza.pl/1,76498,8428367,Chcemy_decydowac_sami.html