Kalisz o świcie

Kalisz wcze­snym ran­kiem nie­wie­le róż­ni się od tego wie­czor­ne­go, szcze­gól­nie teraz, gdy rano jest rów­nie ciem­no, jak popołudniu.

Korzy­stam z naj­krót­szych dni w roku. Na tych zdję­ciach nie da się powie­dzieć, czy jest rano, czy wie­czór. Ale zdję­cia zosta­ły zro­bio­ne o godz. 6−7.00, gdy sze­dłem do pra­cy i posta­no­wi­łem zaha­czyć o Park Miejski.

Wycho­dzę z domu wcze­śnie rano i w tam­tym tygo­dniu coś mnie naszło, aby idąc w kie­run­ku pra­cy wybrać dro­gę okręż­ną i zro­bić parę kro­ków w stro­nę Par­ku Miej­skie­go. Oczy­wi­ście nie mogłem wejść do wła­ści­we­go par­ku, ponie­waż potem nie miał­bym z nie­go jak wyjść w mia­rę bli­sko pra­cy. Ale mogę cho­ciaż tro­chę się przejść nad kana­łem, w oko­li­cach rze­ki i obej­rzeć nagie gałę­zie drzew w bla­dym świe­tle wscho­dzą­ce­go słońca.

Rzut okiem nad Pro­sną w kie­run­ku Par­ku Miejskiego

Wieczorny Kalisz

Jesień w Kali­szu, wie­czo­rem. Są to oko­li­ce nie­daw­no odno­wio­nych Plant Miejskich.

Pomnik Ada­ma Asnyka

Wielkopolski Park Narodowy

Parę dni temu po raz pierw­szy wybra­łem się do Wiel­ko­pol­skie­go Par­ku Naro­do­we­go. Żału­ję, że nie odwie­dzi­łem go nigdy wcze­śniej, ale jakoś nie było mi po dro­dze. Ode mnie to odle­głość 120 km – trud­no powie­dzieć, czy bli­sko, czy dale­ko. Nato­miast nie­wąt­pli­wie jesień, nawet dosyć zaawan­so­wa­na, to dobra pora, aby się tam udać.

Przez cen­tral­ną Wiel­ko­pol­skę wije się War­ta. Moż­na ją spo­tkać w oko­li­cach Pyzdr, bo sta­no­wi pół­noc­ną gra­ni­cę Pusz­czy Pyz­dr­skiej. Nie­opo­dal Pyzdr do War­ty wpa­da Pro­sna. W każ­dym razie War­ta na tym odcin­ku jest sze­ro­ka, roz­la­zła i maje­sta­tycz­na – pły­nie nie­spiesz­nie przez roz­le­głe, pod­mo­kłe łąki. Na połu­dnie od Pozna­nia (kon­kret­nie to chy­ba w Śre­mie) odbi­ja na pół­noc. Prze­pły­wa przez oko­li­ce Wiel­ko­pol­skie­go Par­ku Naro­do­we­go i two­rzy tam ład­ne, mean­dru­ją­ce zako­la. Wystar­czy spoj­rzeć na mapę. Prze­pły­wa bar­dzo bli­sko Roga­li­na.

Nato­miast w Wiel­ko­pol­skim Par­ku Naro­do­wym wszyst­ko się krę­ci wokół „kra­jo­bra­zu polo­dow­co­we­go”. Pomi­mo tego, że Wiel­ko­pol­ska jest raczej pła­ska i nie jest zbyt cie­ka­wa, a kra­jo­braz jest mono­ton­ny – to w WPN jest ina­czej. Są spo­re róż­ni­ce tere­nu. Na tere­nie WPN przede wszyst­kim chro­ni się polo­dow­co­we jezio­ra ryn­no­we i ota­cza­ją­ce je lasy. Na brak uroz­ma­ice­nia nie moż­na narzekać.

Mnie uda­ło się zro­bić 11-kilo­me­tro­we koło po połu­dnio­wym frag­men­cie Par­ku. Prze­cho­dzi­łem koło kil­ku jezior i bagie­nek. Więk­sze jest Jezio­ro Górec­kie, oto­czo­ne ze wszyst­kich stron lasa­mi. Wokół nie­go idzie się po skar­pie (czy­li po brze­gu polo­dow­co­wej ryn­ny). Dooko­ła są cie­ka­we, zróż­ni­co­wa­ne lasy. 

Pew­nie Wiel­ko­pol­ski Park Naro­do­wy nie jest ani naj­cie­kaw­szy, ani naj­więk­szy. Ale to jedy­ny, jaki mamy 😀 w tych oko­li­cach. Dla­te­go nie­wąt­pli­wie war­to się do nie­go przejechać.

Wra­ca­jąc wstą­pi­łem na chwi­lę do Roga­li­na, w któ­rym poprzed­nio byłem rok temu. Nic się nie zmie­ni­ło. Jeden ze sta­ro­żyt­nych dębów obumarł, ale za to buj­nie pora­sta go bluszcz. 

Było tro­chę zim­no, ale utwier­dzam się w prze­ko­na­niu, że jesień i zima to dobra pora na wędrów­ki. Byle tyl­ko nie padało.

Jesienne cmentarze 01.11

Na cmen­ta­rzu jestem czę­ściej niż bym chciał. Świę­to Wszyst­kich Świę­tych to zupeł­nie nie moje kli­ma­ty. Zamie­nia­nie raz do roku gro­bów w stra­ga­ny z kwia­ta­mi i zni­cza­mi zde­cy­do­wa­nie mnie odstrę­cza. Ale ten dzień to jed­na z nie­licz­nych oka­zji, żeby pójść na opusz­czo­ne na co dzień kali­skie cmen­ta­rze. W cen­trum Kali­sza znaj­du­ją się trzy sta­re cmen­ta­rze miej­skie, znaj­du­ją­ce się na wzgó­rzu. Są to cmen­tarz kato­lic­ki (naj­więk­szy), ewan­ge­lic­ki i pra­wo­sław­ny. Nie­opo­dal nie­gdyś znaj­do­wał się tak­że cmen­tarz żydow­ski. O ile cmen­tarz kato­lic­ki „roz­kwi­ta”, o tyle cmen­ta­rze pra­wo­sław­ny i ewan­ge­lic­ki mają się znacz­nie gorzej, a w szcze­gól­no­ści maleń­ki i zapusz­czo­ny cmen­tarz pra­wo­sław­ny. W Kali­szu nie ma już pra­wie pra­wo­sław­nych, więc cmen­tarz znacz­nie podupadł.

Cmen­tarz ewan­ge­lic­ki we Wszyst­kich Świętych

Zobacz tak­że: Zapo­mnia­ny cmentarz

Rzeka jesienią

Pisa­łem już kie­dyś o tym, że Pro­sna poza Kali­szem oraz na jego obrze­żach wyglą­da zupeł­nie ina­czej, niż np. bli­żej cen­trum, w szcze­gól­no­ści w oko­li­cach Par­ku. Jest wąska, głę­bo­ka, peł­na mean­drów, ma rwą­cy nurt. Nato­miast zbli­ża­jąc się do cen­trum Kali­sza sta­je się coraz bar­dziej roz­la­zła; roz­le­wa się i pły­nie spokojniej.

Zawsze jesie­nią w „listo­pa­do­we świę­ta” wybie­ram się wcze­śnie rano nad Pro­snę. W jesien­nej opra­wie wyglą­da szcze­gól­nie malowniczo.

Jesień w Parku Miejskim

Nad Pro­sną

To, że Park Miej­ski Kali­szu jest naj­pięk­niej­szy – to oczy­wi­sta oczy­wi­stość. Nato­miast jesie­nią jest w nim napraw­dę wyjąt­ko­wo. I cho­ciaż Kalisz to pro­win­cjo­nal­na dziu­ra, któ­ra naj­lep­sze lata ma daw­no za sobą, a obec­nie jest pod­upa­da­ją­cym mia­stecz­kiem, brud­nym, śmier­dzą­cym i sta­le się wylud­nia­ją­cym, to jed­nak Park Miej­ski przy­po­mi­na daw­ną świet­ność Mia­sta, nawet jeśli z tej świet­no­ści nie­wie­le zosta­ło. Sam Park tak­że jest zapusz­czo­ny; jed­nak ma cha­rak­ter ogro­du angiel­skie­go, dla­te­go moż­na powie­dzieć, że jest pięk­ny sam z sie­bie, nawet gdy jest zaniedbany.

Domek Par­ko­we­go w kali­skim parku

Jesień w dąbrowie

Jest oczy­wi­ste, że las jest naj­pięk­niej­szy jesie­nią. Oczy­wi­ście o innych porach roku też jest w nim przy­jem­nie, ale praw­dzi­wie ład­ne kra­jo­bra­zy są jed­nak w paź­dzier­ni­ku, czy jesz­cze nawet na począt­ku listo­pa­da. Latem jest zie­lo­no (i to bar­dzo), ale chasz­cze unie­moż­li­wia­ją więk­sze zwie­dza­nie. Nato­miast jesień, zima, wcze­sna wio­sna – to zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szy okres, żeby wybrać się do lasu.

Ponow­nie odwie­dzi­łem Dąbro­wy, o któ­rych pisa­łem już latem. W sierp­niu obra­łem tro­chę inną tra­sę i był to traf­ny wybór. Od razu stwier­dzi­łem, że trze­ba to miej­sce ponow­nie odwie­dzić jesie­nią. W tych oko­li­cach ostat­ni raz jesie­nią byłem 2 lata temu i pamię­tam tyle, że było kosz­mar­nie zim­no. Teraz było dużo przy­jem­niej – pogo­da była ide­al­na, cho­ciaż było tro­chę pochmur­no. Jest tam co oglą­dać i moż­na by po tym lesie cho­dzić przez cały dzień.

Nie moż­na narze­kać na mono­to­nię krajobrazu

Zobacz tak­że: Lato w dąbrowie

Łąki

Od czte­rech lat we wrze­śniu jadę w cał­kiem zachę­ca­ją­ce miej­sce, w któ­rym są łąki i lasy. To miej­sce znaj­du­je się w oko­li­cach Anto­ni­na, a ści­ślej rzecz bio­rąc pomię­dzy Anto­ni­nem a Mik­sta­tem. Na tym tere­nie roz­po­ście­ra­ją się roz­le­głe lasy (umiar­ko­wa­nie cie­ka­we), a pośród tych lasów znaj­du­ją się duże łąki. 

Obec­nie w lasach i na łąkach są roz­lo­ko­wa­ne nie­mal­że co 100 metrów ambo­ny myśliw­skie. Zale­ta ich jest taka, że moż­na się na nie wdra­pać i zoba­czyć kra­jo­braz z pew­nej wysokości.

Nie­ste­ty pro­blem z tym miej­sce pole­ga na tym, że jest wprost pato­lo­gicz­nym przy­kła­dem nega­tyw­ne­go wpły­wu ruchu samo­cho­do­we­go na przy­ro­dę. Przez Anto­nin prze­cho­dzi ruchli­wa dro­ga kra­jo­wa. Hałas z takiej dro­gi jest sły­szal­ny w odle­gło­ści paru kilo­me­trów. Tak więc co z tego, że jest tam tyle atrak­cji (drew­nia­ny pałac, rezer­wat, lasy, sta­wy), sko­ro to wszyst­ko jest zde­gra­do­wa­ne przez nie­usta­ją­cy, uciąż­li­wy hałas. W lesie nie jest lepiej – moż­na być dwa kilo­me­try od dro­gi, a ma się wra­że­nie, że cię­ża­rów­ki prze­jeż­dża­ją dosłow­nie za zakrę­tem. Na tych łąkach jest podob­nie, szcze­gól­nie gdy wie­je sil­ny wiatr.

Miej­sce pamię­ci znaj­du­ją­ce się nie­opo­dal, na obrze­żach Mik­sta­tu – podob­no w tym miej­scu znaj­do­wał się cmen­tarz żydowski.

Stary cmentarz


Zno­wu wybra­łem się na obrze­ża Pusz­czy Pyz­dr­skiej – nie byłem w tych oko­li­cach pra­wie rok. Nato­miast ostat­ni raz na cmen­ta­rzu w Pisko­rach ostat­ni raz byłem 2 lata temu, w 2019 roku, we wrze­śniu. W sumie teraz poje­cha­łem tam trze­ci raz: pierw­szy raz przy­pad­ko­wo zna­la­złem się tam na wio­snę 2017 roku.

Pisko­ry to typo­wa osa­da olę­der­ska: czy­li wieś na skra­ju lasu. Dla­te­go jest tam ina­czej niż w typo­wym, „porząd­nym” lesie – jed­nak są tam ludzie i jakieś śla­dy życia. Las jest lichy: są tam tyl­ko rachi­tycz­ne sosny – ale to typo­we dla „Pusz­czy”. Żeby zoba­czyć lep­szy las trze­ba iść dale­ko w głąb.

Ta wyciecz­ka wca­le mnie nie zbli­ży­ła do pozna­nia lepiej Pusz­czy Pyz­dr­skiej – cały czas nie mia­łem jesz­cze oka­zji zwie­dzieć jej, jak nale­ży. Szko­da, bo nie wiem, czy te oko­li­ce prze­trwa­ją w takim kształcie…

Pusz­cza Pyzdrska

Sta­re cmentarze

Koncert

Dwa dni temu byłem na kon­cer­cie inau­gu­ru­ją­cym nowy sezon arty­stycz­nyFil­har­mo­nii Kali­skiej. W fil­har­mo­nii nie byłem już od ok. 1,5 roku – poprzed­nim razem byłem jesz­cze w cza­sach przed­pan­de­micz­nych. Orga­ni­zo­wa­no co praw­da kon­cer­ty przez inter­net, ale to zupeł­nie nie to samo – z resz­tą FK śred­nio sobie radzi­ła z tech­nicz­ną stro­ną tych przedsięwzięć. 

Dla Fil­har­mo­nii Kali­skiej roz­po­czę­ła się nowa epo­ka, ponie­waż dyrek­to­rem został Ruben Silva – dyry­gent z wie­lo­let­nim doświad­cze­niem. Poprzed­ni, zasłu­żo­ny dyrek­tor, wyemi­gro­wał do Czę­sto­cho­wy (co mnie tro­chę dzi­wi, bo co praw­da Kalisz to dziu­ra, ale czy Czę­sto­cho­wa jest wie­le lep­sza?) Myślę, że Adam Klo­cek posta­wił swo­je­mu następ­cy wyso­ko poprzeczkę.

Kon­cert był nie­wąt­pli­wie uda­ny. Mnie naj­bar­dziej podo­bał się kon­cert skrzyp­co­wy g‑moll Maxa Bru­cha. Ten kom­po­zy­tor to dla mnie odkry­cie miesiąca 🙂

Sądząc po widow­ni, moż­na było pomy­śleć, że koro­na­wi­ru­sa mamy za sobą – pra­wie nikt nie sto­so­wał się do obo­wiąz­ku zasła­nia­nia twarzy…

Ślęża

Parę tygo­dni temu wybra­li­śmy się w oko­li­ce Ślę­zy. To góra znaj­du­ją­ca się nie­opo­dal Wro­cła­wia – i chy­ba jest to naj­bliż­sza solid­na góra w nie­wiel­kiej odle­gło­ści od Połu­dnio­wej Wiel­ko­pol­ski. Znaj­du­je się na dro­dze w kie­run­ku Suda­tów, ale do tych gór jest jesz­cze parę kilo­me­trów. Nato­miast tro­chę bli­żej Pogó­rze Kaczawskie.

Moż­na się było spo­dzie­wać tego, że w sobo­tę będzie tam peł­no wro­cław­skich nie­dziel­nych tury­stów, i fak­tycz­nie tak było. Ludzie w klap­kach, san­da­łach i tramp­kach to tam nor­ma. Nie­ste­ty w week­end tury­stów jest tam zde­cy­do­wa­nie zbyt wielu.

Nato­miast ja sze­dłem szla­kiem nie­bie­skim od Prze­łę­czy Tąpa­dła, któ­ry jest bar­dziej wyma­ga­ją­cy (czu­je się już tam, że są to góry) i tam ludzi jest zde­cy­do­wa­nie mniej, i co wię­cej, mia­łem wra­że­nie, że więk­szość z nich szla­kiem nie­bie­skim scho­dzi a nie wcho­dzi. Nato­miast szlak żół­ty jest żenu­ją­cy (z tury­stycz­ne­go punk­tu widze­nia) – zwy­kła dro­ga przez las, tyle że stroma.

To wszyst­ko nie zmie­nia tego, że rze­czy­wi­ście Ślę­ża jest bar­dzo cie­ka­wa kra­jo­bra­zo­wo – nie bra­ku­je tam ład­nych miejsc. Mia­łem wra­że­nie, że sto­ki są poro­śnię­te lasem liścia­stym, więc to kolej­ny plus. Trze­ba się tam wybrać jesie­nią. Miej­sce jest war­te odwie­dze­nia i myślę, że jesz­cze tam pojadę.

Na szczy­cie jest schro­ni­sko, sta­cja nadaw­cza, pola­na, miej­sca do pale­nia ogni­ska. Tro­chę jak przy schro­ni­sku na Mor­skim Oku, cho­ciaż rzecz jasna na mniej­szą ska­lę. No i kościół; żeby wejść na jego wie­żę trze­ba dobro­wol­nie (czyt. obo­wiąz­ko­wo) kupić „cegieł­kę” – praw­dę mówiąc wolał­bym już nor­mal­ny bilet niż jakąś tan­de­tę. Przy koście­le krzyż „ścię­ty przez współ­cze­snych satanistów” [???] 🤣

Na Ślę­ży